„Niania w Nowym Jorku”. Reż. Robert Pulcini.

Nieskomplikowany i nieambitny, za to całkiem dobry na rekonwalescencyjny czas film ze Scarlett Johansson w roli głównej.
Prawdopodobnie jestem jedną z niewielu osób, które naprawdę lubią Scarlett jako aktorkę, tak mi się przynajmniej zdaje po komentarzach, jakie czytałam, nawet na własnym blogu. A ja ją lubię i z przyjemnością oglądam ją na ekranie kinowym.
W "Niani  w Nowym Jorku" Johansson zagrała studentkę, która w czasie pierwszej rozmowy o pracę odkrywa, że niekoniecznie wie do końca, kim jest i co chce robić w swoim życiu. Zbiegiem okoliczności udaje jej się na czas wakacji dostać pracę niani małego chłopca, którego rodzice stanowią przedstawicieli bogatej warstwy amerykańskiego społeczeństwa mieszkającego na Manhattanie.
Dla wyjaśnienia, czytałam książkę i tak, jak to w większości wypadków bywa, książka jednak jest lepsza, bo jakoś głębiej sięga problemu i bycia nianią i tych biednych tak naprawdę dzieciaków oddawanych z ulgą pod opiekę a właściwie na wychowanie nianiom przez mamuśki, którym wydaje się, że są zbyt zajęte aby być matkami. Z tego, co pamiętam, wydaje mi się też, że kończy się mniejszym happy endem, niż film, ale szczerze? Oglądając go miałam sporo frajdy, podobało mi się, film mnie zrelaksował, odprężył, czyli spełnił moje oczekiwania w chwili, kiedy go zaczęłam oglądać.