…przeczytałam dzisiaj na pocztówce, jaką otrzymałam od Magi-Mary obecnie zajmującej się tym, co najpiękniejsze podczas wypraw do Włoch, czyli słodkim nic nie robieniem, la dolce vita, jak zwał, tak zwał. Atrakcją niewątpliwą samej pocztówki jest fakt, jak to sama nadawczyni (?) napisała, że jej design nie zmienił się od prawdopodobnie lat 70-tych. Faktycznie , oprócz zabytków na fotce pysznią się też auta, które zapewne błysk w oku wzbudzały, ale jakieś trzydzieści lat wstecz. Nic nie szkodzi, to tylko dodaje jej uroku. W dodatku, jak sama autorka słów na pocztówce skreślonych napisała, "(…) jesteśmy na prawdziwej prowincji, od lat nic się tu nie zmienia, (…) słońce praży jak przed wiekami", mam nadzieję, że Maga-Mara nie będzie mi miała za złe za ten cytat. Bo on oddał to, co jest kwintesencją wypraw zarówno w strony prowincji włoskiej jak i greckiej, z tego, co zauważyłam…i czasem to pewnie minus, ten brak zmian a przynajmniej brak zbyt radykalnych a czasem pewnie paradoksalnie, całkiem spory plus…
W każdym razie, ponieważ dzisiaj dotarł też do mnie tak zachwalany na wszystkich blogach "Toskania, Umbria i okolice. Przewodnik subiektywny" , więc i ja oddam się słodkiemu la dolce vita i wybiorę się do Włoch, Toskanii konkretnie. Tak w wyobraźni swojej a za sprawą wyżej wymienionego…
„Zawieście czerwone latarnie”. Su Tong.
Właściwie przyznaję się od razu do jednej rzeczy, ta recenzyjka nie do końca powinna się tu znaleźć, bowiem dotyczy książki, której nie skończyłam. Wydana w Wydawnictwie mg (2008) książka zawiera bowiem trzy opowiadania, w tym tytułowe "Zawieście czerwone latarnie", które zainspirowały Yimou Zhanga do nakręcenia na podstawie tego opowiadania prawdziwego filmowego arcydzieła.
A więc, przyznaję się do grzeszku recenzenckiego, chociaż staram się tego unikać, ale tym razem to zrobię, napiszę o swoim rozczarowaniu książką. Której nie zmogłam do końca.
Niestety, o ile pierwsze, tytułowe opowiadania poszło mi nieźle, to dwa następne niekoniecznie. Drugie jeszcze "zmogłam", a na trzecim utknęłam. Nie wiem, czy to jakiś "przesyt" wschodniością nastąpił, czy też po prostu jakoś same opowiadania mnie nie porwały, dość, że nie zachęciły, jakoś mnie wymęczyły, za dużo w nich było agresji, przygnębienia, smutku, nie, nie poszły mi. Dlatego stwierdziłam, że męczyć do końca trzeciego opowiadania tak "po łebkach" nie zamierzam i dałam sobie spokój. Tak, jak lubię opowiadania, to te mnie jakoś znużyły. Wydały mi się niezbyt dobrane do całości, nie mające wspólnego motywu poza latami trzydziestymi ubiegłego wieku, w których dzieje się akcja wszystkich opowiadań. Dobrane wydały mi się więc przypadkowo, jakby autorka miała zamiar koniecznie zaprezentować w jednej książce kilka swoich pomysłów. To też mi jakoś zgrzytało. Pierwsze opowiadanie, to o życiu konkubin w bogatym domu, drugie, to wspomnienia rodzinne, co jednak w przypadku materiału często na niezłą sagę się nadającego, niezbyt dobrze wypadło ściśnięte w krótkim, jakby nie było opowiadaniu. Trzecie, przyznaję się, nie wiem, o czym, bo za nie się już nie brałam.
Druga refleksja, jaką mam po tej książce, to , co się przecież nieczęsto zdarza (rozprawialiśmy już kiedyś na ten temat u mnie na blogu), niezwykłe jest, że film, ekranizacja przeze mnie wspomniana, jest według mnie o wiele lepsza od opowiadania na podstawie którego obraz powstał. To się zdarza rzadko, a w tym przypadku jest niezaprzeczalnym faktem.
