Polaków na Litwie serdecznie pozdrawiam przy tej okazji. Mam dziś prawie same wejścia z tym hasłem z Litwy, a więc…Pozdrowienia z Nowym Rokiem! Niech się Wam wiedzie i powodzi a zdrowie dopisuje;)
Sylwestrowy wieczór…
…jakby co, to zimny szampan się ociepla (z kryształkami lodu pić nie zamierzamy)…sałatka grecka zrobiona. Ciacha na osłodę życia w lodówce. Sąsiedzi z góry do Nowego Roku u siebie na wyjeździe, laski obok wyszły więc imprezki nam na szczęście nie zmontują. Nie jest źle;) jest spokój, czyli dokładnie to, czego potrzebuję.
Zaraz się wbiję w jakieś elegantsze, niż domowe ubranko, i siadamy do kolacji.
Zapraszam do wirtualnego spędzania Sylwestra, będę tu zaglądać;)
Sylwestrowy dzień…
…zawsze kojarzy mi się z inną, niż zawsze atmosferą. Jest w tym dniu atmosfera wyczekiwania, niecierpliwości lekkiej. Oczekiwania na zmianę dat, z którą zawsze związane jest tyle niewiadomych. Co nam przyniesie ten Nowy Rok, co się w nim zdarzy. Większość chyba, co nie jest dziwne, oczekuje na zmiany na lepsze. I chyba w każdym z nas drzemie nadzieja, że w Nowym Roku tego dobrego nie zabraknie.
Życzę Wam w dniu zmiany daty tego, aby Nowy Rok 2009 okazał się dla nas wszystkich tylko dobry. Niech będzie pełen Zdrowia, Miłości, Spokoju, Radości i Szczęścia. Niech każdy otrzyma spełnienie jednego z najważniejszych marzeń.
Tym, którzy spędzą wieczór w domu, jak my, życzę miłego wieczoru w gronie czy to rodziny czy bliskich. Tym, którzy postawili na szampańską zabawę-życzę udanego Sylwestrowego szaleństwa. Niech brokat nie odpadnie w najmniej spodziewanym momencie a w rajstopach nie poleci oko;)
Wspaniałego Nowego Roku 2009!
„Tango”. Reż. Carlos Saura.
W którym to moim wpisie czytelnicy dodawali propozycje filmów o taneczno muzycznej tematyce? Nie jestem pewna, czy był to film "Iberia" Saury czy raczej "Życie jest muzyką". Chyba to w tym drugim wpisie było.
Tak, czy siak, pamiętam, że padł wtedy tytuł "Tango". Ja będąc przekonaną, że mam ten film na płycie, byłam niemal pewna, że obejrzę go wkrótce, niestety, okazało się, że filmu nie mam i mogłam obejść się smakiem. Mój niezawodny Mikołaj miał lepszą ode mnie pamięć i dlatego też wreszcie mogłam smakować ten niezwykły obraz.
Nie tańczę. Nie umiem i chyba nie jestem osobą, która do tańca jest stworzona. Jest jednak jeden taniec, który kiedy słyszę, to moje ciało przechodzą autentyczne dreszcze i chyba chciałabym nauczyć się kiedyś jego kroków.
Jest to ni mniej ni więcej, ale tango. Konkretnie, to tango argentyńskie.
Według mnie nie ma bardziej zmysłowego tańca, w którym nie pokazane zostały by emocje kobiety i mężczyzny. Niech się schowają wszystkie latynoskie tańce-trzęsidupki;) nie trzeba być rozebranym aby być zmysłowym i budzić emocje, nie trzeba być wyzywającym, aby kusić. Kiedy słyszę tango natychmiast oczami wyobraźni widzę zmysłowych ludzi, koniecznie ciemnowłosych, którzy niby to tańczą niby to prowadzą ze sobą erotyczną grę a niby to walczą. To nic innego, jak przeskakujące między nimi iskry elektryczności czy ładunku zmysłów. Hmmmm…
W filmie "Tango" fabuła jest , szczerze mówiąc, dodatkiem do tańca. Nawet trochę za mało jak dla mnie samej tej fabuły było, to już wolę konkretnie, jak w "Iberii", kiedy było wiadomo, że jest to raczej film dokumentujący niż fabularyzujący. Ale, wracając, do "Tanga". Poznajemy głównego bohatera, Mario, który zostaje sam, gdyż jego żona zaczyna nowe życie z innym mężczyzną. Mario, aby nie dać się postępującemu stanowi depresyjnemu, podejmuje wyzwanie. Daje się wciągnąć w projekt powstającego musicalu, który to projekt ani się obejrzy a pochłonie go niemal całkowicie. Niemal, zaznaczam, bowiem jakąś część swojej uwagi zwróci ku młodziutkiej Elenie, dziewczynie kusicielskiej i zjawiskowej, tancerce, którą to promuje jej partner, mafiozo, z którym po jakimś czasie Elena zdecyduje się zerwać. I , co było do przewidzenia od pierwszego jej spotkania z Mariem, wda się w romans z Mariem właśnie.
