życzenia…

…kolejne nadciągają. Dziś otrzymałam kartkę od Chihiro i Dublinii. Dublinio, WIELKIE DZIĘKI za przepiękną kartę, bo przecież rozmiarowo kartką tego się nie da nazwać , ale przede wszystkim za szalenie ciepłe słowa w środku,aż się wzruszyłam, tak mi się jakoś ciepło w sercu zrobiło. Dzięki. Wkurzyłam się tylko, bo kartka od Ciebie ewidentnie była otwarta. Że szukają forsy od Polaków na Wyspach, to wiem, ale tak jak robią to dyskretnie, to mniej mnie wkurza. Tu koperta widać, że rozerwana paluchem czyimś wśsibskim, i tak dobrze, że w ogóle łaskawie postanowili, że kartę otrzymać mogę, ale powiem Wam, że widząc tak wprost, że ktoś to otwierał strasznie mi się zrobiło przykro.
Najważniejsze jednak, że doszła;)
Obu paniom wielkie dzięki za pamięć i ciepłe życzenia;)

Życzenia Świąteczne ode mnie…

Wiem, że niektórzy z Was wyjeżdżają, dlatego składam Życzenia już dziś.
Moim Czytelnikom, i tym, którzy się odzywają i tym, którzy czytają bez zostawiania swojego śladu na moim blogu, życzę, aby te nadchodzące Święta były pełne Zdrowia i Spokoju. Niech każdy otrzyma to, czego pragnie najbardziej, gdzieś na dnie serca (i niekoniecznie mam na myśli najnowszy model Audi:). Niech otaczają Was tylko życzliwi ludzie, z którymi atmosfera świątecznych dni będzie jeszcze pełniejsza.
A w Nowym Roku 2009, chociaż to jeszcze pewnie "pożyczę" przed zmianą dat , niech spełnią się marzenia, niech będą tylko dobre i szczęśliwe dni a jeśli zmiany, to tylko te na lepsze.
W prezencie piosenka, która niech pokaże nam wszystkim, że nawet w najmniej ciekawym miejscu może zdarzyć się mały, prywatny cud.

deszczowe dni…

…te przedświąteczne, ale podobno od wtorku ma sypać śnieg. Hmmm, zobaczymy.
Święta niebawem. Mam nadzieję,że sąsiedzi w góry, jak co roku wybiorą się do swojej pozawarszawskiej familii, czym zrobią mi najlepszy prezent, bo zagwarantują odrobinę ciszy i spokoju. Dzisiaj podczas ubierania choinki (ach, jak lubię ten zapach lasu w domu, nawet jeśli utrzymuje się przez chwilę) musieliśmy znieść ich koncert na trąbie. Trafiają do mnie po haśle "jak uprzykrzyć życie sąsiadom z góry", już któryś raz. Niestety, ponieważ to ja jestem tą, której się uprzykrza, więc ja za wiele metod nie znam, ale mogę poradzić trąbę. Skutecznie obrzydza życie sąsiadom. I z góry i z boku i poniżej. Na trąbie grywali a raczej nieudolnie próbowali zaraz po przeprowadzce. Niestety, najwyraźniej ktoś wcisnął jednostce próbującej wydobyć coś z instrumentu kit, że ma talent, bowiem próby obracały się wciąż wokół jednej, w dodatku źle wygrywanej upierdliwie z tym samym mozołem melodii. Talent więc został pogrzebany a instrument odłożony. Aż do dzisiaj. Myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok.
Na pociechę, i zadbanie przedświąteczne, na włosach mieni się mój ulubiony mahoń. Nie ma to, jak coś zrobić z włosami, od razu nastrój lepszy.
W tym roku baczniej zwracałam uwagę na ozdoby świąteczne, głównie kolorowe lampki, w oknach i na balkonach Kabat. Niektóre kompozycje są naprawdę przepiękne. Cieszą oko podczas spaceru, szczególnie wieczornego.
Też nabyliśmy lampki, które migają kolorowo, ale nie mamy ich na balkonie, ale w domu.
Święta tuż tuż…

„Grecki skarb”. Irving Stone.

