„Jestem tu od wieków”. Mariolina Venezia.

Saga. Opowieści rodzinne. Czyż nie jest to coś, co nas zawsze ciekawi?
A może tylko ja tak właśnie mam, że na widok takowej od razu czuję
szybsze bicie serca i przekonanie, że będzie to coś dla mnie?


To raz, dwa, przekonanie, że "Seria z miotłą" Wydawnictwa W.A.B jak
dotąd mnie nie zawiodła? Odkąd z tej serii przeczytałam "Sto butelek na
ścianie"
Eny Lucii Porteli, wiedziałam, że to seria, która dla mnie coś
znaczy.



Tym razem skusiłam się na "Jestem tu od wieków" Marioliny Venezii
(Wydawnictwo W.A.B 2009), które okazało się tym,co uwielbiam , a
mianowicie smakowitą lekturą. Takie określenie, "smakowita" znajduję na
ogół w odniesieniu do książek pisarzy z kręgów latynoskich, ale również
jak widzę, będę mogła je stosować do chyba po prostu autorów z kręgów
południowych. A może to Mariolina Venezia po prostu stworzyła w swojej
książce taką smakowitość? Smakowitość, którą czytając ma się wrażenie,
że się pochłania, jak smakowitość, która to jednak zawiera w sobie i
słodki i gorzkawy smak, a czasem ma się wrażenie wręcz kwaskowatości?



Po raz trzeci bodajże miałam też podczas lektury wrażenie (a mnie ono
wręcz elektryzuje), że "czytam pewien blog". Jak dotąd miałam tak przy
książce, o której pisałam
tutaj


nie pamiętam tej trzeciej książki, która kojarzyła mi się z czyimś blogiem, za to ta książka kojarzy mi się z pewnym
blogiem, który czytuję codziennie i który właśnie za owe rodzinne
opowieści i chęć "dokopania się" do korzeni między innymi mnie ujął.



Ale, cały długi wstęp a ktoś spyta, a o co chodzi w samej książce?


W "Jestem tu od wieków" Mariolinie Venezii udało się porwać czytelnika
i roztoczyć przed nim czarowny świat niezwykłego włoskiego regionu
południa, jakim jest mieścina Grottole i okolice.



Poznajemy barwną opowieść o rodzinie. Snutą, jak to (ciekawe, czemu?)
często bywa przez kobietę. Czy to prastare obyczaje, które nakazywały
kobietom gromadzić się w pomieszczeniu często przy palenisku i snuć
opowieści o rodzinach o ludziach i ich grzechach , które rzutują na
życie przyszłych pokoleń i o ich wspaniałościah, bogactwach czynach
chwalebnych jak i i tych, które chce się pogrzebać w niepamięci?

Opowieść o rodzinie jest snuta , o czym
dowiadujemy się na końcu książki, ale mogę to zdradzić, nie jest to
kluczowe dla akcji, przez najmłodszą przedstawicielkę owego rodu,
kobietę o imieniu Gioia, która poprzez opowieść o własnej rodzinie, o
przodkach, czyni sobie samej coś na kształt terapii, autoterapii, która
pomaga jej podnieść się z kolan, na które upadła.

I opowieści snute są interesujące i przenoszą nas, czytelników w świat
rozgrzanego włoskiego południa i same postaci są ciekawe. Występują tam
oczywiście mężczyźni, ale odnoszę wrażenie, że jednak opowieści
skupiają się głównie na kobietach, być może poprzez perspektywę samej
bohaterki a może i autorki?

Cudowna podróż po historii rodziny. Ciekawa treścią, stylem, jak i
samym faktem, że w jakiś sposób sprawiająca , iż odczuwamy apetyt na
poznanie własnej rodziny. I nieważne, że właściwie w jakiś sposób
autorka sugeruje nam pytanie, "Czy grzechy dziadów mogą wpływać na
życie ich następców?" , mimo wszystko na sam koniec odczuwamy spokój i
przekonanie, że życie toczy się jednak dobrymi, wytartymi przez
przodków bezpiecznymi o dziwo, szlakami.
Istniejemy tacy, jacy jesteśmy tylko dzięki tym, którzy byli przed nami. Truizm? Być może. Nieważne.