Mimo, że opowiadanie jest niezłe, to według mnie reżyser filmu oddał jego niezwykłość o wiele bardziej wyraziście, to w filmie wyraźnie widać konflikt żony i trzech konkubin bogatego pana, to w filmie widać wyraźniej postać głównej bohaterki, czwartej żony i jej powolne dochodzenie do obłędu, ale i wyjaśnienie, jak w ogóle do tego, co się na koniec dzieje, doszło. Według mnie film jest rewelacyjny, niektórzy z Was wiedzą, że od wielu lat jest jednym z tych filmów, które wymieniam jako ulubione, a opowiadanie jest zaledwie dobre.
Tak więc ja generalnie pozostaję przy zachwytach nad filmem, co nie oznacza, że komuś innemu opowiadania nie podobałyby się bardziej, niż mnie. Zatem, przekonajcie się sami.
pitu, pitu…
…wraz z nadejściem długo oczekiwanej wiosny wyłazi jak spod ziemi coroczny problem. A nawet dwa. Owady latające i pająki. I rozliczenie się z ukochanym państwem. My ukochanemu państwu oddajemy wciąż, niestety, jakoś państwo nam dopłacić nie chce, szkoda. I tak oto trzeba będzie wkrótce udać się z pitem, a przy okazji, szanowni państwo, mam nadzieję, że wybraliście już jakąś organizację porządku publicznego, na jakiej to organizacji konto wpłacicie swój 1%? Jak Wam to umknęło, to przypominam. Jeszcze jest czas a uważam, że trzeba o tym przypominać, bo ludzie wciąż nie do końca w to wierzą. Dzisiaj nawet w przedpołudniowej audycji Jedynki przypominali, bo ludzie podobno mówią "co tam te moje parę złotych" a dobrze wiemy, że te małe sumy ale przez większą ilość osób wpłacone liczą się bardzo.
żyjemy w dziwnym kraju…
Z jednej strony bardzo się pilnujemy, aby nie odpuścić nic nikomu
a z drugiej strony, co ciekawe, nikt nie umie poradzić sobie z tym panem. Jak ktoś napisał w komentarzach poniżej, a niby co innego robi ten facet, jak nie kradnie? No, chyba, że mamy jakąś inną definicję kradzieży. Dla mnie zabranie czegoś (w tym przypadku obżarcie się i napicie) i nie zapłacenie nie nazywa się szalbierstwem a kradzieżą. A na pana jakoś rady nie ma, ciekawe;/
„Ukryty kwiat”. Pearl S. Buck.
Wydana w Wydawnictwie MUZA. (2009).
Skusiłam się na nią, jako, że interesujący wydał mi się temat, jaki w książce "Ukryty kwiat" poruszyła autorka, a mianowicie czasy po II WŚ i związek Amerykanina i Japonki. Coś bardzo kontrowersyjnego i niekoniecznie dobrze widzianego zarówno w Stanach zjednoczonych, jak i w Japonii właśnie.
Temat związku wrogów, pokonanego i zwycięzcy. Brzmiało interesująco i ciekawa byłam, jak autorce udało się ów temat przedstawić.
Ogólnie książka mi się podobała, nie powiem, że nie, ale…Nie wiem, czy to częstokroć anachroniczny język, którym posługiwała się, jak rozumiem autorka, a więc użyła takiego języka sama tłumaczka, czy to ogólnie klimat książki spowodował, że nie do końca mogłabym powiedzieć, że mnie zachwyciła.
Być może owa oszczędność, surowość nawet wynikała z faktu przedstawiania mentalności właśnie osoby pochodzącej z tak odległej kultury, jaką jest kultura Japonii, nie wiem. Na plus, dla samej książki, trochę obawiałam się ckliwego romansu z happy endem, a na szczęście, otrzymałam coś zupełnie innego, czyli po prostu historię dwójki ludzi, którzy mieli to nieszczęście,że zakochali się w sobie o jakieś trzydzieści czy czterdzieści lat za wcześnie.
Nie podobało mi się, ze autorka mając świetny zamysł na przedstawienie problemu związku dwójki ludzi pochodzących nie dość, że z dwóch różnych środowisk, to jeszcze do niedawna wrogów wojennych, poprowadziła historię jedynie do pewnego punktu a potem jakby pospiesznie ją urwała. Według mnie ta historia aż prosiła się o jej ciąg dalszy, szczególnie o przedstawienie losów dziecka zrodzonego z tego niechcianego przez ogół związku.
