„Poziom śmierci”. Lee Child.

(Wydane w ISA, 2003).

W wakacje poznałam faceta, który nie może mi wyjść z głowy. Jest przystojny, ma tak zwany łeb na karku. Umie poradzić sobie w każdej sytuacji. Jest też oczywiście, prawie jak James Bond, nie dość, że uwodzicielski to jeszcze niezniszczalny. To oczywiście Jack Reacher, bohater książek Lee Child’a:) Niektórzy pamiętają, że książka Lee Childa, "Jednym strzałem", została przeze mnie przeczytana niejako przypadkowo, najpierw sięgnęłam po nią, bo "musiałam" (źle obliczyłam ilość książek na wyjazd i skończyły się szybciej, niż sądziłam:), a potem wciągnęłam się w akcję i teraz chętnie zapoznałam się z pierwszą książką z cyklu z bohaterem Jackiem Reacher’em, w której poznajemy jego losy i to, co spowodowało, że przyjął taki a nie inny sposób na dalsze życie po służbie wojskowej.
Jakby nie było, Jack Reacher zachowuje się zupełnie nie po amerykańsku. Nie żeni się ze słodką osobą, z którą spłodzi śliczne dzieci, nie kupuje domu i nie tkwi w kredytach. Zamiast tego porusza się po całym kraju, można powiedzieć, że wiedzie życie współczesnego wędrowca, włóczęgi nawet, z tym, że ów włóczęga ma odprawę z wojska, która pozwala mu zatrzymywać się w tanich motelach i starcza na bieżące wydatki.
Jack Reacher płaci gotówką i generalnie stara się nie zostawiać za sobą zbyt wielu śladów. Jak czasem żartuje "jego po prostu nie ma, według opinii niektórych on nie istnieje".

W "Poziomie śmierci" Jack dociera do małej mieściny Marggrave w stanie Georgia, w którym nic specjalnie się nie dzieje. Można powiedzieć, że to jedno z nudnych miasteczek amerykańskiej prowincji, gdyby nie fakt, że Jack, jak porusza się wzdłuż i wszerz Stanów Zjednoczonych, jak dotąd tak wypieszczonego i wypielęgnowanego miasteczka nie widział. Zdaje się niemal, że ktoś wygładza korę na rosnących w nim drzewach.

Jack rozgląda się po mieścinie ze zdziwieniem, a następnie, jak to po kolejnej długiej drodze Grayhound’em  ( http://www.greyhound.com/home/  ) idzie do najbliższego baru zjeść pożywne śniadanie i wreszcie napić się kawy, od której nasz bohater jest niemal uzależniony. Kiedy spożywa sobie śniadanie do baru wkraczają policjanci i oto ot tak po prostu aresztują Jacka Reachera. Aresztują za morderstwo, dodajmy. Nieważne, że Jack nie wie o co chodzi. Dowie się w swoim czasie. I oczywiście, jak to on, rozwikła całą zagadkę wraz ze skomplikowaną intrygą sięgającą mackami krajów poza Stanami. Taki właśnie jest Jack Reacher;)

Napiszę tak. Raz na jakiś czas mam ochotę na tego typu książkę, sensację z happy endem, czyli świadomością, że lubiany przeze mnie bohater nie dość, że wygra potyczkę a czasem walkę, to w dodatku przeżyje aż do następnej części, w której będą go czekać następne pasjonujące przygody.
Ja to kupuję, mnie się to podoba;)

Zainteresowanych cyklem o niesamowitym Jacku odsyłam do strony autora:

http://www.leechild.com/

i

http://www.jackreacher.co.uk/

we śnie…

…P. zaprowadził mnie do domu. Dom był piękny. Nowy, duży, piętrowy, nowoczesny, przestronny, z bardzo dużą ilością szyb i wpadającego do niego światła. Nagle, jak to we śnie, pojęłam, że ten dom od dawna jest nasz, tylko z powodu mojego strachu w nim nie mieszkamy. Zirytowałam się na siebie za to podejście i postanowiłam natychmiast się do niego przenieść.
Dom z głowy mi nie może wyjść, cały czas go sobie przypominam i szkoda tylko, że z tą własnością, to niestety, nieprawda…

ps. to jest dla mnie bardzo ciekawy do interpretacji sen , szczególnie po tym potwornym nastroju, jaki dopadł mnie dwa dni temu. On coś mi mówi, muszę to tylko do końca rozwikłać.

