…do tego wpisu notka u kogoś, kto niestety, blog ma zamknięty, więc nie mogę Wam linka podrzucić. Jednak idea była taka, że ten Ktoś przypomniał sobie swój wpis sprzed roku niemal, taki list odezwę, prośbę do Mikołaja i teraz po tym prawie roku, zorientował się, że…Święty istnieje. Bo całkiem sporo z tej listy tej Osobie przyniósł. Oczywiście, że nie mówimy tu o dobrach materialnych a o czymś zupełnie innym. To przypomniało mi o moim wpisie z zeszłorocznych Świąt, kiedy to się sypnęłam, kiedy było trochę zbyt wiele gorzkich refleksji i zbyt wiele łez…i wtedy popełniłam coś takiego http://chiara76.blox.pl/2007/12/jak-na-razie-Swieta-przedziwneZ-powodu-braku.html
i…hm, chyba i ja muszę przyznać, że chyba w tej kwestii mnie Mikołaj posłuchał. 😉
„Sierociniec”. Reż. Juan Antonio Bayona.
Zanim przejdę do filmu, to pochwalę się odkrytym przeze mnie błędem. Jakby nie było, reżyserem filmu "Sierociniec" jest ni mniej ni więcej, a Juan Antonio Bayona, na filmwebie między innymi tak piszą http://sierociniec.filmweb.pl/ (of course, na okładce filmu również;), a na Merlinie, panie i panowie , wymyślili, że reżyserem jest ktoś zupełnie inny, a mianowicie del Toro, o , wklejam link, coby nie było, że się czepiam bezpodstawnie:
http://merlin.pl/Sierociniec_Guillermo-del-Toro/browse/product/2,629772.html
Del Toro był producentem filmu, ale jednak to coś innego, niż reżyseria, prawda?
Po tym wstępie, parę zdań o samym filmie. Nie wiem, dlaczego nastawiłam się głównie na horror, prawdopodobnie przez to co czytyłam o nim, kiedy wchodził na polskie ekrany.
Prawdą jest, że ja jako horroru go nie odebrałam. Uprzedzam dalej czytających, że mogę wiele zdradzić, więc ci, którzy nie chcą znać szczegółów, niech raczej zaprzestaną dalszej lektury.
Owszem, jest więc zachowana konwencja horroru, jest wielgachna posiadłość, w której przed laty mieścił się sierociniec, w którym wraz z przyjaciółmi mieszkała Laura. Laura powraca do owej posiadłości, aby wraz z mężem i adoptowanym chorym synkiem, stworzyć dom opiekuńczy dla innych potrzebujących dzieci. Posiadłość jest ogromna, mroczna, skrywa w sobie jakieś nieznane nawet mieszkającej kiedyś w niej Laurze, pomieszczenia i zakamarki. I coś dziwnego się w niej dzieje. Synek Laury, Simon, rozmawia dziećmi, których Laura i jej mąż nie widzą, twierdząc, że to jego nowi przyjaciele.
Klimat więc i atmosfera horroru nawet na miejscu. Jednak według mnie ten film, to nic innego, jak przedstawienie, co może stać się z kimś, kto utraci dziecko. Synek Laury bowiem pewnego dnia znika w niewyjaśnionych okolicznościach.
Jednak, film z jednej strony sugeruje nam, że przeniósł się on do świata swoich niewidocznych przyjaciół, o których w miarę upływu czasu coraz więcej się dowiadujemy. Ja jednak odebrałam to nieco inaczej, według mnie , Simon zmarł a jego matka nie mogąc się z tym faktem pogodzić, stworzyła sobie taką a nie inną historię, która pomogła jej się oswoić z tym strasznym dośwadczeniem. To dla mnie opowieść o tym, jak nie można pogodzić się ze śmiercią dziecka, o tym, jak tęsknota zamiast się zmniejszać, może właśnie odwrotnie, nasilać się, aby doprowadzić do tragicznych w konsekwencji czynów rodzica…
Nie wiem, czy do końca tak właśnie jest z tym filmem, ja go właśnie tak odebrałam…może dlatego, że w pewnej chwili przypomniała mi się wspaniała na podobny temat książka Stephena Kinga "Smętarz dla zwierzaków", przy której nieźle się spłakałam i ta myśl towarzyszyła mi aż do końca oglądania. Może moje przekonanie ugruntowało się po dzisiejszej wizycie na cmentarzu, na grobie moich Dziadków, w którego to okolicy, jak kiedyś już pisałam, są groby dzieci, moich rówieśników, którzy dorosłymi ludźmi poprzez chorobę stać się nie mogli. Te groby są jednymi z najbardziej zadbanych grobów na całym cmentarzu, wypielęgowane wręcz a o jeden z nich oparta dziś była książeczka "Bob Budowniczy", który to widok wzruszył mnie ogromnie…
Tak, ja "Sierocińca" jako horror odbierać nie umiem. Jeśli horror, to taki, jaki może dziać się w czyjejś głowie ze smutku, przerażenia, po tragedii, jaka dzieje się, kiedy rodzicowi ginie ukochane dziecko.