Na plus dla autorki, na szczęście nie uraczyła mnie sentymentalnym romansidłem a opowieścią, która, sama się przyznam, dla mnie niespodziewanie, happy endem się nie zakończyła. To plus. Minusem jest, że nie pokusiła się o bardziej wnikliwe przedstawienie problemu dzieci ze związków "mieszanych" (wiem, jakieś to brzydkie wyrażenie) tuż albo niedługo po zakończeniu Drugiej Wojny Światowej. Miałam wciąż gdzieś w pamięci analizę sytuacji takiego dziecka lata później, czyli "Ten, kto mrugnie boi się śmierci" i mimo, że sama starałam się siebie oszukać, licząc na fakt, że upływ lat pomaga i związkowi i dziecku z takiego związku, ale faktem jest, że lekko takiemu dziecku nie jest.
Podsumowując, książka dobra, ale czegoś mi w niej jakby zabrakło. Po jej lekturze mam niedosyt, jakby pewne kwestie wciąż domagały się ich zanalizowania, opisania, wgłębienia się w problem.
Mimo to jednak sądzę, że warto jest sięgnąć po tego typu literaturę aby zadać samemu sobie pytanie, na ile jesteśmy w stanie okazać tolerancję. Tolerancję dla tego, co inne…
magnolie już kwitną…
…niniejszym tym, którzy do mnie zaglądają w celu sprawdzenia czy kwitną już magnolie donoszę, że tak. Zaczynają, ale niektóre drzewka już ukwiecone i pachną (szczególnie biała odmiana). Rzecz sprawdzona podczas dzisiejszego spaceru do Ogrodu Botanicznego PAN w Powsinie. Za tydzień można spodziewać się istnego szaleństwa, już się domyślam, jakie będą tłumy.
Przez ostatnie noce męczą mnie znowu sny (ale nowość, co?)…Święta mijają i dobrze (nie przepadam za Świętami, ale to też Wiecie).
Dopadły mnie jakieś przesmutne nastroje i rozważania o rzeczach, na które nie mam wpływu tak naprawdę,coś tam już się stało i czasu się nie cofnie a rozważanie, co by było gdyby, naprawdę nie ma sensu.
Filmowo, to obejrzeliśmy ostatnio "Burzę", francuski film, w jednej z roli głównych wystąpił facet, który grał w serialu o tajemniczych dolmenach, grał tam policjanta, ci, którzy oglądali skojarzą go. Sam film taki sobie, ale z ciekawości obejrzałam do końca. Obejrzeliśmy też polski horror "Medium" w reżyserii Jacka Koprowicza. Oboje oglądaliśmy go już dawno temu i nic nie pamiętaliśmy a okazał się dobry. Widzieliśmy też najnowszą część przygód agenta Bonda i muszę przyznać, że nie był taki zły, jak czytałam w recenzjach. Nie mówię, że to najlepsza jego część, ale nie jest też najgorsza.
„Piknik pod Wiszącą Skałą”. Joan Lindsay.
Prezent Urodzinowy od Ekolożki dosłownie mnie porwał. Ta niewielka objętościowo książka Wydana w Wydawnictwie "Książnica" (2004) posiada niesamowity klimat i urok.
Co ciekawe, to jedna z niewielu książek, co do której teraz śmiało mogę po lekturze stwierdzić, iż jej ekranizacja jest rewelacyjna. Reżyser filmu nie utracił nic a nic z jej niezwykłej tajemniczej aury, którą książka jest przepełniona. Tak więc teraz mogę powiedzieć, że znam zarówno książkę jak i jej ekranizację.
Według mnie niezwykłość "Pikniku pod Wiszącą Skałą" polega nie tylko na jej zagadkowej i niewyjaśnionej do końca atmosferze, ale również na tym, że można rozpatrywać ją na rozmaitych płaszczyznach. Najpierwej rzucająca się w oczy, to przeniesienie na papier faktów mających miejsce w przeszłości (w rzeczywistości nigdy nie miały one miejsca), inne to powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym. Ale jest to również powieść o końcu czegoś znanego, jakiegoś oswojonego dotąd świata, koniec pewnej ery. Być może książka opisuje w taki metaforyczny sposób koniec niewinności, czyli przedstawienie dramatu dorastania, dojrzewania.
