…wzdech za wczesnymi latami dziewięćdziesiątymi. Moda odzyskanej wolności postkomunistycznej była obłędna, fryzury jeszcze "lepsze" a krój marynarek lepiej nie mówić, ale też, co tu dużo kryć, młodość wczesna ma niezapomniany smak.
A Kabaret OTTO kojarzy mi się z tymi czasami. Bo tak;)
o recenzjach itd…
Do tego wpisu zainspirowało mnie to, co wyczytałam na okładce "Dziewiętnastu minut" Picoult, a mianowicie fragment recenzji, która najwyraźniej ukazała się w "Philadelphia Inquirer" a mianowicie , cytuję, : "Mnóstwo humoru, świetna narracja, prowokacyjna fabuła-"Dziewiętnaście minut" w pełni zasługuje na swoje miejsce na szczycie listy bestsellerów".
Czasem zastanawiam się jak to jest pisać recenzje za pieniądze, na przykład właśnie do gazet codziennych czy pism kobiecych chociażby. Do tej pory myślałam, ze to oprócz tego, że praca na pewno arcyciekawa (ach ta możliwość bezkarnego pochłaniania książek, w większości, miejmy nadzieję, dobrych), to jednak, odpowiedzialna. Bo właśnie, trzeba przeczytać, mało tego,podczas lektury notować sobie pewne uwagi aby potem podczas pisania gotowej recenzji, coś tam ważnego, co zwróciło naszą uwagę podczas czytania, nie umknęło nam zupełnie.
I nagle, tadam, czytam takie coś. I opada mi wszystko, co może opaść kobiecie. Bo szczerze? Ewidentnie widać, że ktoś, kto miał w ręku tę książkę, to dosłownie zapewne jedynie ją w ręku miał. Ale raczej jej nie czytał. No, chyba, że mamy jakieś totalnie skrajne pojęcie na ten sam temat a mianowicie na pojecie poczucia humoru. "Dziewiętnaście minut", to książka dobra, ale szczerze przyznam, że humoru tam nie znalazłam a już pisanie o niej w kontekście "mnóstwo humoru" to jakby dość czarny humor;/
Czytając recenzje książek, zaglądam tylko do dodatku kulturalnego "Dziennika", bo tam odnalazłam to, czego szukam na blogach książkowych, przystępny język recenzji, żadne tam modzenie na siłę a jednocześnie jednak przedstawianie książek ważnych i ciekawych.
I z tego samego również powodu namiętnie czytuję blogi książkowe, a to dlatego, że właśnie na blogach wiem jedno. Nikt mnie tam nie oszukuje. Jeśli pisze recenzję, nawet na umówioną z wydawnictwem książkę, to ją CZYTA. Czyta i pisze szczerze, co po lekturze jej wyniósł z książki. Czuję się tak, jakbym siedziała na spotkaniu moli książkowych i omawiała konkretną lekturę, a nie jakbym zastanawiała się, czy recenzent w ogóle książkę widział na oczy.
Ot, taka refleksja…
„Dziewiętnaście minut”. Jodi Picoult.
"W dziewiętnaście minut można skosić frontowy trawnik, ufarbować włosy, obejrzeć tercję meczu hokejowego. (…) W ciągu dziewiętnastu minut można się doczekać dostawy zamówionej pizzy. Przeczytać dziecku bajkę lub wymienić olej w aucie. (…) W dziewiętnaście minut można wstrzymać świat lub ewakuować się z niego na zawsze.
Dziewiętnaście minut-tyle wystarczy, żeby dopełnić zemsty".
Tak rozpoczyna się kolejna na naszym rynku książka jednej z ulubionych moich ostatnio autorek Jodi Picoult, wydana w Wydawnictwie "Prószyński i S-ka" (2009). I powiem, a raczej napiszę tak, panie i panowie, rewelacja. Najwyraźniej poprzednia książka Picoult, którą zjechałam o, w tej recenzji to był "wypadek przy pracy".