Fabuła więc taka nieco miałka mi się zdała, natomiast to, co poza nią, a mianowicie taniec, to …majstersztyk. Niesamowita gra i pokaz tego, jak właśnie ten jeden taniec jest w stanie oddać cały wachlarz ludzkich uczuć i namiętności od radości przez smutek od miłości przez gniew…
Podejrzewam, że mało kto z Was wie, że moim wielkim marzeniem jest odwiedzić kiedyś Buenos Aires. Mam nadzieję, że kiedyś to marzenie się spełni. Chcę zasiąść w którejś z kawiarni, chcę chłonąć życie tego miasta. Wreszcie chcę, nie, nie chcę, muszę! zobaczyć kiedyś na własne oczy to, co dzieje się z ludźmi i pomiędzy nimi, kiedy zaczynają tańczyć tango………
„Autobiografia na czterech łapach”. Dorota Sumińska.
Odkąd poznałam pierwszego weterynarza , pana Andrzeja Kruszewicza, niekoniecznie w sensie towarzyskim, ale podczas leczenia mojej papugi, zrozumiałam jedno, weterynarze, to osobny gatunek człowieka. Taki, chyba inny, według mnie lepszy. Ta teoria towarzyszy mi od tej pory i nie zmieniam jej, bowiem ci, których potem poznałam, tylko ją potwierdzali.
Może dlatego też tak mi się spodobała autobiografia osoby, której audycję "Cztery Łapy" słucham w Radiowej Jedynce pilnie w każdą sobotę.
Spodobała mi się wydana w Wydawnictwie Literackim (2008) "Autobiografia na czterech łapach czyli historia jednej rodziny oraz psów, kotow, krów, koni, jeży, słoni, węży…i ich krewnych" pani Doroty i opowieści o jej rodzinie nie tylko ze względu na zawód przekazywany i kochany (wygląda na to, że pani Dorota nie mogła zostać nikim innym, jak lekarzem weterynarii;), ale za szczerość. Z wielkim zdumieniem odkryłam, że pewne sprawy z jej biografii nas łączą! I myślę, że teraz posłucham jej jeszcze pod innym kątem.
Książka napisana została w bardzo ciepłej nucie, dobrą polszczyzną (jak miło odetchnąć przy tego typu lekturze), ciekawie i jak już wspomniałam, szczerze. Nie przepadam za osobami, które usiłują wykreować się na niemal chodzące doskonałości. Niektóre robią to bardzo widocznie, co tylko śmieszy, inne, dość sprytnie, tak, że niektórzy naprawdę dają się na to nabrać. Tu na szczęście, autorka w żadne gierki z czytelnikiem się nie bawiła i dobrze, bo według mnie dlatego czyta się to tak, że nie można się oderwać.
Mnie się bardzo ta książka podobała i polecam.
podsumowanie książkowo-filmowe roku 2008
Powoli, powoli trzeba by się zastanowić, co w mijającym roku zachwyciło. Z książek i filmów. O tym, co nie zachwyciło, nie będę już pisać, nie chce mi się powtarzać i trochę szkoda mi czasu.
Z książek, pewnie będzie sporo nowości, jednak filmowo proszę się nie nastawiać, jak wiadomo ja i nowości kinowe, to coś co się od dłuższego czasu już mija.
W 2008 w moim zeszycie z ocenami książek i filmów dałam najwyższą notę sporej ilości książek. Były to: "Jadąc do Babadag| Andrzeja Stasiuka, scenariuszowi do "Volver", "Pod Huncwotem" Marthy Grimes, "Zabić drozda" Harper Lee, obu częściom komiksów Persepolis Marjane Satrapi, "Sztuka bycia Elą" Johanny Nilsson, "Ślepa wierzba i śpiąca kobieta" Haruki Murakamiego, "Zapora" Henninga Mankella, "Wybrane zagadnienia z fizyki katastrof" Marishy Pessl, "Ministerstwo bólu" Dubravki Ugresic, "Wróg bez twarzy" Lee Childa, "Regał ostatnich tchnień| Aglaji Veteranyi, "Gra Anioła" Carlosa Ruiz Zafona.