Jest rok 1900, zauważmy, nieprzypadkowo taka a nie inna data, przełomu wieków, luty, dzień Świętego Walentego. Grupa uczennic pensji dla dziewcząt Pani Appleyard wybiera się na długo oczekiwaną wycieczkę u podnóża Wiszącej Skały, niezwykłej formacji skalnej.
Panna Appeyard żegna je, przekonana, że jak wyjechały tak powrócą bezpiecznie na późniejszą kolację.
Piknik jednak nie zakończy się szczęśliwie.
Oto po przybyciu na miejsce pikniku, dziewczęta zauważają, że ich zegarki zatrzymują się o godzinie dwunastej (znowu alegoria przełomu?), one zaś zaczynają czuć wokół siebie przedziwną atmosferę, ni to wszechobecnie ogarniającego je lenistwa ni to niezwykłej senności. Dookoła brzęczą owady, pachną rośliny, a nad tym wszystkim, nad jakby zatrzymanymi w sennym kadrze filmu dziewczętami unosi się dumnie tajemnicza Wisząca Skała.
Cztery dziewczęta uzyskawszy zgodę jednej z dwóch pilnujących je nauczycielek ruszają w kierunku Wiszącej Skały, skąd trzy z nich nie wrócą, podobnie, jak druga nauczycielka, która oddaliwszy się nie wiedzieć kiedy od grupy, również zniknęła i nigdy nie została odnaleziona. Z wyprawy na skałę powraca jedna z czterech dziewcząt, i to w stanie skrajnej histerii, nic z niej nie można wydobyć na temat pozostałych jej koleżanek.
Rozhisteryzowana grupa wycieczkowiczek wraca na pensję i natychmiast zostają wszczęte poszukiwania zarówno dziewcząt, jak i ich nauczycielki, jednak nic z tego. Dopiero tydzień po zaginięciu pensjonarek pewien młody człowiek tknięty niezwykle silnym i nie do końca dającym się wyjaśnić impulsem rusza na Wiszącą Skałę, by tam odnaleźć jedną z zaginionych, niejaką Irmę.
Od tej pory nic już na pensji i co ciekawe, w jej otoczeniu, nie będzie takie samo. Tak jakby ów dzień Świętego Walentego raz na zawsze coś przekreślił, zakończył, zamknął pewien rozdział w życiu ludzi biorących w nim udział.
Jak lawina, którą zapoczątkowuje czasem niewinny maleńki kamyczek, tak i w tym wypadku postanowienie o wyprawie zdało się stać właśnie takim kamyczkiem dającym początek lawinowo mającym nastąpić wydarzeniom.
Bardzo dobra książka z niezwykłym klimatem, z możliwością indywidualnej jej interpretacji, odczytania w niej tego, co w danej chwili nam się najbardziej w duszy gra.
Nie muszę dodawać, że polecam!
ostatnio…
…oprócz kartek z życzeniami Świątecznymi dotarły do mnie: ślicznie ukwiecona dywanem kwiatowym Starówka w Brukseli (dzięki Matylda2000), panorama Oxfordu przed burzą (dzięki Maga-mara), dwie kartki reklamowe piwa Guinnessa, w tym jedna z reprodukcją plakatu reklamowego z czasów wojny, z roku 1941 (dziękuję Monoli). Dzisiaj zaś dotarły dwie pocztówki, jedna z uroczej hiszpańskiej wioski Frigiliana, druga z widokiem Craigmillar Castle, niepodal Edynburga i ilustrowany przewodnik po Edynburgu i okolicach. Za to dziękuję serdecznie Una-invitada. Z ciekawostek, niezbyt fajnych, przesyłka od Una-invitada doszła oczywiście, co stwierdzał stempel "w stanie naruszonym", co oznaczało ni mniej ni więcej a fakt, że koperta była otwarta;( i tak miło, że nic nie zginęło.
Muszę przyznać, że dzięki moim znajomym na Wyspach Brytyjskich przekonuję się coraz bardziej, że są one bardzo interesująco mającym wiele ciekawych miejsc do odwiedzenia.
