zranił mnie…

…ktoś dzisiaj. Ktoś, o kim myślałam, bliska mi osoba. Czas chyba powoli zweryfikować swoje uczucia względem innych, może mniej boleć będzie zawód jak się dostanie takiego, jak ja to nazywam, emocjonalnego kopa po nerach. Czyli takiego, który boli. Boli jak nie wiem. Głupia jestem, że tak emocjonalnie do tego podchodzę, czas zrozumieć, że to, że ja o kimś myślę, że jest dla mnie ważny nie oznacza , że druga strona odwzajemni się tym samym. Dostałam dzisiaj nauczkę. Taką, która sączy się powoli, coś tam im bardziej czas biegnie, rozumiem jaśniej i boli jeszcze bardziej. Boli, kiedy ranią nas inni, ale chyba najbardziej, kiedy osoby, względem których człowiek pokłada jakieś większe, niż koleżeńskie uczucia. Od pewnego czasu i tak czuję barierę, jakąś ścianę między. Z pewnych względów zostałam odstawiona na boczny tor w tej znajomości, postawiona na przeciwległym końcu pewnych spraw, nie wtajemniczana. I tak się to kręci. Albo i nie. Łzy pod powiekami.

Międzynarodowy Dzień Książki dla Dzieci

Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała. Jak Wiecie,  kocham czytanie. Na pewno również dlatego, że właśnie książka towarzyszy mi praktycznie odkąd pamiętam, czyli całe moje życie.
Nie jestem na bieżąco z literaturą dla dzieci, bo po prostu nie mam dzieci, dlatego nie orientuję się jak obecnie rynek książkowy dla tych małych czytelników wygląda.
Sama ze swojego dzieciństwa pamiętam istny książkowy raj.
Począwszy od bardzo wczesnego dzieciństwa, kiedy czytano mi "Kubusia Puchatka", "Muminki", "Malutką Czarownicę" (uwielbiałam ją!), wiersze Brzechwy przez kolejne książki dzieciństwa i potem starszego dzieciństwa, czyli klasyka "Polyanna", "Ania z Zielonego Wzgórza", "Dzieci z Bullerbyn", cykl o Panu Samochodziku. Były i bajki w cyklu o Złotej Lipce i inne bajki, których tytułów teraz nie pomnę (jedna taka mi chodzi po głowie, pamiętam rysunki i niektóre bajki, a nie mogę sobie przypomnieć autora). Bajek Andersena nie lubiłam, a już chyba najbardziej Królowej Śniegu.
Była i Krystyna Boglar i jej ulubiona przeze mnie "Stonoga", oczywiście Musierowicz i jej Jeżycjada, Ewa Nowacka, Krystyna Siesicka, "Słoneczniki" Haliny Snopkiewicz, ale i "Trzy psy w jednym mieszkaniu", "Drobne ustroje", "Wojna domowa" i moja ulubiona książka z dzieciństwa "Portret nocą malowany", trzy ostatnie tytuły autorstwa Miry Michałowskiej (Marii Zientarowej). Potem zaczęły się kryminały, które czytałam dość wcześnie, zaczęłam chyba od Joe Alexa, którego książkę znalazłam w domowej biblioteczce, Agatha Christie i Chmielewska, oczywiście, i to nie tylko jej cykl dla dzieci i młodzieży, ale całość.

Prawdą jest, że zostanie molem książkowym na pewno ułatwił mi fakt, że w domu mi czytano (bardzo szybko nauczyłam się czytać sama), ale i że zarówno w domu jak i w domach znajomych książki widywałam, o książkach się rozprawiało. To było dla mnie normalne.
Pamiętam, jak mając dziewięć lat odwiedziłam kolegę z klasy i nie umiałam sprecyzować, co mnie w jego domu uderzyło. Coś było nie tak. Dopiero po chwili zorientowałam się, to było dla mnie dziwne, w domu tym nie było ani jednej książki.
A Wy, mole książkowe? Nie muszę chyba pytać, czy swoim dzieciom czytacie. Bo to dla mnie pewnik. Ale jak wybieracie lekturę? Kupujecie nowości, czy też wracacie do klasyki, na której my się wychowaliśmy?