„Piknik pod Wiszącą Skałą”. Joan Lindsay.

Prezent Urodzinowy od Ekolożki dosłownie mnie porwał. Ta niewielka objętościowo książka Wydana w Wydawnictwie "Książnica" (2004) posiada niesamowity klimat  i urok.
Co ciekawe, to jedna z niewielu książek, co do której teraz śmiało mogę po lekturze stwierdzić, iż jej ekranizacja jest rewelacyjna. Reżyser filmu nie utracił nic a nic z jej niezwykłej tajemniczej aury, którą książka jest przepełniona. Tak więc teraz mogę powiedzieć, że znam zarówno książkę jak i jej ekranizację.
Według mnie niezwykłość "Pikniku pod Wiszącą Skałą" polega nie tylko na jej zagadkowej i niewyjaśnionej do końca atmosferze, ale również na tym, że można rozpatrywać ją na rozmaitych płaszczyznach. Najpierwej rzucająca się w oczy, to przeniesienie na papier faktów mających miejsce w przeszłości (w rzeczywistości nigdy nie miały one miejsca), inne to powieść obyczajowa z wątkiem kryminalnym. Ale jest to również powieść o końcu czegoś znanego, jakiegoś oswojonego dotąd świata, koniec pewnej ery. Być może książka opisuje w taki metaforyczny sposób koniec niewinności, czyli przedstawienie dramatu dorastania, dojrzewania.
Jest rok 1900, zauważmy, nieprzypadkowo taka a nie inna data, przełomu wieków, luty, dzień Świętego Walentego. Grupa uczennic pensji dla dziewcząt Pani Appleyard wybiera się na długo oczekiwaną wycieczkę u podnóża Wiszącej Skały, niezwykłej formacji skalnej.
Panna Appeyard żegna je, przekonana, że jak wyjechały tak powrócą bezpiecznie na późniejszą kolację.
Piknik jednak nie zakończy się szczęśliwie.
Oto po przybyciu na miejsce pikniku, dziewczęta zauważają, że ich zegarki zatrzymują się o godzinie dwunastej (znowu alegoria przełomu?), one zaś zaczynają czuć wokół siebie przedziwną atmosferę, ni to wszechobecnie ogarniającego je lenistwa ni to niezwykłej senności. Dookoła brzęczą owady, pachną rośliny, a nad tym wszystkim, nad jakby zatrzymanymi w sennym kadrze filmu dziewczętami unosi się dumnie tajemnicza Wisząca Skała.
Cztery dziewczęta uzyskawszy zgodę jednej z dwóch pilnujących je nauczycielek ruszają w kierunku Wiszącej Skały, skąd trzy z nich nie wrócą, podobnie, jak druga nauczycielka, która oddaliwszy się nie wiedzieć kiedy od grupy, również zniknęła i nigdy nie została odnaleziona. Z wyprawy na skałę powraca jedna z czterech dziewcząt, i to w stanie skrajnej histerii, nic z niej nie można wydobyć na temat pozostałych jej koleżanek.
Rozhisteryzowana grupa wycieczkowiczek wraca na pensję i natychmiast zostają wszczęte poszukiwania zarówno dziewcząt, jak i ich nauczycielki, jednak nic z tego. Dopiero tydzień po zaginięciu pensjonarek pewien młody człowiek tknięty niezwykle silnym i nie do końca dającym się wyjaśnić impulsem rusza na Wiszącą Skałę, by tam odnaleźć jedną z zaginionych, niejaką Irmę.
Od tej pory nic już na pensji i co ciekawe, w jej otoczeniu, nie będzie takie samo. Tak jakby ów dzień Świętego Walentego raz na zawsze coś przekreślił, zakończył, zamknął pewien rozdział w życiu ludzi biorących w nim udział.
Jak lawina, którą zapoczątkowuje czasem niewinny maleńki kamyczek, tak i w tym wypadku postanowienie o wyprawie zdało się stać właśnie takim kamyczkiem dającym początek lawinowo mającym nastąpić wydarzeniom.

Bardzo dobra książka z niezwykłym klimatem, z możliwością indywidualnej jej interpretacji, odczytania w niej tego, co w danej chwili nam się najbardziej w duszy gra.
Nie muszę dodawać, że polecam!