jeszcze o „Ministerstwie Bólu”…

…są książki, które "uwierają". Nie da się obok nich przejść obojętnie. Bez rozmyślań. Według mnie to jedna z cechy, która dotyczy książek dobrych, jeśli nie wyjątkowych. Taka właśnie jest książka "Ministerstwo Bólu". Wiecie, bo pisałam o tym kiedyś w tym wpisie:
http://chiara76.blox.pl/2007/01/to-sie-zdarzylo-obok-nas.html

że tematyka wojny w byłej Jugosławii jest dla mnie w jakiś sposób intrygująca. Chyba najbardziej przez to, jak naprawdę obojętny wobec tej wojny okazał się być świat. I jak wiele zła mogło się zdarzyć niemal na oczach tych, którzy rzekomo mieli być tam wsparciem w niesieniu pokoju i ułagodzeniu konfliktu.
"Ministerstwo Bólu" w jakiś sposób pokazuje jedno. Po pierwsze, co zapomniałam dodać w swojej recenzji, po raz kolejny odnosiłam podczas lektury wrażenie, że w jakiś sposób jest to podobna warstwą , stylem, mnogością określeń, epitetów itd literatura do literatury latynoskiej. Coś w nich jest, co stanowi dla mnie podobieństwo, którego niestety, jako nie znawca literatury , nie umiem ładnie zwerbalizować.
Po drugie, ta niespokojna książka, która przewraca dotychczasowe przekonanie na temat, że może można wyjść z wojny w miarę obronną ręką (teraz jestem już pewna, nie da się, chyba nikt nie wychodzi w ten czy inny sposób okaleczony , czy to fizycznie czy to psychicznie i mam na myśli zarówno okupantów jak i okupowanych czyli i sprawców i ofiary) ukazała mi również jedno.
W "kotle bałkańskim" nie ma mocnych, tam nie mogło to wszystko zakończyć się dobrze, tam konflikt musiał być, musiał, piszę, niestety, oczywiście. A skąd to przekonanie? Ano, ostatnie trzy czy cztery nawet stronice książki to nic innego, jak przekleństwa i złorzeczenia, tak złożone, skomplikowane, opisowe, tak wyraziste i konkretne.
Nie może stać się dobrze tam, gdzie na złorzeczenie komuś jest tyle określeń…to się musi w ten czy inny sposób odezwać, gdzieś wybuchnąć, pęknąć……..

„Ministerstwo Bólu”. Dubravka Ugresic.

"Ministerstwo Bólu"
Dubravki Ugresic ( Wydawnictwo "Czarne" 2006) okazało się być
bardzo trafioną
inwestycją i cieszę się,że jednak skusiłam się na zakup w nieco droższej
księgarni, bo mogłam przeczytać ją już teraz. Muszę też przyznać, że miałam
nosa, podczas poszukiwań nazwisk autorów pochodzących z byłej Jugosławii, co się
potwierdziło w propozycjach od Was, które padły, że na pierwszy ogień
zapoznawania się z literaturą z tego kręgu wzięłam właśnie jej książkę. A
konkretnie właśnie "Ministerstwo Bólu". Tytuł wzięty od jednego z klubów
sado-maso w Amsterdamie (tadam, już się domyślam, ile osób zacznie trafiać na
mój blog właśnie za tym hasłem), w którym dzieje się akcja książki. Autorka
tworzy tu niby fikcyjną postać nauczycielki o imieniu Tanja, ale domyślam się,
że sporo w książce jest sytuacji wziętych z biografii samej Ugresic.
Tanja jest więc
nauczycielką, która opuszcza swój kraj i trafia po perypetiach do Amsterdamu,
gdzie zostaje zatrudniona jako nauczycielka na uniwersytecie, gdzie jej uczniami
są właśnie uciekinierzy i emigranci z byłej Jugosławii. Jak trudnym zadaniem
jest stanąć przed nimi i starać się stworzyć namiastkę nauczania, Tanja
przekonuje się bardzo szybko, jednak, co trzeba jej przyznać, szybko stara się
stworzyć coś na wzór bezpiecznego miejsca, w którym ludzie, którzy utracili
poczucie bezpieczeństwa i poczucia przynależności do jakiejkolwiek wspólnoty mogą się chociaż częściowo odnaleźć a przynajmniej na chwilkę pozbyć się
dojmującego poczucia nie przynależenia do niczego i nikogo.
 