Z filmów, te, które szczególnie mnie zachwyciły w tym roku, to:
"Mała Miss", "Piotruś i wilk", "Iberia", "Lawendowe wzgórza", "Kobiety na skraju załamania nerwowego", "Czym sobie na to wszystko zasłużyłam", "Milou w maju" (moje osobiste wielkie odkrycie), "Persepolis", "Rekonstrukcja", "Przed wschodem słońca", "Przed zachodem słońca" (tak, obejrzałam je dopiero teraz i znowu, szczególnie ten pierwszy, stanowi moje osobiste odkrycie roku), "Wysokie obcasy", "Wiosna, lato, jesień, zima i…wiosna", "Małe dzieci", "Elisabeth", "Elżbieta I", "Mamma Mia!", "Tony Takitani".
Pod względem filmowym, rok zdecydowanie należał do Pedro Almodovara, ale nie tylko. Cieszę się, że odkryłam dla siebie filmy, o których wspomniałam, czyli "Milou w maju" (często wracam do jego fragmentów), czy "Przed zachodem słońca", który poruszył we mnie jakieś nieznane mi chyba dotąd struny, a może pragnienia zepchnięte gdzieś w podświadomość.
Jeśli chodzi zaś o książki, to to był ciekawy rok, trafiło się wyjątkowo sporo jak na moje dotychczasowe czytanie, gniotów, ale i takich, które bardzo cieszyły i których lektura spowodowała myślówę nie tylko w czasie lektury ale długo, długo potem…
„Kochanice króla”. Reż. Justin Chadwick.
Obejrzałam parę dni temu mój prezent i muszę przyznać, że mnie nie zawiódł.
Mimo, że od faktów historycznych chyba dość jednak daleko, to "Kochanice króla" spełniły moje oczekiwania względem filmu kostiumowego. Podobała mi się też gra głównych bohaterek, czyli rywalizujących ze sobą o względy Henryka VIII sióstr Boleyn. Odnoszę wrażenie, że grająca je aktorki grały osoby o zupełnie odmiennych od swoich własnych charakterach. I tak wydawać by się mogło dość impulsywna, zmysłowa i emocjonalna Scarlett Johansson zagrała cichą, układną i nie sprawiającą żadnych problemów a także posłuszną woli rodziców Marię a chyba na co dzień spokojna, niekontrowersyjna i rozważna Natalie Portman zagrała rolę Annę, osobę emocjonalną, przebiegłą, zmysłową i postępującą raczej tylko według własnych planów a nie słuchającą woli najbliższych.
Życie sióstr układało się dość spokojnie. Maria została wydana za mąż. Wtedy właśnie na dworze królewskim zaczynają się plotki o tym, iż związek króla z jego żoną praktycznie nie istnieje. Co sprytniejsi ojcowie zaczynają podsuwać królowi córki jako potencjalne faworyty, gdyż, co ciekawe, wcale nie oznacza to dla potencjalnych panien czegoś złego a może stanowić nawet większą zachętę do poślubienia ich w przyszłości, kiedy znudzą się królowi. Rodzice sióstr Boleyn postanawiają więc włączyć się do tej specyficznej gry i podsunąć Henrykowi VIII jako smaczny kąsek niezamężną córkę, Annę. Los jednak przewrotnie zadecyduje inaczej.
Film mi się podobał, mimo, że może nie był to najlepszy z filmów kostiumowych, jakie ostatnio oglądałam, ale uważam go za udany kawałek kina i mogę polecić tym, którzy do tej pory go nie widzieli.
drugi dzień…
… Świąt za nami. I dobrze. Generalnie, to cieszę się, że Święta generalnie nie zdarzają się często. Powiedzmy, że oprócz pewnego incydentu było OK, pojedliśmy, pośmialiśmy się, pokolędowaliśmy nawet, która to tradycja tej rodziny akurat podoba mi się bardzo. Ale pewien niesmak pozostał. Cóż, bywa i tak.
Dzisiaj przepisałam swój kalendarz, a raczej ważne wydarzenia, o których trzeba pamiętać w przyszłym roku, wszelakie rocznice i te fajne i te mniej fajne, Imieniny i Urodziny krewnych i znajomych królika.
