…rzucam sobie jednym okiem. Podobał mi się ten film. Pamiętam, że bardzo do mnie trafił, kiedy byliśmy na nim w kinie. Czasem czuję się, jak bohaterowie "Między słowami"…gdzieś się gubię…między własnymi słowami, myślami…
Dzisiaj był dzień pocztowy, dotarła pierwsza kartka świąteczna, od Reginy,list z Litwy, także pocztówka z Londynu w sepii od Monoli i coś, co mnie ogromnie ucieszyło. Za sam fakt prezentu, owszem, tak, ale za to, że Monoli kupiła prezent według tego klucza, o którym kiedyś pisałam we wpisie o prezentach, że słuchała, pamiętała, co lubię. Jest to bowiem zrealizowany na podstawie opowiadania Haruki Murakami film "Tony Takitani". I to chyba największa radość, że ktoś tam gdzieś o tobie pomyślał, że wie, czym się interesujesz, o czym marzysz, że właśnie widać, że cię człowieku zna…bardzo się wzruszyłam.
A propos kartek, to te za granicę mam zamiar wysłać w przyszłym tygodniu, a te do Polski pewnie za jakiś tydzień. Jako, że sama nie przepadam za otrzymywaniem życzeń świątecznych tydzień po Nowym Roku, dlatego zawsze staram się wysyłać wcześniej.
Dzisiaj też załatwiliśmy trochę zakupów już świątecznych, co mnie ucieszyło, bo z tym też nie cierpię czekać na ostatnią chwilę. Nie lubię przemieszczania się w tłumie ludzi, a już niestety, jest coraz tłoczniej w sklepach, ze względu na fakt, że powoli ludziom się przypomina, że czas nabywać.
„2 dni w Paryżu”. Reż. Julie Delpy.
O la la! Ale nie wyszło.
Będę okrutna. Nie podobało mi się. Miałam ochotę obejrzeć coś na wesoło, dotyczące związku pewnej pary, w dodatku dziejące się w podobno jednym z najbardziej frapujących miast na świecie. W rezultacie, nawet akcja w Paryżu nie uratowała filmu. Tak naprawdę, to film równie dobrze mógł dziać się gdziekolwiek indziej. No, nie, może i nie, bo w sumie gdzie indziej spotkać można aż tak wielu niesympatycznych ludzi? Wiem, że są miłośnicy Paryża i super, na pewno jest to wspaniałe miasto z historią, wielką sztuką w tle i niesamowitymi tajemniczymi historiami, ale według mnie ludzie nie stanowią tam miłego dodatku. Są raczej mało sympatyczni, mówiąc oględnie. Co starannie w filmie udało się wypunktować reżyserce. Ale nawet ja twierdzę, że aż tak przerysować chyba sensu nie było.
Odniosłam wrażenie, że Julie chciała zmierzyć się z dwoma świetnymi według mnie, oczywiście, obrazami, w których brała udział, mam tu na myśli "Przed wschodem słońca" i "Przed zachodem słońca". Jednak tamte filmy były takie w sam raz. Było akurat tyle ile trzeba rozmowy, myśli, bez zbędnego przeintelektualizowania i przegadania wbrew pozorom, mimo, że oba filmy są zdecydowanie "dialogowe", ale właśnie powiedziane zostało wszystko, co trzeba.
Nie do końca wiem, jakie było zamierzenie co do "2 dni w Paryżu", czy miała to być komedia? Na filmwebie stoi jak wół, że komedia romantyczna. Acha, dobrze, że ktoś mi wyjaśnił. Nie, no, oczywiście, może i komedia, ale taka dość topornie podkreślająca wszystkie stereotypy i uprzedzenia. Jak Amerykanie, to oczywiście gubi, tłuści i głupi (haha,jeszcze trzeba było wetknąć im z gardło hottdoga, było by tak comique). Jak Paryżanie, to skrajnie chamscy, niesympatyczni, niedomyci, rozbuchani seksualnie na zasadzie, każdy z każdym, i w ogóle, jesteśmy tacy wyluzowani. Owszem, sama twierdzę, że super mili, to oni nie są, na dłużej w Paryżu mieszkać, to wiem, nie chciałabym, ale do licha, podczas naszej podróży, na szczęście spotkaliśmy również miłe osoby, tak więc jakoś nie chce mi się wierzyć, że nie da się przedstawić i tej strony miasta, no chyba, że chce się właśnie na siłę bawić z utartych i nieco już chyba przetartych strereotypów.
Ona-Paryżanka, on-Amerykanin, oboje mieszkają obecnie w Nowym Jorku, gdzie ona robi karierę jako fotograf.
W drodze z Wenecji, dokąd wybrali się, jak "każda zakochana para" (que?) wpadli na dwa dni do Paryża, odebrać od jej rodziców ich kotka, którym jego przyszli? teściowie mieli się zająć.
Jej rodzina okazuje się przedziwnie chamska, niemiła i niedyskretna. Tak naprawdę po takiej wizycie każdy dbający o własne zdrowie psychiczne człowiek powinien wymiksować się z takiego układu. Jego partnerka okazuje się mieć notes z adresami swoich byłych objętościowo dorównujący książce telefonicznej, w dodatku nie bardzo zdaje się to jej przeszkadzać i dziwi ją jego zmieszanie.
On czuje się w mieście zagubiony, przy czym również jego postać została stworzona nierealnie. Z jednej strony jest hipochondrykiem wciąż obawiającym się o swoje zdrowie, z drugiej strony, nie wyjmuje z ust papierosa, a więc ustalmy, że taki przewrażliwiony, to on nie jest.
Na sam koniec jednak mamy finał rodem z Bridget Jones, czyli podumowując, kobieta w pewnym wieku powinna się już ustatkować. Tylko , o ile w Brygidzie to się wpasowuje w całość filmu, nie odstaje, a nawet wszyscy wiemy, że właśnie do tego zmierza cały film, to tu na sam koniec jeszcze dodatkowo mi to zazgrzytało.
Wiem, wypastwiłam się nad filmem, oczywiście, co powtarzam do znudzenia, jest to mój zupełnie subiektywny opis i relacja. I nie mam parcia na przekonanie kogoś, że film jest kiepski, szczególnie, jeśli mu się podobał.
Mnie zawiódł, prawie na każdej linii.