W "Dziewiętnastu minutach" Picoult zdecydowanie powraca do swojej formy i do tego, do czego przyzwyczaiła nas, wiernych jej czytelników, a mianowicie do brania na karty swoich książek tematów kontrowersyjnych, ale nie robienia z nich sensacji a wywracania ich na drugą stronę i ukazywania tym samym, iż nic nie jest czarno-białe, jak nam się może wydawać. Owszem, ktoś może zarzucić , że to nic nadzwyczajnego, co za wyczyn, wręcz chyba nie jest to nic niezwykłego, ale według mnie Picoult w swoich książkach dokonuje czegoś niewiarygodnego. A mianowicie powoduje, że to co wydaje się dość oczywiste, nagle nim przestaje być, a my zaczynamy zmieniać swoją opinię na pewne sprawy a nawet jeśli nie zmieniamy jej, to zaczynamy rozumieć, dlaczego ktoś może na świat patrzeć w ten czy inny sposób.
Podoba mi się bardzo fakt, że autorka sięga po tematy kontrowersyjne, często wręcz, jak napisałam pobrzmiewające sensacją i nie dość,że sensacji tematy te pozbawia, to w dodatku ukazuje nam jakby ich drugie dno, pozwala zerknąć na problem nieco jak w kalejdoskop, w którym obrazek zmienia się w zależności od tego, jak przekręcimy zabawkę i jak ułożą się w nim kolorowe szkiełka.
Ten długi wstęp miał na zadaniu wyrazić moją satysfakcję po lekturze i radość, że w tej książce autorka wróciła do swojej dawnej formy.
Kiedy rodzi się dziecko, i nie mamy do czynienia z rodziną zaburzoną czy patologiczną, na ogół logicznym jest, że rodzice cieszą się ze swojego nowo narodzonego dziecka, nawet jeśli początkowo, szczególnie przy pierwszym dziecku, sytuacja jest dla nich całkowicie nowa i niezwykła, mało tego, wywraca dotychczasowe życie do góry nogami.
Matka bierze na ręce tego małego nowego człowieka i zaczyna się snucie przyszłości. Oczywiście, ten człowiek będzie nadzwyczajny, osiągnie w swoim życiu wszystko to, czego jej samej nie udało się osiągnąć. zostanie wspaniale wykształcony, bo oczywiście będzie geniuszem, jakżeby inaczej, skończy prestiżowe studia, szczeble kariery będzie pokonywać wprawnie jak kozica na skałach. Każdy wie, że to dziecko wyrośnie na rewelacyjnego człowieka. Nie ma innej opcji.
Przyznajmy się, nikt, to logiczne, nie bierze pod uwagę, że jego dziecko będzie nieinteligentne, nudne, że nie osiągnie żadnych sukcesów czy co gorsza, że pewnego rozpocznie dzień szkolny od zabrania ze sobą plecaka wypełnionego bronią , a następnie wejdzie do swojej szkoły, gdzie zacznie strzelać do uczniów, jak do kaczek.
"Dziewiętnaście minut" to książka wielowarstwowa. Autorce udało się bowiem poruszyć w niej kilka ważnych problemów, takich jak fakt przemocy w szkole wobec słabszych jednostek a także problemów rodzicielskich.
Bohaterów mamy tu kilku, ale głównym jest Peter, wokół którego kręci się akcja. To on zastrzeli swoich kolegów a część z nich uczyni na zawsze kalekami.
I tak naprawdę pewnego dnia zawali się na zawsze świat jego samego, jego rodziny ale również rodziny jego dawnej przyjaciółki, Josie, jak również zachwiany zostanie dotychczasowy porządek małej amerykańskiej prowincjonalnej mieściny, w której dojdzie do masakry w liceum.
Kiedy to wszystko się zaczęło, będzie potem zastanawiać się jego matka. I z biegiem czasu dowie się, że to, co podziwiała w swoim synu, Peterze, jego wrażliwość, wręcz nadwrażliwość, mądrość, delikatność, stała się dla niego samego przekleństwem, które doprowadziło go do stanu załamania i do popełnienia w rezultacie zbrodni.