Ja się nią zachwyciłam i polecam.
Jedno ale do tłumaczki, pewnie i tak nigdy tu nie trafi, ale może? Nie
wiem, czy właściwie powinnam swoje zastrzeżenia kierować do tłumaczki,
może to wydawnictwo ocenzurowało soczyste przekleństwa, jakie w paru
miejscach się trafiły? To oględne określanie tego, co powinno się
nazwać po imieniu, przypomniało mi zamieszanie wokół cytatu książki
Marqueza, "Rzecz o mych smutnych dziwkach", który to tytuł, jak wiemy
ma się nijak do oryginału i pamiętam nawet jak na Forum Książka tłumacz
sam się z tego tłumaczył, dlaczego nie jest jak jest, tylko jak jest
poprawnie politycznie.
Nie to, żebym popularyzowała rzucanie mięsem, ale serio, lepiej jest
dla książki nie cenzurować jej na siłę. Zakładajmy, że czytelnik jest
osobą dorosłą, która sama zadecyduje, czy ją przekleństwa zgorszą czy
nie. I nie zapominajmy, że raczej nie ma mowy o gorszeniu milusińskich,
te same dzieci znajdują w internecie rzeczy o wiele , wiele cięższym
kalibrze.

Na koniec kilka tradycyjnych cytatów, mających rozniecić Wasze apetyty na tę książkę.

"Przeszyło ją wspomnienie popołudni spędzonych na balkonie domu babci,
smaku oliwek, świeżych prześcieradeł, gorzkich słów. W tej samej chwili
uświadomiła sobie, że przez ostatnie lata wciąż uciekała, żyła w nie
swoich mieszkaniach, na obcych ulicach, ciągle w biegu, nie docierając
donikąd".

"W życiu zdarzają się momenty, kiedy wypadki przybierają nieoczekiwany
obrót. Jakby pociąg wyskoczył z szyn. Zaczynasz błąkać się po swoich
dniach jak po ulicah nieznanego miasta. Patrzysz na rzeczy i ludzi,
którzy powinni być ci dobrze znani, i nie poznajesz ich. Nie kojarzysz
wydarzeń i nie pamiętasz, co je poprzedzało".

"(…) gubisz się w historii. W twojej historii, którą zbudowałaś
kawałek po kawałku i którą sobie opowiadasz dzień po dniu, żeby
istnieć. I dopiero wtedy gdy wracasz w przeszłość, uświadamiasz sobie,
że czas nie ma kształtu koła, ma kształt spirali, i wysiłek, jaki
wkładasz , by ogarnąć przeszłość, katapultuje cię w przyszłość".

to i owo…

…różności.
Zainteresowanym zdrowiem kanarka odpowiadam, że na szczęście, Sowa doszedł już do siebie (pewnie już nie pamięta, że chorował, ja wręcz odwrotnie, nieźle się nim przestraszyłam). Kupiliśmy mu nowe płyty z odgłosami ptaków i szaleje za nimi wyśpiewując trele.  Co do mnie, to ganiam po lekarzach. Jestem już na etapie, że proszę mnie w ogóle o lekarzy nie pytać, nie będę odpowiadać. Serio. Osiągam ten stan dość szybko po doświadczeniach z naszą sł.zdrowia, nawet tą teoretycznie płatną (co z tego, że w ramach abonamentu, przecież ktoś za to płaci, nie jest tak, że za darmo). Ja w ogóle nie lubię rozmawiać o sprawach zdrowotnych, może dlatego stan ogólnego wkurzenia na to wszystko osiągam dość szybko. Z tego wszystkiego poczułam się o wiele lepiej, pewnie na zasadzie "aby w tym kraju ganiać po lekarzach trzeba być zdrowym".

