W weekend zafundowaliśmy sobie dwa całkiem różne filmy.
Na początek całkiem świadomie zarzuciliśmy sobie "Mamma Mia!" w reżyserii Phyllidy Lloyd, który to, wiedzieliśmy, nie będzie szczytem kina ambitnego, ale…szczerze? Mieliśmy to w nosie. Film okazał się dokładnie taki, jak opisywali go wszyscy moi znajomi, którzy widzieli go przede mną (co nie jest zbytnią trudnością, jak bowiem Wiecie, od bardzo dawna w kinie nie byłam, a więc nowości mnie omijają), czyli totalnym odstresowywaczem na wszelkie pochmurne nastroje i dni. Treści streszczać nie będę, ogólny zarys jest niezbyt skomplikowany, młoda dziewczyna mająca wziąć ślub, chce poznać swojego ojca. Problemem jest fakt, że kandydatów do tak zaszczytnej roli jest aż trzech i wszystkich ich dziewczyna podając się za swoją matkę, na ślub i wesele zaprasza. Zdecydowanie film ten powinien być przepisywany na receptę w przypadkach melancholii i lekkich stanów depresyjnych. Patrząc na niego, stwierdziliśmy oboje, że po pierwsze, ABBA, to jest to! A po drugie, że aktorzy biorący udział w filmie mieli przy tym naprawdę niezły ubaw. Myślę, że praca przy tym filmie była naprawdę sympatyczna, co widać po efekcie. Podobało mi się, że w filmie nikt nie silił się na przekonanie widza, że film jest czymkolwiek innym, niż jest, a mianowicie lekką komedią, musicalem z przeuroczymi widokami Grecji (a jakże! 🙂 w tle. Podczas oglądania człowiek zaczyna się orientować, że albo podśpiewuje sobie pod nosem przeboje ABBY, albo uśmiecha się do siedzącej obok osoby. Film zdecydowanie polecany tym, którzy mają ochotę na coś, co ich odpręży (of course, każdego odpręża co innego, mnie właśnie coś takiego), a nie oczekuje nie wiedzieć jakich cudów wianków. A Wiecie, że ABBA nawet była kiedyś w Polsce? Ha. Podobno.
Drugi film okazał się natomiast zupełnie innym i raczej niekoniecznie on właśnie powinien być przepisywany na receptę osobom z nastrojami depresyjnymi. Mówię tu o ekranizacji opowiadania Haruki Murakamiego, "Tony Takitani" (reż. Jun Ichikawa), która to ekranizacja okazała się według mnie bardzo dobrą. Poznajemy głównego bohatera, który jest osobą niezwykle samotną. Tak samotną, że stan ten wydaje mu się aż nazbyt normalny i zwykły. Samotność jest jego życiem. Ten stan, ku jego zdumieniu zmienia się jednak z chwilą, gdy nasz bohater, Tony Takitani, poznaje pewnego dnia kobietę, w której, czego sam początkowo zrozumieć nie może, zakochuje się i również on nie jest jej obojętny, bo wkrótce pobierają się. Związek zdaje się być idealny, jednak kładzie się na nim pewien cień, a mianowicie niesamowita miłość kobiety do nowych ubrań. Kobieta nie jest w stanie się opanować i kupuje wciąż i wciąż nowe ubrania. Tony próbuje przedstawić jej argumenty za nieco większą oszczędnością w tej dziedzinie i wtedy dochodzi do tragedii.
Jak wspomniałam, trochę się obawiałam ekranizacji opowiadania Haruki Murakamiego, jak Wiecie jest to obecnie mój ulubiony autor. Jednak muszę przyznać, że całkiem mi się ta ekranizacja spodobała. Jest taka wschodnia, wydaje się, że nic się niby nie dzieje, a przynajmniej niewiele, akcja dzieje się niespiesznie a jednak dochodzimy do pointy opowieści. Są ludzie, którzy na samotność są skazani, są ludzie, którym los nie sprzyja i żeby nie wiem, jak walczyli z tym, co im los ów przynosi, z góry skazani są na porażkę.
Nie ma dwóch różnych filmów, jak te, które zaserwowaliśmy sobie w ten weekend, ale…oba nam się podobały i oba spełniły swoją rolę, czyli dostarczyły tego, czego oczekuję po kinie, relaksu, śmiechu, rozbawienia, dobrego nastroju, a także chwili refleksji i możliwości zastanowienia się nad pewnymi sprawami.