Ostatnio przeżyłam cudowną podróż. W krótkim czasie zwiedziłam sporo i dokonałam niezwykłych odkryć. A to za sprawą wspaniałej książki, jaką miałam okazję przeczytać, a jest nią "Grecki skarb", wydana w wydawnictwie MUZA S.A (2008).
Jest to jedna z najlepszych książek jakie czytałam w ogóle, a na pewno w mojej prywatnej ocenie będzie na szczycie , kiedy będę czynić podsumowania literackie roku 2008.
Tak, pan Irving Stone umie pisać biografie. Czytałam jego autorstwa biografię Michała Anioła "Udręka i ekstaza" (nie wiem, dlaczego do tej pory nie oceniłam jej na biblionetce, dziś poprawiłam to niedopatrzenie) i zaczęłam świetną biografię Van Gogha "Pasja życia", której niestety nie skończyłam. Była tak przejmująco prawdziwa, że miałam wrażenie, że sama za chwilę popadnę w obłęd i odetnę sobie własne ucho. Zaniechałam więc lektury, ale teraz po tej książce, mam zamiar do niej wrócić!
Stone ma talent do pisania, ale nie ukrywajmy, wybiera sobie za bohaterów  książek osoby nietuzinkowe, sławy budzące wiele kontrowersji, wiele emocji, osoby oryginalne. Dlatego książki te porywają nas od pierwszej do dosłownie ostatniej strony.

Tak też było i w przypadku "Greckiego skarbu", w którym za bohatera Stone wybrał Henryka Schliemanna. Ale nie tylko jego. Równorzędną bohaterką bowiem staje się żona Schliemanna, Zofia, Greczynka, którą ten odkrywca Troi opisywanej przez Homera, królewskich grobowców w Mykenach, pałacu w Tirynsie, pojął za żonę , kiedy była młodą dziewczyną, zaledwie siedemnastoletnią. Małżeństo było aranżowane, ale okazało się zaskakująco dobre, trwałe i silne. Zofia , mimo, że młodziutka w chwili zamążpójścia, w dalszym ich życiu wykazała się nadzwyczajną mądrością, odpowiedzialnością i dojrzałością. To również ona stała się odkrywcą wielu skarbów. Ten niezwykły duet bowiem przez prawie całe małżeństwo podróżował razem i starał się spełnić pasję Schliemanna, a zaczęło się właśnie od tego, że za cel swego życia postawił on sobie odkrycie Troi, o której do tej pory mawiano, iż istniała ona jedynie w mitach.
Połączyła ich miłość do odkrycia, do ukazania światu, że marzenie może się spełnić, że nie każde marzenie, to pusta, nie do zrealizowania mrzonka.
Książka napisana jest świetnie, porwała mnie w swój świat. Zdało mi się, że jako osoba trzecia, ale niewidoczna dla małżeństwa Schliemannów, podróżuję wraz z nimi po kolejnych wykopaliskach. Czułam niemal na skórze palące mnie słońce, czułam w ustach smak greckich potraw przez nich spożywanych, czułam niedowierzanie i wielką radość, kiedy odkrywaliśmy wspólnie Troję, królewskie grobowce w Mykenach…tak, przez ostatnie dni doświadczyłam dzięki tej rewelacyjnej biografii niezwykłych emocji i wzruszeń.
Jeśli macie ochotę na coś, co Was poruszy, porwie w niezwykły świat niezwykłych bohaterów, szczerze polecam.


I tradycyjnie cytaty w ramach bonusu:

"Grecja jest znakiem Boskiej miłości do Ziemi".

Z którym to się w 100% zgadzam!

I:

"Greckie słońce nie ogrzewa skóry, przenika w głąb ciała przez każdy otwór i płonie w piersi człowieka niczym drugie bijące serce, pompujące krew w żyłach. (…) W Grekach słońce zamieszkało na zawsze".