Mniej ostatnio czytam, ale zaraz Wam szykuję recenzję czegoś wielce smakowitego, co udało mi się przeczytać i co rozbudziło apetyt. Słucham ostatnio muzyki, co do której się Wam nie przyznam , dość obciachowa, ale najwyraźniej mi tego potrzeba ostatnio;)

Wczoraj zjedliśmy, jak się okazało , tyle pączków, co statystyczny Polak, a mianowicie, 2.5. Tako rzekli w "Wiadomościach" zanim wyszliśmy na spacer, nie ma to tamto;) Pączki, to towar, którego nie jadam w ogóle, za to w ten jeden dzień budzi się we mnie paczkowe zwierzę. MUSZĘ zjeść minimum jednego, inaczej się ugotuję wewnątrz.

Zaafaerowana zrzuciłam przychodzącą rozmowę na komórkę. Niestety, z nieidentyfikującego się numeru. Nie lubię takich sytuacji. Ale zawsze pocieszam się, że wrzucony na skrzynkę osobnik odkrył, że to pomyłka. Inna osoba bowiem pewnie albo by się nagrała na skrzynkę albo zadzwoniła raz jeszcze, prawda?

„Niania w Nowym Jorku”. Reż. Robert Pulcini.

Nieskomplikowany i nieambitny, za to całkiem dobry na rekonwalescencyjny czas film ze Scarlett Johansson w roli głównej.
Prawdopodobnie jestem jedną z niewielu osób, które naprawdę lubią Scarlett jako aktorkę, tak mi się przynajmniej zdaje po komentarzach, jakie czytałam, nawet na własnym blogu. A ja ją lubię i z przyjemnością oglądam ją na ekranie kinowym.
W "Niani  w Nowym Jorku" Johansson zagrała studentkę, która w czasie pierwszej rozmowy o pracę odkrywa, że niekoniecznie wie do końca, kim jest i co chce robić w swoim życiu. Zbiegiem okoliczności udaje jej się na czas wakacji dostać pracę niani małego chłopca, którego rodzice stanowią przedstawicieli bogatej warstwy amerykańskiego społeczeństwa mieszkającego na Manhattanie.
Dla wyjaśnienia, czytałam książkę i tak, jak to w większości wypadków bywa, książka jednak jest lepsza, bo jakoś głębiej sięga problemu i bycia nianią i tych biednych tak naprawdę dzieciaków oddawanych z ulgą pod opiekę a właściwie na wychowanie nianiom przez mamuśki, którym wydaje się, że są zbyt zajęte aby być matkami. Z tego, co pamiętam, wydaje mi się też, że kończy się mniejszym happy endem, niż film, ale szczerze? Oglądając go miałam sporo frajdy, podobało mi się, film mnie zrelaksował, odprężył, czyli spełnił moje oczekiwania w chwili, kiedy go zaczęłam oglądać.

kiedyś tam…

gdzieś przeczytałam mądre zdanie (nie pamiętam, kto mógł być ich autorem), że prawdziwych przyjaciół poznajemy nie wtedy, kiedy mamy kłopoty, ale dopiero wtedy, kiedy dotyka nas coś dobrego, odnosimy sukces. Niegłupie to stwierdzenie i prawdziwe. Ja wielkich sukcesów nie odnoszę,ale faktycznie zauważyłam, że nawet przy tych małych wyraźnie widać, kto jest mi tak naprawdę życzliwy a kto nie.
Zastanawiam się też, czy w drugą stronę umiem ja zachować się tak jak powinnam. Jak reaguję, kiedy moi przyjaciele czy dobrzy znajomi odnoszą sukces? czy zawsze umiem im pokazać, że jest to dla mnie ważne, że cieszę się wraz z nimi? Mam nadzieję,że tak jest…

update:
chciałam podziękować dziewczynom o nickach: bospa, lilithin, nutta, kultur-alnie, kaliope za podarowanie mi wyróżnienia "Kreativ Blogger". Nie gniewajcie się, że nie wezmę udziału w tym przedsięwzięciu, ale chciałam, żebyście wiedziały, że jest mi bardzo miło. Dziękuję.

„Kochający na marginesie”. Johanna Nilsson.