Dziękuję za pamięć w postaci życzeń i kartek z różnych miejsc;)
wiosnę…
…zainaugurowałam przenosinami kobiecych szpargałów do mojej wiosenno letniej torby, w kolorze pomarańczowym. Jest o wiele mniejsza, niż jesienno zimowa, ale wiosną i latem nie umiem już nosić torby w ciemnym kolorze, więc…Szukałam w sklepach nowej torby, rzuciłam okiem tu i tam, normą jest, że nic mi w oko nie wpadło, więc pozostaję przy tym, co mam. Krem Ziai z serii Sopot do twarzy brązujący okazał się działać, jak trzeba. Spotkana w sobotę podczas spaceru przez znajomych zostałam powitana okrzykiem "strzaskani, skąd wróciliście?". Nie wyglądam na szczęście, jak ofiara solarki, zamknięta przez przypadek przez obsługę na zbyt długi czas, ale właśnie, jak chciałam, jak tknięta słońcem. O to mi chodziło.
Tylko wieści z Włoch o trzęsieniu ziemi i sytuacji w środkowej części kraju zmartwiły mnie z rana, kiedy usłyszałam je w radio. Mam nadzieję, że wszyscy czytający mnie ci z Włoch, którzy u mnie zostawiają ślad i ci, którzy tylko odwiedzają mój blog bez pozostawienia komentarzy, są bezpieczni.
„Kosmofobia”. Lucia Etxebarria.
Wydana w Wydawnictwie MUZA (2009).
Współczesna proza hiszpańska, to coś, czego, przyznaję się, nie znam i dlatego z chęcią sięgnęłam po ten tytuł. Tym bardziej, że czytając opis na stronie wydawcy odniosłam wrażenie, że lektura przeniesie mnie trochę do Hiszpanii niekoniecznie flamenco i gajów oliwnych czy przepięknych pereł z Majorki a Hiszpanii niekoniecznie opisywanej w turystycznych przewodnikach, dzielnicy Madrytu z klimatem nieco przypominającym mi filmy mojego ulubionego Pedro Almodovara.
"Kosmofobia" to zbiór opowieści ludzi żyjących w mocno zróżnicowanej pod względem etnicznym, narodowościowym dzielnicy Madrytu, o nazwie Levapies. To tu, w centrum pomocy socjalnej dla okolicznej ludności, pomoc uzyskują zarówno dzieci, których rodzice są tak zapracowani , że nie mogą odebrać dzieci ze szkoły aż do wieczora (często sprzątając po domach bogatszych od nich rodowitych mieszkańców Hiszpanii). To tu pomoc uzyskują podczas terapii kobiety, zarówno Hiszpanki jak i te, które pojawiły się w Hiszpanii z Maroka, krajów arabskich czy muzułmańskich, Ekwadoru.
Sama dzielnica to kocioł , w którym mieszają się najrozmaitsze profesje od artystów poprzez właścicieli knajp, aktorki i aktorów, studentów,muzyków, modelki, sprzedawców narkotyków, sprzątających w domach bogatych Hiszpanów, nie zawsze mających legalne prawo pobytu emigrantów.
W opowieściach snutych na kartach książki okazuje się, że postaci te znają się często wzajemnie, w przeszłości mieli oni ze sobą związki, wpływ na swoje życie. Większość z nich jednak podkreśla , że mimo, że to dzielnica , w której żyje wiele rozmaitych kultur, to kultury te nie współpracują ze sobą. Nie przenikają się. One tylko egzystują obok siebie, czasem dochodzi między nimi do spięć mniej czy bardziej poważnych.
Nie twierdzę, że "Kosmofobia" to jedyny i prawdziwy obraz współczesnej Hiszpanii, jednak z przekonaniem stwierdzić mogę, że przedstawia ona wiarygodnie jakąś jego część, jakiś wycinek obecnej Hiszpanii. Pokazuje też jak bardzo na przestrzeni lat zmienił się ten kraj i jego mieszkańcy, ich mentalność. Co się w nim zmieniło a co wręcz odwrotnie, pozostaje niezmienne.
Mały fragment książki o dzielnicy:
"Dzielnica tętni życiem niczym mrowisko, kurczy się i rozszerza niczym serce, życie biegnie szybko i nieubłaganie, toczy się w ciągłej walce, bije jak źródło, płynie jak rzeka, a wody wciąż przybierają. Niektórzy topią się, wciągani przez wiry, inni uczą się pływać i ratują skórę".
Ja byłam zadowolona z tego spotkania ze współczesną prozą hiszpańską i polecam.