świąteczne życzenia…

…powoli nadciągają;)
Niektóre wraz z miłymi dowodami pamięci.
Nadeszły życzenia z Japonii, Włoch, Niemiec, a wczoraj od Spacerka wraz z dwiema ślicznymi zakładkami magnetycznymi, do książek, oczywiście, UNICEFU. Mają piękny wzór, jakoś kojarzą mi się z Zen.
Za życzenia dziękuję a Spacerkowi dodatkowo za przemiłą niespodziankę;)
Dowiaduję się też, że powoli i nasze życzenia docierają do adresatów, mam nadzieję,że żadne się nie zgubią gdzieś po drodze. Wczoraj znowu wyczytałam gdzieś o stosie wywalonej korespondencji, które ktoś znalazł i nawet sfilmował, żeby był dowód, że nie zmyślił.
Dopisek, zapomniałam wspomnieć, a to myślę, ciekawe, że kartka z Włoch (Pyza, mogę ujawnić, że od Ciebie?:), nie była taką zwykłą kartą a kartką wspierającą działalność organizacji Emergency. Pyza była tak dobra i podała mi link do nich, więc wklejam i tu, może ktoś będzie zainteresowany, czym się ona zajmuje.
http://www.emergency.it/index.php?ln=En

temat może nielekki, ale…

…"chodzi" za mną, odkąd parę dni temu o tym usłyszałam, a wczoraj w rozlicznych wiadomościach dowiedzieliśmy się nieco więcej szczegółów. Otóż w Stanach przeprowadzono udany (miejmy nadzieję, ale czas chyba coraz bardziej pokazuje, że tak, że udany) przeszczep twarzy. Pacjentem była kobieta. Co ciekawe i z czego możemy być dumni, przedsięwzięciem kierowała Polka, pani Maria Siemionow, która to nawiasem mówiąc, wciąż ma etat na swojej uczelni w Poznaniu i podobno kilka razy w roku odwiedza tę uczelnię.
Ale nie o tym chcę pisać.
Dwie refleksje mnie przy tym złapały i puścić nie chcą. Pierwsza to ta, kiedy usłyszałam a potem zobaczyłam na filmie rekonstrukcję wydarzenia, oczywiście w skrócie, jak wyglądała a raczej jak już nie wyglądała twarz pacjentki. Nie wiem, czemu została tak oszpecona, czy w wyniku wypadku samochodowego, czy katastrofy lotniczej, dość rzec, że ta kobieta ostatnie lata, jakie przeżyła, mogła śmiało nazwać tymi w piekle na ziemi. Podobno dzieci uciekały z przerażeniem na jej widok, a podziwiam ją dodatkowo, że w ogóle podejmowała próby wychodzenia z domu, nawiasem mówiąc. Wiem, sadzę tu teraz truzimy, ale najwyraźniej wczorajszy news miał mną wstrząsnąć. Na tyle, że podjęłam decyzję. Już nigdy się nie skrytykuję. Owszem, czasem patrząc w lustro narzekałam na to, czy na tamto. Nos mógłby być mniej kulpaty, a coś tam innego piękniejsze. Koniec. Nigdy więcej nie powiem na swoją twarz nic złego. Bo ją mam. Bo mam swój nos (nawet jeśli jest kulpaty!), bo mogę nim CZUĆ zapachy! (nawet jeśli czasem jest to smród, ale…czuję! czuję greckie rozgrzane plaże, zapach osła, czuję smakowitą zupę, jaką przyszykowała dla nas teściowa, czuję piękne zapachy perfum, którymi skropiła się na spotkanie ze mną koleżanka z bloga. ). Mogę podrapać się w nos, mogę się do kogoś uśmiechnąć, wreszcie, mogę samodzielnie jeść! i oddychać. Prawda, że na co dzień nie myślimy o tym w tych kategoriach? nie zastanawiamy się nad tym? No więc ja jakoś pomyślałam i teraz wiem, że jestem wdzięczna, że jest tak, że wszystko to mogę. I że więcej słowa złego na swoją urodę nie powiem, howgh.

Druga refleksja, jaka mi się narzuciła po tym wydarzeniu, to fakt smutny nieco, a mianowicie, jaka szkoda, że tej klasy świetny specjalista, jakim jest pani Siemionow, miała praktycznie szansę na zrealizowanie swojego marzenia jako lekarz, dopiero w Stanach. Wiem, ta operacja jest tak horrendalnie droga a i przygotowania do niej również pochłonęły ogromne pieniądze, że i tak niewiele krajów na nią stać, ale…zawsze to trochę smutne, że nasi lekarze realizują się poza granicami. Chociaż i to dobre, że się realizują.
Pani Siemionow gratuluję. Myślę, że dla lekarza nie ma lepszego spełnienia się kariery zawodowej.
I tak, cieszę się, że Polacy na świecie kojarzyć się mogą również w tak pozytywny sposób.