Rok wydawniczo zaczął się nieźle , między innymi przez fakt wydania
przez Wydawnictwo Replika najnowszej książki Johanny Nilsson. Jak
wiedzą moi stali czytelnicy, to autorka, którą poznałam zupełnie
przypadkowo, dzięki Judycie i to było jedno z najlepszych moich odkryć
literackich. Za co lubię Johannę Nilsson? A za to, że w swoich książkach otwiera ona ramiona dla spragnionych akceptacji tych, którym się nie udało i obejmuje ich swoim czułym uściskiem. Tak, bohaterami jej książek są osoby, które nie umieją wtopić się w tłum i dostosować do ogólnie panujących norm., którym w życiu często nie idzie, które nie odnoszą spektakularnych i oczekiwanych przez innych sukcesów.

Do tej pory w wydanych u nas dwóch książkach Nilsson autorka bohaterami swoich książek uczyniła konkretne jedne osoby. W "Kochających na marginesie" mamy do czynienia z nagromadzeniem jednostek, które w ten czy inny sposób odstają. Ktoś mógłby zarzucić Nilsson, że jest niemożliwością aby na tak małej przestrzeni, jaką jest kafejka spotykało się aż tylu , nazwijmy to tak jak takie osoby są postrzegane przez społeczeństwo, nieudaczników. Jednak według mnie wcale nie jest to niemożliwe. Przez ten zabieg Nilsson chyba chce przekazać nam jedno. Nikt nie jest taki, za jakiego go bierzemy i każdy z nas a także każdy ze spotykanych przez nas, może w głębi siebie dźwigać jakiś sekret, który zdaje się być niemal nie do udźwignięcia.
Występuje w tej książce galeria niezwykłych postaci takich, jak zmagająca się z depresją złodziejka Bea, jej ojciec alkoholik, który od śmierci żony nie może się podźwignąć i stracił kontakt z własnym dzieckiem. Jest psychicznie uzależniony od byłej kobiety lekarz, u którego leczy się Bea, jest małżeństwo walczące z rakiem męża i ich córka, która musi zdecydować, czy chce być matką czy zacząć karierę modelki. Jest też postać najbardziej w swojej wymowie tragiczna, mężczyzna, który czuje się kobietą i który chce poddać się operacji zmiany płci, a który cierpi, bowiem jest praktycznie odrzucony przez niemal wszystkich, ale co najbardziej go boli, przez własną rodzinę…
Drogi wszystkich tych ludzi splatają się w mniejszym lub większym stopniu, szczególnie w kafejce, w której regularnie przebywa Bea.

"Kochający na marginesie" to książka, która potrząsa czytelnikiem, która ukazuje, że mimo wszystko w życiu trzeba być sobą, że nie można nagiąć się do cudzych pragnień czy oczekiwań, a także to książka, która jak żadna ukazuje dramat, który dzieje się, kiedy człowiek zostaje odrzucony, szczególnie przez swoich najbliższych.
Akceptacja tego, co inne nie jest przecież niemożliwa. Wystarczy tylko trochę się postarać.

Polecam.

szlachetne zdrowie…

…itd. Oklepane, ale ciągle aktualne.
Brak mnie na necie, bowiem zdrowie mi się posypało. Stało się to dość nagle i nie mówimy tu o grypie ani wirusie.
Czeka mnie teraz to, czego nie cierpię, czyli wędrowanie od gabinetów do gabinetów i badania, ale jak to mówią, trza się badać. Nie ma innej rady.
W każdym razie powiem jedno, jako, że jestem z natury pesymistką i czarnowidzem, trzeba się cieszyć chwilą, bo kto wie, czy jutro nastąpi, haha;)
Jak już żartuję , to znaczy, że nie jest tak źle. Acha i naprawdę , nie warto się denerwować. Nerwy do niczego dobrego z reguły nie prowadzą.

na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa?

Ten poszukiwany tytuł jednego z moich ulubionych komiksów z dzieciństwa (niestety, przepadł mi on gdziesik:( stanie się tytułem dzisiejszych omawiań statystykowych poszukiwań.
Zaznaczam, pisownia zachowana zgodnie z pisownią osób poszukujących.
Postanowiłam je tym razem nieco pogrupować.
I tak oto występują poszukiwania zoologiczne:

"chcem dowiedziec się co jedzą kanarki"

jak już jesteśmy przy tym zagadnieniu chcę szepnąć,że forma "chcę" jest tą poprawną. Tak więc nie dowiesz się może, co spożywają te ptaszki, za to jak należy pisać.