Mnie się ten film, mimo smutnej historii podobał, aczkolwiek nie ukrywam, że popłakałam się przy jego oglądaniu. Ale polecam.
japońskimi akcentami…
…sypnął mój tegoroczny Mikołaj, bowiem tak się złożyło, że otrzymałam już pierwsze prezenty świąteczne. Nie jestem osobą, która opakowaną paczuszkę przetrzyma sobie do Świąt i otworzy ją 24 grudnia, więc…dlatego już wiem, co otrzymałam;)
I tak oto znajoma Japonka zaskoczyła mnie wysyłając mi dwie ozdóbki z koralików do komórki, przy czym miłym zaskoczeniem jest, że zrobiła je sama,co podziwiam, nie mając talentu w łapach do wykonywania ozdób, nasiona roślinki baloon vine (heart seed vine dla chcących zajrzeć na net w celu obejrzenia), i coś, co mnie zwaliło z nóg, najprawdziwszą Furoshiki, czyli tradcyjną japońską chustę, ale nie do odzienia a do pakowania rzeczy rozmaitych, więcej ciekawostek na temat chusty tu:
Furoshiki1
Furoshiki2
Wieczorne spotkanie z Reginą okazało się, jak poprzednie, bardzo sympatyczne. Porozmawialiśmy, wymieniliśmy nowinki od września, kiedy spotkaliśmy się z nią po raz pierwszy, wymieniliśmy się też świątecznymi prezentami, i znowu japoński akcent, Regina podarowała mi bowiem przepiękną lalkę kokeshi, kolejną do mojej kolekcji. Ta, z czego się cieszę, ma jasne kimono, więc będzie stanowić ciekawe uzupełnienie kolekcji. Piękna jest a sam fakt tego, że Regina na taki pomysł wpadła, bardzo mnie wzruszył. Dzięki;)
Jeszcze powinnam dostać kalendarz z widokami Pana Fuji i już uznałabym japońskie akcenty w prezentach za wyczerpane;)
ankieta-filmy Świąteczne.
Albo dziejące się w okolicach Świąt. Niekoniecznie pewniak, jakim jest "Kevin sam w domu":)
Mnie na myśl przychodzi "To właśnie miłość" ("Love actually").
Jakieś inne propozycje?
zazdroszczę…
…tym, którzy dzisiaj będą mogli wysłuchać wykładu Dalajlamy. Słuchajcie w moim imieniu i chłońcie, bo mało kiedy można posłuchać mądrych i tak spokojnych ludzi.
By the way, podobno nasz ambasador został wezwany w Chinach na dywanik, na którym otrzymał notę protestacyjną w związku z tym, jak się przyjmuje u nas Dalajlamę i w ogóle z powodu faktu spotkania się z nim naszych władz.
To może Chiny się obrażą i przestaną nam sprzedawać to całe badziewie , które do nas przybywa i które psuje się wcześniej, niż zacznie działać. Rozmarzyłam się…
egzystencjalne rozterki…
…czyli tradycyjnie, czego to nie szukają ci i owi.