Więcej informacji o zabiegu tu:

http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80708,6077432,Kulisy_pierwszego_w_USA_przeszczepu_twarzy.html

co tu dużo kryć…

…kryminały zostają powoli docenione. Szczególnie te nie tylko obfitujące w akcję, intrygę i tajemnice, ale przede wszystkim te mające w tle obserwacje dotyczące współczesnego świata, zmian zachodzących w społeczeństwie, zmian ludzi i ich postaw.
Henning Mankell został uhonorowany prestiżową nagrodą Ripper Award. Zupełnie mnie to nie dziwi, bowiem moi stali czytelnicy wiedzą, że i dla mnie jest on jednym z najważniejszych pisarzy, w tym właśnie jako twórca "kryminału psychologicznego", że pozwolę sobie na takie nazwanie.
Tak, czy siak, ucieszyłam się z tej nagrody dla jednego z moich ulubionych autorów. Więcej informacji tu:
http://www.dziennik.pl/kultura/article283137/Tworca_Wallandera_zbiera_laury.html

nieudana lektura…

…i mnie się zdarza;) Tak, tak, wiem, trudno w to uwierzyć, ale sądzę,że wynika to po części z tego, że o nietrafionych książkach, czy po prostu złych nie pisuję na blogu, bo jakoś wolę o tych, które zachwyciły, które były dobre i skłoniły do przemyśleń. Ale ta końcówka roku tak jakoś zebrała wyjątkowo nietrafione, że aż się zirytowałam. Może sama straciłam orientację co do własnego gustu? Hm. No nie wiem. Bo tak, zaczęło się od "Radio Yokohama" Marcina Bruczkowskiego i Moniki Borek, wydanego w Wydawnictwie: Rosner&Wspólnicy, 2008. Książka, którą wyczekałam, myślałam sobie tak, pierwsza jego książka "Bezsenność w Tokio" i potem "Zagubieni w Tokio" podobały mi się (jego druga książka nie), że może ta będzie udana. No i zawód. Niestety. Uczciwie przyznaję się, całej nie zmogłam. Dobrnęłam do połowy i palnęłam się w czoło z pytaniem "kobieco, nie szkoda Ci czasu?". Było szkoda. Niestety, nie zrozumiałam z przeczytanej połowy o co chodziło, natomiast było nudno. Szkoda mi to mówić, ale tak pożałowałam wydanych na nią pieniędzy, że postanowiłam więcej nie eksperymentować z książkami tego autora. Najwyraźniej dla mnie fascynacja tą prozą się skończyła.
Następnie przyszła długo wyczekiwana "Groteska" Natsuo Kirino wydana w Sonua Draga, 2008. Spodziewałam się lektury tak samo wciągającej, jak wydana poprzednio książka tej autorki "Ostateczne wyjście" (wielokroć pisałam, jak irytuje mnie ten tytuł, aż prosi się o przestawienie wyrazów). Teraz też zapowiadało się ciekawie, myślałam, że będzie to solidny kryminał, bowiem zaczynało się od dwóch morderstw tokijskich prostytutek. Właśnie na solidny kryminał się nastawiałam, a okazało się, że książka miała być czymś w rodzaju gorzkich refleksji na temat współczesnego społeczeństwa Japonii, które to refleksje przez usta kobiet były nam sprzedawane. Nuda. Nuda panie i panowie. Niestety. Tym razem już tak się zirytowałam, że doczytałam do końca (bo już ile można tracić pieniądze na książkę i nie mieć chociaż satysfakcji podsumowania, że do końca było kiepsko). Hm, może i trafiło się trochę przemyśleń wartych odnotowania, ale szczerze mówiąc, co najmniej o połowę można było książkę skrócić.
Zła , sięgnęłam po "Bogini z labradoru" Konrada T. Lewandowskiego, wydana przez Wydawnictwo Dolnośląskie w 2007. Czytana przeze mnie jakiś czas temu jego książka "Elektryczne perły" podobała mi się bardzo, więc pomyślałam, że i ta się spodoba. Niestety. Książka również mnie wynudziła a intryga nie wciągnęła;(
Nie wiem , co teraz robić, nie chcę mojej listy książkowej zamykać z przeświadczeniem, że literacko końcówka roku nie spełniła oczekiwań. Muszę uważniej przyjrzeć się mojej półce z książkami, na pewno czeka tam na mnie coś, co nie spowoduje ziewania a la krokodyl, która nie zirytuje i która wciągnie mnie w swój magiczny świat.