"jak rozpoznac kurczaka"

ale w jakim sensie? W tłumie innych kurczaków czy jak? Niesprecyzowane pytanie, niestety;)

miłosne:

oprócz nudnych jak dla mnie wciąż i wciąż poszukiwań tekstu na zaręczyny i oświadczyny (acha, Walentynki się zbliżają, zrobi się romantyczną imprezkę;) są i takie "

"ludzie sie kochaja film"

w co drugim filmie ludzie się kochają czy to uczuciowo czy fizycznie. W tej połowie, w której się nie kochają strzelają do siebie i nie lubią się zdecydowanie.

Jest też zdecydowanie grupa senna, taka jak:

"sen o uchu które urwałam"

oj, to prawie, jak Van Gogh…brrrr…

"sennik latająca ryba"

hmmmm…

albo

"jak znaleźć osobę ze snu"

no, nie wiem, czy się da, ale…życzę powodzenia;)

"czy wy też macie ostatnio dziwne sny 2009"

macie, o czym piszecie często…

są też po prostu ogólnoludzkie , ważkie problemy, które zaprzątają umysł przeciętnego człowieka, takie, jak:

"ciemny mahoń czy wychodzi ładny kolor"

na moich włosach rewelacyjny

"czy sąsiedzi mogą robić remont przez kilka miesięcy"

no, niestety, mogą, mogą…

"jak napisać dobry kryminał"

jak to rozwiążę (czytaj:sama taki napiszę) to dam znak,

"czarny wykładowca ze studentką"

ale co ten wykładowca?:)

I teraz na koniec zostawione smaczki…Wiecie, że na ogół staram się wybierać jeden, który zdobywa nagrodę poszukiwań, ale tym razem nie jestem w stanie wybrać, toteż nagroda wirtualnego uścisku dłoni prezeski tego blogu wędruje do poszukiwań:

"czy ania z zielonego wzgÓrza sĄ wśrÓd nas?"

obcy są wśród nas aż prosi się dodać…

"gość w dom nie ma kołaczy"

ale chyba jednak niekwestionowanym liderem tej grupy staje się:

"dorwe cie kochanie-liryczni mordercy".

nie odzywałam się…

…bo miałam ciężkie dni.
Zaczęło się od tego, że śniła mi się P. Ona zawsze śni mi się, kiedy ma się stać coś nieprzyjemnego. Nie cierpię tych snów, ale nic na to nie poradzę, zdarzają się i potem często dzieje się coś niefajnego. Może to odziedziczone po Mamie, której zawsze śniła się niedobra dla niej babcia i potem zdarzały się problemy.
Mnie od chwili, kiedy coś się tej dziewczynie pogibało w relacjach z nami i relacje zostały urwane w dość nieprzyjemny sposób śni się P. Tak, czy siak, nie lubię snów o niej, bo są naprawdę często zapowiedzią czegoś niedobrego, na przykład kiedy śniła mi się w noc przed wylotem z Monachium, bałam się wsiąść do samolotu. W rezultacie okazało się, że "tylko" zapomnieliśmy laptopa z lotniska. Mogło być gorzej;)
Teraz śniła mi się więc z piątku na sobotę i całą sobotę byłam automatycznie podenerwowana i przekonana, że coś się wydarzy. Nic się nie działo, dotarliśmy na spotkanie z moją przyjaciółką i jej mężem, które to spotkanie okazało się naprawdę bardzo udane, zasiedzieliśmy się , wróciliśmy do domu późnym wieczorem w świetnych nastrojach przekonani, że niebawem spotkamy się ponownie. A w domu zastaliśmy chorego Sowę;(
Nie chcę wdawać się w szczegóły. Problemem stała się obrączka , którą na łapkę ptaka nakładają hodowcy, ale chyba nie tylko, być może inna sprawa, podczas pierwszej kąpieli trochę się przeliczył i być może wtedy skręcił łapkę…dość, że powstał problem z łapką. Dobrze, że mamy naszego zaufanego lekarza weterynarii (wspominałam kiedyś tu na blogu, że dla mnie lekarze weterynarii to inny, lepszy gatunek człowieka) i zaraz w niedzielę popędziliśmy z rana do niego z Sową. Chwile od soboty wieczorem do dzisiaj pamiętam jak przez mgłę. Coś się działo a ja nie do końca wiem co. Wiem, że wróciły się mi w pamięci chwile sprzed 5 lat i śmierć poprzedniego kanarka i ten wielki lęk, że coś złego stanie się ponownie i historia się powtórzy.
Na razie, na szczęście, wygląda na to, że się poprawia. Trzymajcie mocno kciuki. Ale powiem, że rano znowu się spłakałam, bo wyglądało na to, że chyba nie jest dobrze…
W każdym razie, raptem tydzień u nas jest a już przekonałam się, jak bardzo zdążyłam go pokochać. A po ostatniej smutnej historii usiłowałam się oszukać, że uda mi się okłamać własne serce i nie pokocham następnego maleństwa.