Uwaga, apel do niezaręczonych dziewczyn, uważajcie, szykujcie na Święta jakąś ekstra bieliznę, bo nie ma to tamto, ale hurtowo się oświadczać naród będzie. Hasła "tekst na oświadczyny, zaręczyny" lawinowo się sypie, co pozwala mniemać, że ten okres będzie obfitował w niespodzianki pod postacią wypasionych brylantowych cacek i tekstów oświadczyn znalezionych w internecie;)
I tak z tego cyklu dwa ostatnio ulubione, czyli:
"córka nie chce oświadczyn, zaręczyn"
Jak nie chce, to nie zmuszać. Po co?
I, dylemat prawdziwy, czyli:
"jak klęknąć przy oświadczynach?"
schludnie, coby spodni nie uwalać;))
Są też oczywiście typowo przedświąteczne dylematy takie, jak:
"czy ludzie się cieszą z prezentów?"
nie wiem, jak inni, ja -bardzo;)
albo:
"jakim prezentem ucieszyć mamę" , ale czyją mamę? Bo moją, to wiem, czym ucieszyć, ale czy to samo ucieszy twoją, to niestety, nie wiem.
Są też pytania z cyklu, nie jestem pewien, czyli :
"jaki powinien być pirat?" (P, gdy mu to czytałam odparł "pijany":),
albo "don kichot jaki był"
albo "gadżety f16" , wyjaśniam, że F16 faktycznie ma uzbrojenie bombowe, tak więc komuś niegrzecznemu jest w stanie zostawić mały gadżecik.
I niepogrupowane, ale ładne:
"na salonach życie jest"
jest, jest, a jakże, pewnie szampan leje się strumieniami…
"kleks zrobiony w kształcie żaby"
(dobrze, że nie żaba zrobiona w kształt kleksa!)
"gra anioła kto już przeczytał"
ja! ja!:)
"czy przyjaźń jest ważna w rzyciu człowieka"
przyjaźń bardzo, ale również ważna jest podstawowa chociażby znajomość ortografii;)
ani się człowiek obejrzy…
…a tu Święta za pasem. Dwa tygodnie do Wigilii. Zleci jak nie wiem, co.
W tym roku szykują się nieco inne Święta, pod kątem liczbowym. Ciekawe, jak to wypadnie. Na pewno będzie inaczej, niż dotąd…
Z książek, to skończyłam czas jakiś temu "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet" Stiega Larssona (wydana przez Wydawnictwo Santorski & CO 2008). Ta książka miała tak entuzjastyczne recenzje, że w rezultacie skusiłam się na nią i ja. I? Hmmm…na biblionetce dostała ode mnie notę bardzo dobra, jako, że oceniam ją wyżej, niż tylko dobra, ale mniej, niż rewelacyjna, ale…mam mieszane uczucia. Szczerze mówiąc, spodziewałam się po niej więcej. Wydała mi się taka, jak to pisałam w emailu do Opty, nieco tendencyjna. Nie, nie mam parcia na to, żeby potępiać wszystkich ludzi super bogatych, bo nie zakładam z góry, że bogactwo musi być deprawujące. I nie, nie lubię, kiedy czytając książkę odnoszę wrażenie, że jest z góry postawiona teza, wobec której muszę się opowiedzieć. A tak trochę się czułam czytając ją. Wszyscy faceci, to wykorzystujący kobiety świnie. No więc, sorry, ale jakoś mi to nie pasuje. Ostatnio trochę a propos tych uprzedzeń pisałam w wątku o filmie "2 dni w Paryżu". No, nie lubię, jak ktoś łopatologicznie wali mi takimi stereotypami z góry mającymi mnie przekonać do swojej racji.
Sama książka natomiast ciekawa w przedstawieniu współczesnej Szwecji, co mnie fascynowało już podczas wcześniejszych lektur książek Johanny Nilsson i Mankella, a także, jakby trochę zeskrobać ten dydaktyczny smrodek, całkiem dobra analiza problemu, który przecież jest ważny i występuje na całym świecie, nie tylko w Szwecji, a mianowicie przemocy wobec kobiet.
Tak więc oględnie mówiąc, kryminał to dobry, chociaż , niestety, domyśliłam się rozwiązań bardzo szybko, ale nie szkodzi, a ta nieco nachalne (według mnie, oczywiście) naciskanie na pewne sprawy da się znieść. Jednak wciąż myśląc o tej książce mam jakby mieszane uczucia. Może to i dobrze? Przynajmniej to książka, która nie zostawiła mnie obojętną wobec niej.
