„Sierociniec”. Reż. Juan Antonio Bayona.

Zanim przejdę do filmu, to pochwalę się odkrytym przeze mnie błędem. Jakby nie było, reżyserem filmu "Sierociniec" jest ni mniej ni więcej, a Juan Antonio Bayona, na filmwebie między innymi tak piszą http://sierociniec.filmweb.pl/ (of course, na okładce filmu również;), a na Merlinie, panie i panowie , wymyślili, że reżyserem jest  ktoś zupełnie inny, a mianowicie del Toro, o , wklejam link, coby nie było, że się czepiam bezpodstawnie:
http://merlin.pl/Sierociniec_Guillermo-del-Toro/browse/product/2,629772.html

Del Toro był producentem filmu, ale jednak to coś innego, niż reżyseria, prawda?

Po tym wstępie, parę zdań o samym filmie. Nie wiem, dlaczego nastawiłam się głównie na horror, prawdopodobnie przez to co czytyłam o nim, kiedy wchodził na polskie ekrany.
Prawdą jest, że ja jako horroru go nie odebrałam. Uprzedzam dalej czytających, że mogę wiele zdradzić, więc ci, którzy nie chcą znać szczegółów, niech raczej zaprzestaną dalszej lektury.
Owszem, jest więc zachowana konwencja horroru, jest wielgachna posiadłość, w której przed laty mieścił się sierociniec, w którym wraz z przyjaciółmi mieszkała Laura. Laura powraca do owej posiadłości, aby wraz z mężem i adoptowanym chorym synkiem, stworzyć dom opiekuńczy dla innych potrzebujących dzieci. Posiadłość jest ogromna, mroczna, skrywa w sobie jakieś nieznane nawet mieszkającej kiedyś w niej Laurze, pomieszczenia i zakamarki. I coś dziwnego się w niej dzieje. Synek Laury, Simon, rozmawia dziećmi, których Laura i jej mąż nie widzą, twierdząc, że to jego nowi przyjaciele.
Klimat więc i atmosfera horroru nawet na miejscu. Jednak według mnie ten film, to nic innego, jak przedstawienie, co może stać się z kimś, kto utraci dziecko. Synek Laury bowiem pewnego dnia znika w niewyjaśnionych okolicznościach.
Jednak, film z jednej strony sugeruje nam, że przeniósł się on do świata swoich niewidocznych przyjaciół, o których w miarę upływu czasu coraz więcej się dowiadujemy. Ja jednak odebrałam to nieco inaczej, według mnie , Simon zmarł a jego matka nie mogąc się z tym faktem pogodzić, stworzyła sobie taką a nie inną historię, która pomogła jej się oswoić z tym strasznym dośwadczeniem. To dla mnie opowieść o tym, jak nie można pogodzić się ze śmiercią dziecka, o tym, jak tęsknota zamiast się zmniejszać, może właśnie odwrotnie, nasilać się, aby doprowadzić do tragicznych w konsekwencji czynów rodzica…

Nie wiem, czy do końca tak właśnie jest z tym filmem, ja go właśnie tak odebrałam…może dlatego, że w pewnej chwili przypomniała mi się wspaniała na podobny temat książka Stephena Kinga "Smętarz dla zwierzaków", przy której nieźle się spłakałam i ta myśl towarzyszyła mi aż do końca oglądania. Może moje przekonanie ugruntowało się po dzisiejszej wizycie na cmentarzu, na grobie moich Dziadków, w którego to okolicy, jak kiedyś już pisałam, są groby dzieci, moich rówieśników, którzy dorosłymi ludźmi poprzez chorobę stać się nie mogli. Te groby są jednymi z najbardziej zadbanych grobów na całym cmentarzu, wypielęgowane wręcz a o jeden z nich oparta dziś była książeczka "Bob Budowniczy", który to widok wzruszył mnie ogromnie…

Tak, ja "Sierocińca" jako horror odbierać nie umiem. Jeśli horror, to taki, jaki może dziać się w czyjejś głowie ze smutku, przerażenia, po tragedii, jaka dzieje się, kiedy rodzicowi ginie ukochane dziecko.

Mnie się ten film, mimo smutnej historii podobał, aczkolwiek nie ukrywam, że popłakałam się przy jego oglądaniu. Ale polecam.