W którym to moim wpisie czytelnicy dodawali propozycje filmów o taneczno muzycznej tematyce? Nie jestem pewna, czy był to film "Iberia" Saury czy raczej "Życie jest muzyką". Chyba to w tym drugim wpisie było.
Tak, czy siak, pamiętam, że padł wtedy tytuł "Tango". Ja będąc przekonaną, że mam ten film na płycie, byłam niemal pewna, że obejrzę go wkrótce, niestety, okazało się, że filmu nie mam i mogłam obejść się smakiem. Mój niezawodny Mikołaj miał lepszą ode mnie pamięć i dlatego też wreszcie mogłam smakować ten niezwykły obraz.
Nie tańczę. Nie umiem i chyba nie jestem osobą, która do tańca jest stworzona. Jest jednak jeden taniec, który kiedy słyszę, to moje ciało przechodzą autentyczne dreszcze i chyba chciałabym nauczyć się kiedyś jego kroków.
Jest to ni mniej ni więcej, ale tango. Konkretnie, to tango argentyńskie.
Według mnie nie ma bardziej zmysłowego tańca, w którym nie pokazane zostały by emocje kobiety i mężczyzny. Niech się schowają wszystkie latynoskie tańce-trzęsidupki;) nie trzeba być rozebranym aby być zmysłowym i budzić emocje, nie trzeba być wyzywającym, aby kusić. Kiedy słyszę tango natychmiast oczami wyobraźni widzę zmysłowych ludzi, koniecznie ciemnowłosych, którzy niby to tańczą niby to prowadzą ze sobą erotyczną grę a niby to walczą. To nic innego, jak przeskakujące między nimi iskry elektryczności czy ładunku zmysłów. Hmmmm…
W filmie "Tango" fabuła jest , szczerze mówiąc, dodatkiem do tańca. Nawet trochę za mało jak dla mnie samej tej fabuły było, to już wolę konkretnie, jak w "Iberii", kiedy było wiadomo, że jest to raczej film dokumentujący niż fabularyzujący. Ale, wracając, do "Tanga". Poznajemy głównego bohatera, Mario, który zostaje sam, gdyż jego żona zaczyna nowe życie z innym mężczyzną. Mario, aby nie dać się postępującemu stanowi depresyjnemu, podejmuje wyzwanie. Daje się wciągnąć w projekt powstającego musicalu, który to projekt ani się obejrzy a pochłonie go niemal całkowicie. Niemal, zaznaczam, bowiem jakąś część swojej uwagi zwróci ku młodziutkiej Elenie, dziewczynie kusicielskiej i zjawiskowej, tancerce, którą to promuje jej partner, mafiozo, z którym po jakimś czasie Elena zdecyduje się zerwać. I , co było do przewidzenia od pierwszego jej spotkania z Mariem, wda się w romans z Mariem właśnie.
Fabuła więc taka nieco miałka mi się zdała, natomiast to, co poza nią, a mianowicie taniec, to …majstersztyk. Niesamowita gra i pokaz tego, jak właśnie ten jeden taniec jest w stanie oddać cały wachlarz ludzkich uczuć i namiętności od radości przez smutek od miłości przez gniew…
Podejrzewam, że mało kto z Was wie, że moim wielkim marzeniem jest odwiedzić kiedyś Buenos Aires. Mam nadzieję, że kiedyś to marzenie się spełni. Chcę zasiąść w którejś z kawiarni, chcę chłonąć życie tego miasta. Wreszcie chcę, nie, nie chcę, muszę! zobaczyć kiedyś na własne oczy to, co dzieje się z ludźmi i pomiędzy nimi, kiedy zaczynają tańczyć tango………
„Autobiografia na czterech łapach”. Dorota Sumińska.
Odkąd poznałam pierwszego weterynarza , pana Andrzeja Kruszewicza, niekoniecznie w sensie towarzyskim, ale podczas leczenia mojej papugi, zrozumiałam jedno, weterynarze, to osobny gatunek człowieka. Taki, chyba inny, według mnie lepszy. Ta teoria towarzyszy mi od tej pory i nie zmieniam jej, bowiem ci, których potem poznałam, tylko ją potwierdzali.
Może dlatego też tak mi się spodobała autobiografia osoby, której audycję "Cztery Łapy" słucham w Radiowej Jedynce pilnie w każdą sobotę.
Spodobała mi się wydana w Wydawnictwie Literackim (2008) "Autobiografia na czterech łapach czyli historia jednej rodziny oraz psów, kotow, krów, koni, jeży, słoni, węży…i ich krewnych" pani Doroty i opowieści o jej rodzinie nie tylko ze względu na zawód przekazywany i kochany (wygląda na to, że pani Dorota nie mogła zostać nikim innym, jak lekarzem weterynarii;), ale za szczerość. Z wielkim zdumieniem odkryłam, że pewne sprawy z jej biografii nas łączą! I myślę, że teraz posłucham jej jeszcze pod innym kątem.
Książka napisana została w bardzo ciepłej nucie, dobrą polszczyzną (jak miło odetchnąć przy tego typu lekturze), ciekawie i jak już wspomniałam, szczerze. Nie przepadam za osobami, które usiłują wykreować się na niemal chodzące doskonałości. Niektóre robią to bardzo widocznie, co tylko śmieszy, inne, dość sprytnie, tak, że niektórzy naprawdę dają się na to nabrać. Tu na szczęście, autorka w żadne gierki z czytelnikiem się nie bawiła i dobrze, bo według mnie dlatego czyta się to tak, że nie można się oderwać.
Mnie się bardzo ta książka podobała i polecam.