Jak sam Peter opowie podczas rozprawy, zaczęło się w pierwszym dniu przedszkola, na które tak się cieszył ten miły pięciolatek. Kiedy wraz ze starszym bratem wdrapał się do szkolnego autobusu, trzymając dumnie śliczny prezent od mamy, pudełko na lunch z wizerunkiem jego ukochanego bohatera, Supermana. Pudełko, które dosłownie chwilę potem zostanie wyszarpnięte przez jakiegoś starszego chłopaka i wysłane przez okno na asfalt ku roztrzaskaniu. Czy to już wtedy coś roztrzaskało się w psychice tego małego człowieka? Szczególnie, że dorosły obserwujący zdarzenie, nie zainterweniował. I tak zaczęło się dziać w życiu małego Petera. Nauczyciele nawet zauważali problem, dziecko było męczone, dokuczano mu, ale właściwie najlepszą radą, jaką mieli pedagodzy dla zrozpaczonej matki Petera, była rada, że dziecko powinno dać sobie radę samo i może nie kłaść uszu po sobie a stawić czoła prześladowcom. Prześladowcom, którzy, jak to ma miejsce na amerykańskiej prowincji, rośli wraz z nim i niestety, nie miał szansy się z nimi rozstać aż do końca licealnej edukacji, bowiem tych samych ludzi, którzy uczęszczali z nim do przedszkola spotkał potem w podstawówce, gimnazjum i liceum właśnie. I którzy stworzyli mu piekło na ziemi. Piekło, które bolało, ale dało się znieść póki była przy nim jego najlepsza przyjaciółka Josie. Ale która, pewnego dnia, niestety, zostawiła Petera samego sobie, jako, że odkryła prawidłowość, w świecie szkoły istniejesz tylko wtedy, kiedy jesteś popularny i należysz do tak zwanej szkolnej elity.
"Dziewiętnaście minut" to rewelacyjny według mnie oczywiście, obrazek klasy średniej mieszkającej na typowym przedmieściu. Środowiska, które przymyka oczy na pewne grzeszki, w imię tego samego, czym tłumaczono molestowanie 14 letniej Ani, która powiesiła się na skakance pod Gdańskiem parę lat temu. Ot, dzieciaczki, dorastają, muszą się wyszumieć, ot, takie niewinne żarciki im w głowie. Jednak owe "żarciki" prowadzą bardzo często do tragedii. Tylko, że wszystko zależy od konstrukcji psychicznej dorastającego człowieka. Jeden złamie w końcu prześladowcy szczękę czy nos, inny popełni samobójstwo wieszając się na skakance a ktoś inny wystrzela prześladowców, jak polujący myśliwy kaczki.
Mogłabym pisać i pisać o tej książce, bo muszę się przyznać, że zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Przyznaję się też, że ostatnie strony czytałam roniąc łzy. Nad tymi wszystkimi, którzy pogubili się w relacjach zarówno ze światem, jak i najbliższymi, nad tymi, którzy poczuli się tak wyobcowani, że aż boli. Nad rodzicami, którzy w taki właśnie sposób stracili kontakt z własnymi dziećmi, które przecież te naście lat wstecz miały stać się najlepszymi i najmądrzejszymi, nad rodzicami, którzy może dobrze, że trzymając wtedy w rękach uśmiechniętego noworodka nie wiedzieli, co ich jeszcze czeka w przyszłości.
Na koniec tej przydługiej recenzji, tradycyjnie kilka cytatów:
"Zapytajcie pierwszego lepszego z brzegu dzieciaka, czy chce należeć do szkolnej elity, a powie, że nigdy w życiu, chociaż tak naprawdę, gdyby umierał z pragnienia na pustyni i dostał do wyboru: szklankę wody lub natychmiastową popularność -najprawdopodobniej wybrałby to drugie".
"Można mieć poczucie, że się tonie, nawet jeśli w zasięgu wzroku nie ma skrawka wody, prawda?".
"Więzienie w gruncie rzeczy niewiele różniło się od publiczej szkoły".
"Kiedy matka patrzy dziecku w oczy (…) widzi potencjał potrzeby do spełnienia jej najskrytszych marzeń…a nie ziszczenia się najgorszych możliwych koszmarów".
mijające…
tygodnie sponsoruje wyrażenie "Syty nie zrozumie głodnego"…
