nowe hobby…

…nie takie nowe zresztą, jakieś dwa lata z kawałkiem już jak się zaczęliśmy tym interesować. Myślę, że zapoczątkował to fakt zamieszkania na "wsi", jak sobie z naszych Kabat dworujemy, czyli blisko lasu i zwierzyny wszelakiej, a po części na pewno na fakt tego wpłynął zakup przez P. lepszego obiektywu do aparatu. Obiektywu, z którego możemy teraz robić (P. robi konkretnie) o wiele lepszych zdjęć ptaków.
I nagle okazało się, jak wiele ich jest dookoła i jaka to radość, kiedy po takich "łowach z aparatem" siadamy ze zdjęciami na komputerze obłożeni stosikami atlasów ptaków. Zbiór zaczął się od "Kieszonkowego atlasu ptaków" Jonathana Elphicka i Johna Woodwarda, a rozrósł się już do liczby sześciu książek i książeczek. W tym liczę "Ptaki Polski" Kruszewicza, otrzymane na Gwiazdkę zeszłego roku, jak i dwie nowe książki, niedawno nabyte w jakiejś niższej podobno cenie przez P. Dowiedziałam się o zakupie dopiero , jak rozpakowaliśmy paczkę merlinowską, ale jak się okazało, świetnie, bowiem w jednym z nowych atlasów był ptak, którego w innych nie było, a właśnie jeden z tych, które identyfikowaliśmy.
Podoba mi się ten element niespodzianki, jaki jest w czasie owej właśnie "identyfikacji". Niekiedy oznacza to długie minuty poszukiwań, tym bardziej, że żadne z nas nie jest specem w tej dziedzinie i zajmujemy się tym tyleż od niedawna co w dodatku naprawdę zupełnie hobbystycznie.
Moim ulubionym momentem jest ten, kiedy zdjęcie danego ptaka ukazuje jakąś dość charakterystyczną cechę, i kiedy nagle po niej widzimy w danym atlasie tak, to ten ptak. W ten sposób zidentyfikowaliśmy wczoraj makolągwę z wyprawy w Alpy, czy też wczorajszy najnowszy zdjęciowy "łup", a mianowicie dzwońca. Dzwońce siedziały w krzaczorach już bardzo blisko naszego domu i sfotografowaliśmy je niejako przypadkiem. Odkąd bowiem mamy kanarka, doszło nowe działanie, słuchanie głosów ptaków. Już nie są one dla nas prawie tym samym, o nie. Do tej pory rozpoznawaliśmy Pana Słowika, dającego niesamowite koncerty w krzaczorach niedaleko domu. Dzwońce też dawały charakterystyczny odgłos i wiedzieliśmy, że to jakieś nowe dla nas ptaki, bo ani mazurki, ani sikorki przecież.
Jednak parę tygodni temu z wielką radością P. rozpoznał głos dzięcioła i faktycznie, dzięki temu udało nam się wypatrzyć dorodną parkę państwa dzięciołostwa na drzewie. Acha, i nie mam tu na myśli charakterystycznego stukania w drzewo, to już chyba wie każdy, że tak zachowuje się dziecioł, ale mówię o ich odgłosach dziobem, głosowych, że się tak wyrażę.
Dobrze jest mieć takie nowe, trochę niespodziewane dla siebie samego zainteresowanie…