pół wieczoru to za mną chodziło…

…wzdech za wczesnymi latami dziewięćdziesiątymi. Moda odzyskanej wolności postkomunistycznej była obłędna, fryzury jeszcze "lepsze" a krój marynarek lepiej nie mówić, ale też, co tu dużo kryć, młodość wczesna ma niezapomniany smak.
A Kabaret OTTO kojarzy mi się z tymi czasami. Bo tak;)

o recenzjach itd…

Do tego wpisu zainspirowało mnie to, co wyczytałam na okładce "Dziewiętnastu minut" Picoult, a mianowicie fragment recenzji, która najwyraźniej ukazała się w "Philadelphia Inquirer" a mianowicie , cytuję, : "Mnóstwo humoru, świetna narracja, prowokacyjna fabuła-"Dziewiętnaście minut" w pełni zasługuje na swoje miejsce na szczycie listy bestsellerów".

Czasem zastanawiam się jak to jest pisać recenzje za pieniądze, na przykład właśnie do gazet codziennych czy pism kobiecych chociażby. Do tej pory myślałam, ze to oprócz tego, że praca na pewno arcyciekawa (ach ta możliwość bezkarnego pochłaniania książek, w większości, miejmy nadzieję, dobrych), to jednak, odpowiedzialna. Bo właśnie, trzeba przeczytać, mało tego,podczas lektury notować sobie pewne uwagi aby potem podczas pisania gotowej recenzji, coś tam ważnego, co zwróciło naszą uwagę podczas czytania, nie umknęło nam zupełnie.
I nagle, tadam, czytam takie coś. I opada mi wszystko, co może opaść kobiecie. Bo szczerze? Ewidentnie widać, że ktoś, kto miał w ręku tę książkę, to dosłownie zapewne jedynie ją w ręku miał. Ale raczej jej nie czytał. No, chyba, że mamy jakieś totalnie skrajne pojęcie na ten sam temat a mianowicie na pojecie poczucia humoru. "Dziewiętnaście minut", to książka dobra, ale szczerze przyznam, że humoru tam nie znalazłam a już pisanie o niej w kontekście "mnóstwo humoru" to jakby dość czarny humor;/

Czytając recenzje książek, zaglądam tylko do dodatku kulturalnego "Dziennika", bo tam odnalazłam to, czego szukam na blogach książkowych, przystępny język recenzji, żadne tam modzenie na siłę a jednocześnie jednak przedstawianie książek ważnych i ciekawych.
I z tego samego również powodu namiętnie czytuję blogi książkowe, a to dlatego, że właśnie na blogach wiem jedno. Nikt mnie tam nie oszukuje. Jeśli pisze recenzję, nawet na umówioną z wydawnictwem książkę, to ją CZYTA. Czyta i pisze szczerze, co po lekturze jej wyniósł z książki. Czuję się tak, jakbym siedziała na spotkaniu moli książkowych i omawiała konkretną lekturę, a nie jakbym zastanawiała się, czy recenzent w ogóle książkę widział na oczy.
Ot, taka refleksja…