Teraz zabrałam się za "Groteskę" Natsuo Kirino (wydana przez Sonia Draga, 2008). To druga na naszym rynku książka tej autorki po wydanej u nas książce pod drażniącym mnie okropnie tytułem "Ostateczne wyjście" (nie wiem, jak Wy, ale ja wciąż odczuwam potrzebę zamienienia kolejności wyrazów w tymże tytule). Na razie zaczyna się ciekawie, jest to kryminał, ale sądzę, że jak poprzednia książka, nie tylko kryminałem to będzie, a także obserwacją współczesnego społeczeństwa Japonii i jego problemów analizą. Zobaczymy.
Kartki świąteczne za granicę wysłałam wczoraj, te do Polski chwilkę jeszcze poczekają.
o filmach będzie;)
W weekend zafundowaliśmy sobie dwa całkiem różne filmy.
Na początek całkiem świadomie zarzuciliśmy sobie "Mamma Mia!" w reżyserii Phyllidy Lloyd, który to, wiedzieliśmy, nie będzie szczytem kina ambitnego, ale…szczerze? Mieliśmy to w nosie. Film okazał się dokładnie taki, jak opisywali go wszyscy moi znajomi, którzy widzieli go przede mną (co nie jest zbytnią trudnością, jak bowiem Wiecie, od bardzo dawna w kinie nie byłam, a więc nowości mnie omijają), czyli totalnym odstresowywaczem na wszelkie pochmurne nastroje i dni. Treści streszczać nie będę, ogólny zarys jest niezbyt skomplikowany, młoda dziewczyna mająca wziąć ślub, chce poznać swojego ojca. Problemem jest fakt, że kandydatów do tak zaszczytnej roli jest aż trzech i wszystkich ich dziewczyna podając się za swoją matkę, na ślub i wesele zaprasza. Zdecydowanie film ten powinien być przepisywany na receptę w przypadkach melancholii i lekkich stanów depresyjnych. Patrząc na niego, stwierdziliśmy oboje, że po pierwsze, ABBA, to jest to! A po drugie, że aktorzy biorący udział w filmie mieli przy tym naprawdę niezły ubaw. Myślę, że praca przy tym filmie była naprawdę sympatyczna, co widać po efekcie. Podobało mi się, że w filmie nikt nie silił się na przekonanie widza, że film jest czymkolwiek innym, niż jest, a mianowicie lekką komedią, musicalem z przeuroczymi widokami Grecji (a jakże! 🙂 w tle. Podczas oglądania człowiek zaczyna się orientować, że albo podśpiewuje sobie pod nosem przeboje ABBY, albo uśmiecha się do siedzącej obok osoby. Film zdecydowanie polecany tym, którzy mają ochotę na coś, co ich odpręży (of course, każdego odpręża co innego, mnie właśnie coś takiego), a nie oczekuje nie wiedzieć jakich cudów wianków. A Wiecie, że ABBA nawet była kiedyś w Polsce? Ha. Podobno.
Drugi film okazał się natomiast zupełnie innym i raczej niekoniecznie on właśnie powinien być przepisywany na receptę osobom z nastrojami depresyjnymi. Mówię tu o ekranizacji opowiadania Haruki Murakamiego, "Tony Takitani" (reż. Jun Ichikawa), która to ekranizacja okazała się według mnie bardzo dobrą. Poznajemy głównego bohatera, który jest osobą niezwykle samotną. Tak samotną, że stan ten wydaje mu się aż nazbyt normalny i zwykły. Samotność jest jego życiem. Ten stan, ku jego zdumieniu zmienia się jednak z chwilą, gdy nasz bohater, Tony Takitani, poznaje pewnego dnia kobietę, w której, czego sam początkowo zrozumieć nie może, zakochuje się i również on nie jest jej obojętny, bo wkrótce pobierają się. Związek zdaje się być idealny, jednak kładzie się na nim pewien cień, a mianowicie niesamowita miłość kobiety do nowych ubrań. Kobieta nie jest w stanie się opanować i kupuje wciąż i wciąż nowe ubrania. Tony próbuje przedstawić jej argumenty za nieco większą oszczędnością w tej dziedzinie i wtedy dochodzi do tragedii.