kartki świąteczne…

…powoli zaczynają nadchodzić. Regina zapoczątkowała swoją ze Szwajcarii, a wczoraj doszły już z Australii i pierwsza ze Stanów.
My swoje za granicę, wysłaliśmy i jak na razie tylko Dublinia dała mi znać, że otrzymała, hm, mam nadzieję, że reszta też trafi do adresatów. Te do Polski pójdą dzisiaj, bo wrzuciłam do skrzynki wczoraj wieczorem. Teraz tylko pozostaje sobie życzyć, żeby doszły na czas.
Poczta znowu mnie zirytowała. P. odebrał list polecony, na który to list kwitek był tak wystawiony, że nie mieliśmy zwyczajowego czasu 2 tygodni na odbiór listu, ale tylko w sumie tydzień i jeden dzień może. Czyli co, znowu awizo przyszło późno? A jakbyśmy nie mogli odebrać w tym czasie, bo byśmy wyjeżdżali? Dwa tygodnie, to jednak dwa tygodnie a tydzień, to tydzień. No, ale takie mamy właśnie porządki na naszej poczcie. Już nawet nie mam sił się denerwować. Czekam na książkę z wydawnictwa, i też się zastanawiam, kiedy mi ją dostarczą, a raczej, jak teraz wydatują na awizo. Chciałam szczerze mówiąc, odebrać ją dopiero po Świętach, bo to, co się dzieje w naszym urzędzie, to jeden wielki kłębiący się dziki tłum, ale kto wie, kiedy w ogóle dostanę awizo.

„Scoop. Gorący temat”. Reż. Woody Allen.

Według opinii poczynionej na podstawie obserwacji znajomych, ludzie dzielą się na tych, którzy filmy Allena lubią i takich, którzy ich nie znoszą (pewnie podobnie, jak samego Allena). Ja należę do tych, którzy jego filmy lubią, dlatego z przyjemnym zdziwieniem odkryłam, że w Viva! dodają jego film "Scoop. Gorący temat". O filmie pisała Matylda_ab
ale nie napisała, że film do dostania jest w kioskach czy Empikach, toteż przyjemnie było odkryć, że film jak najbardziej jest do obejrzenia niemal zaraz.
Nie zawiodłam się na nim. Ot, lekka komedia z wątkiem kryminalnym, jak to często u Allena bywa.
On, nerwowy prestitigitator Sid , którego z powodzeniem odgrywa sam Woody Allen, ona, będąca na wakacjach na Wyspach Brytyjskich Amerykanka, studentka dziennikarstwa (chociaż los o mało a zrobiłby z niej pomoc dentystyczną;) grana przez Scarlett Johansson, i on, przystojny, młody, elokwentny arystokrata grany przez Hugh Jackmana. Przystojniak ma jedną wadę. Nie, nie żonę skrywaną przed światem niczym żona pana Rochestera w powieści z wiktoriańską Anglią w tle. Jego wadą jest to, że jest oskarżony o zbrodnię przez zmarłego dziennikarza, który niesamowitym zbiegiem okoliczności zjawia się w magicznej skrzynce magika Sida i oznajmia naszej przyszłej dziennikarce Sondrze, że ma dla niej temat życia.
Od tej pory, jak to u Allena , jest śmiesznie i trochę gapowato, ale jednak intrygę i to, czy nasz przystojniak jest naprawdę winien zbrodni czy też wręcz odwrotnie, udaje się rozwikłać.

Mnie się podobało, ja się przy tym filmie wyśmiałam, zrelaksowałam, o to mi właśnie ostatnio chodzi w kinie.
Polecam;)