nie odzywałam się…

…bo miałam ciężkie dni.
Zaczęło się od tego, że śniła mi się P. Ona zawsze śni mi się, kiedy ma się stać coś nieprzyjemnego. Nie cierpię tych snów, ale nic na to nie poradzę, zdarzają się i potem często dzieje się coś niefajnego. Może to odziedziczone po Mamie, której zawsze śniła się niedobra dla niej babcia i potem zdarzały się problemy.
Mnie od chwili, kiedy coś się tej dziewczynie pogibało w relacjach z nami i relacje zostały urwane w dość nieprzyjemny sposób śni się P. Tak, czy siak, nie lubię snów o niej, bo są naprawdę często zapowiedzią czegoś niedobrego, na przykład kiedy śniła mi się w noc przed wylotem z Monachium, bałam się wsiąść do samolotu. W rezultacie okazało się, że "tylko" zapomnieliśmy laptopa z lotniska. Mogło być gorzej;)
Teraz śniła mi się więc z piątku na sobotę i całą sobotę byłam automatycznie podenerwowana i przekonana, że coś się wydarzy. Nic się nie działo, dotarliśmy na spotkanie z moją przyjaciółką i jej mężem, które to spotkanie okazało się naprawdę bardzo udane, zasiedzieliśmy się , wróciliśmy do domu późnym wieczorem w świetnych nastrojach przekonani, że niebawem spotkamy się ponownie. A w domu zastaliśmy chorego Sowę;(
Nie chcę wdawać się w szczegóły. Problemem stała się obrączka , którą na łapkę ptaka nakładają hodowcy, ale chyba nie tylko, być może inna sprawa, podczas pierwszej kąpieli trochę się przeliczył i być może wtedy skręcił łapkę…dość, że powstał problem z łapką. Dobrze, że mamy naszego zaufanego lekarza weterynarii (wspominałam kiedyś tu na blogu, że dla mnie lekarze weterynarii to inny, lepszy gatunek człowieka) i zaraz w niedzielę popędziliśmy z rana do niego z Sową. Chwile od soboty wieczorem do dzisiaj pamiętam jak przez mgłę. Coś się działo a ja nie do końca wiem co. Wiem, że wróciły się mi w pamięci chwile sprzed 5 lat i śmierć poprzedniego kanarka i ten wielki lęk, że coś złego stanie się ponownie i historia się powtórzy.
Na razie, na szczęście, wygląda na to, że się poprawia. Trzymajcie mocno kciuki. Ale powiem, że rano znowu się spłakałam, bo wyglądało na to, że chyba nie jest dobrze…
W każdym razie, raptem tydzień u nas jest a już przekonałam się, jak bardzo zdążyłam go pokochać. A po ostatniej smutnej historii usiłowałam się oszukać, że uda mi się okłamać własne serce i nie pokocham następnego maleństwa.