Jak wspomniałam, trochę się obawiałam ekranizacji opowiadania Haruki Murakamiego, jak Wiecie jest to obecnie mój ulubiony autor. Jednak muszę przyznać, że całkiem mi się ta ekranizacja spodobała. Jest taka wschodnia, wydaje się, że nic się niby nie dzieje, a przynajmniej niewiele, akcja dzieje się niespiesznie a jednak dochodzimy do pointy opowieści. Są ludzie, którzy na samotność są skazani, są ludzie, którym los nie sprzyja i żeby nie wiem, jak walczyli z tym, co im los ów przynosi, z góry skazani są na porażkę.
Nie ma dwóch różnych filmów, jak te, które zaserwowaliśmy sobie w ten weekend, ale…oba nam się podobały i oba spełniły swoją rolę, czyli dostarczyły tego, czego oczekuję po kinie, relaksu, śmiechu, rozbawienia, dobrego nastroju, a także chwili refleksji i możliwości zastanowienia się nad pewnymi sprawami.
byliście grzeczni w tym roku?
Bo ja najwyraźniej tak, bo Mikołaj mnie rozpieścił. Wiedział, nie ukrywam, co bym chciała i tak oto otrzymałam dwie książki ("Grecki skarb" Irvinga Stone’a i "Bogini z labradoru" Konrada T. Lewandowskiego) i najnowszą płytę Carli Bruni "Comme si de rien n’etait" i parę innych drobiazgów od bliskich. Już się nie mogę doczekać na ucztę książkowo płytową;)
A Wy? Byliście grzeczni w tym roku?
Miła niespodzianka na Mikołajki;)
Wielką i (dobra, nie ukrywajmy:) , miłą niespodzianką okazało się to, co odkryłam na blogu Artdeco czyli wytypowanie mojego bloga w kolejnej blogowej zabawie.
Zabawa zacna, aczkolwiek dla mnie wytypowanie kolejnych TYLKO siedmiu blogów okazało się wielką trudnością. Jak kiedyś pisałam, gdyby nie to,że interesują mnie te właśnie a nie inne blogi, które czytam, nie miałabym ich w linkach. Co oznacza ni mniej ni więcej, że obrazek I LOVE YOUR BLOG dedykuję wszystkim;) a siedem wybrałam dlatego, że takie są surowe zasady owej zabawy;)
- Blog Monoli , o której kiedyś już pisałam, że mam do niej niezwykle wielki sentyment jako do mojej pierwszej poważnej "blogowiczki". Ze znajomości blogowej nasza znajomość ewoluowała w przyjaźń…
- Blog Judytty za to, że tak wiele nas łączy…i książkowo i w naszych osobowościach. Że rozumie mnie bez słów, i że wiem, że zawsze mogę do niej napisać i zrozumie.
- Blog Nutty za naszą wspólną sympatię nie tylko do książek, ale i do konkretnych książek;) I za to, że umie o książkach pisać tak ciekawie.
- Blog La_polaquity za to, że pisze w tak osobisty sposób, za jej przepiękny styl literacki (chcę kiedyś przeczytać książkę napisaną przez nią) i za to, że nawet o różnicach u innych La_polaquita umie pisać w ładny, nienapastliwy i nieagresywny sposób.
- Blog Obiezy_swiatki za jej ciepło w stosunku do świata i innych osób. Za jej umiejętność pisania na wesoło, ale i refleksyjnie. Za to, jak zwraca moją uwagę na wydawało by się czasem umykające mi sprawy.
- Blog Artdeco za to, jak przedstawia mi rozmaite rozwiązania dotyczące wystroju wnętrz. Sama się na tym nie znam, ale uwielbiam oglądać takie pomysły, bowiem wnętrza są dla mnie bardzo ważne. I nawet, jak nie każdy pomysł mi się podoba, to Artdeco wybiera zawsze te najciekawsze, których nie muszę mieć u siebie, ale na pewno są interesujące i warte zwrócenia uwagi.
- Blog Spaceru_Biedronki za to, jak umie pięknie pokazać w swoich artystycznych fotografiach świat, a w kilku czasem zdaniach oddać to, co najważniejsze. Jednym słowem, Spacerek udowadnia, że często naprawdę liczy się nie ilość a jakość.