Z pasją odliczam dni do Nowego Roku, ten mijający zapisze się w mojej pamięci jako jeden z najmniej udanych.
nie pożałował…
…Mikołaj i rozpieścił podarkami. Musiałam być grzeczna w tym roku:) A na serio, naprawdę prezenty okazały się trafione, takie, jak sobie wymarzyłam. Dostałam śliczny zegarek, który , to fakt, wybieraliśmy razem z Mikołajem, ale tego typu rzeczy faktycznie dobrze jest razem wybierać, bo jednak to ja będę go nosić. Dostałam kilka filmów, tak chciane przeze mnie "Kochanice króla", czyli kolejny film kostiumowy, także "Tango" Carlosa Saury, z którego się cieszę ogromnie i jeden z moich ulubionych filmów, czyli "Leona Zawodowca", którego nie miałam w swojej kolekcji (to znaczy miałam, ale na video, nawet nie wiem już, gdzie). Było też coś z biżuterii, zapach, który lubię. No i oczywiście książki;) Z zupełnie rozmaitych dziedzin, ale ze wszystkich się cieszę. Dostałam autobiografię Doroty Sumińskiej, której audycję słucham sobie w radio regularnie, "Nigella ekspresowo" (uwielbiam i jej audycje i książki o gotowaniu a samą Nigellę uważam za faktycznie boginię w kuchni), "Encyklopedię pielęgnacji. Rośliny pokojowe", bardzo praktyczna rzecz, szczególnie dla nas, którzy lubimy mieć coś zielonego w domu i "Ptaki Polski" Kruszewicza, co też mnie ucieszyło. Była nawet chwila, kiedy zastanawiałam się nad jej nabyciem, ale trochę zraziła mnie cena i jakoś tak się nie zdecydowałam.
Myślę, że i pod Waszą choinką znalazło się coś, co sprawiło wyjątkową radość.
„Ten, kto mrugnie, boi się śmierci”. Knud Romer.
Wydana w Wydawnictwie "Replika" (2008) książka "Ten, kto mrugnie, boi się śmierci" z pewnością nie należy do najbardziej optymistycznych książek, jakie czytałam w ostatnim czasie, niemniej jednak, jak to często bywa w takim przypadku, jest ciekawa i dobra, na pewno dająca do myślenia i nie pozostawiająca mnie bez refleksji już po jej lekturze.
Oto mamy punkt wyjścia, opowieść Knuda Romera (zbieżność tożsamości autora i bohatera zapewne nieprzypadkowa, chętnie dowiedziałabym się od niego samego, ile tak naprawdę autobiografii jest w tej książce). Knud pochodzi z rodziny mieszanej, ojciec jest Duńczykiem , matka-Niemką. Z dość, przyznaję, niezrozumiałych dla mnie względów ta trójka mieszka na stałe w Danii, w małej mieścinie, w której nie jest akceptowana. Tak naprawdę, ze wspomnień mały Knud ma tylko właśnie ich trójkę, żadnych przyjaciół rodziny, rodziców, czy naprawdę zaprzyjaźnionych z nim samym , rówieśników. Ojciec Knuda zostaje odrzucony przez lokalną społeczność za związanie się z Niemką, Knud, dostaje ów ostracyzm niejako w spadku. I mimo, że akcja książki dzieje się w latach sześdziesiątych, a także siedemdziesiątych, w małym miasteczku, w którym wychowywał się Knud, jakby wojna wciąż się nie skończyła. Jakby wciąż trwała. I w jakiś sposób trwa. Niechęć ludzi skierowana do rodziny Knuda, jest tak wciąż tocząca się wojna, w której rodzaj broni został zamieniony z karabinów i pocisków w słowa i niechęć. Knud w szkole jest dyskryminowany a na fakt dokuczania mu przez dzieci, nie zwracają uwagi nauczyciele, ci, którzy powinni dzieci wychowywać. Szkolni koledzy, te małe słodkie aniołeczki o niewinnym spojrzeniu potrafią sprawić Knudowi piekło na ziemi, niemniej jednak nie skarży się on na to w domu. Nie chce martwić swoich rodziców, więc swój ból, upokorzenie, żałość chowa jak stare kanapki w szufladzie. Kanapki, które robione "na niemiecki sposób" stały się też przyczyną drwin w szkole, co powoduje, że Knud nie jest w stanie zjeść przy szkolnych kolegach drugiego śniadania.
Oprócz opowieści o samym Knudzie, poznajemy historię jego rodziców, z których każde ma wiele trudnych chwil za sobą w życiu, a także niemieckiej części rodziny Knuda, jako, że duńska, podobnie, jak społeczność miasteczka, w którym żyją bohaterowie, odwróciła się od ojca chłopca.
Kolejna, jaką w niedawnym czasie przeczytałam, książka o odrzuceniu, o potwornej sile niechęci do tego, co inne, co obce, do niechęci zmian w sobie, możliwości dania sobie siły przebaczenia i akceptacji.
To też książka o tym, jak do wielkiego zła to wszystko może prowadzić i jak nie jest warto bawić się w takie właśnie wojny.
Nie jestem przekonana, czy jest to ksiażka, która spodoba się każdemu. Na mnie jednak zrobiła wrażenie i ją polecam.