"Ministerstwo Bólu",
jak ostatnio żadna z czytanych przeze mnie książek bowiem, ukazuje ból i stratę.
Stratę tego co do tej pory było bezpiecznie "nasze", co do tej pory nas
kształtowało w ten, czy inny sposób, stratę kawałka ziemi, na której się
urodziliśmy i który zwykliśmy nazywać naszą ojczyzną.
Jakby nie było,
żaden z bohaterów książki nie znalazł się w obcym kraju z własnej chęci.
Wszystkich coś wygnało. Nie wojna sama w sobie, ale ich własne postawy wobec
wojny, a także siła napędowa najstarsza chyba na świecie, a mianowicie
strach.
Nigdy nie stanęłam i
obym nie musiała w obliczu konieczności opuszczenia mojego kraju. Domyślam się
bowiem, że o ile łatwo głosi się mądre prawdy o chęci zamieszkania gdzie
indziej, poza granicami, jeśli wynikają one li i jedynie z kaprysu, tak przymus
opuszczenia czegoś, co do tej pory znaliśmy najlepiej staje się istną katorgą. I
wtedy na nic przekonanie, że być może gdzieś uda nam się zacząć od nowa i być
może o wiele lepiej, skoro decyzja nie została podjęta z chęci a z przymusu.
Ogólnie mówiąc, to nie my zadecydowaliśmy to gdzieś wyżej, ktoś inny zdał się
podjąć za nas pewne decyzje.
 
To książka niełatwa,
nielekka, taka, która nawet i boli jeśli naprawdę oddamy się lekturze. Ale
według mnie jedna z lepszych, jakie ostatnio udało mi się przeczytać, właśnie ze
względu na niesamowitą prawdziwość. Na emocje, które aż kipią z kart książki. Ze
względu na fakt, że Ugresic udało się oddać w "Ministerstwie Bólu" ból, jaki
odczuwamy po tym, jak z dnia na dzień zawala się cały nasz dotychczasowy
świat.
 
Nie muszę dodawać,
że polecam.
A jako tradycyjny
bonus kilka cytatów z książki.


"Niektórzy wciąż jeszcze wlekli ze sobą strach, inny wstyd. Jedni zmagali się z poczuciem winy, bo wojny nie zakosztowali, inni z koszmarami, bo poznali jej smak".

"Odebrano nam kraj, w którym się urodziliśmy i prawo do normalnego życia. Odebrano nam język. Doświadczyliśmy stanów poniżenia, strachu i bezradności."

"Bo wszystkim nam odebrano prawo do pamięci. W momencie zniknięcia kraju także pamięć o życiu w nim musiała zostać wymazana".

"Nie mieliśmy już pewności, ani kim jesteśmy, ani czym jesteśmy, ani czym chcielibyśmy być naprawdę".

blogosfera wkrada się…

…do snów…Właśnie sobie przypomniałam sen dzisiejszy, w którym wyjątkowo jasno sama się oświeciłam i pojęłam kto do mnie wchodzi z Rosji. Mam regularne wejścia z Moskwy i nie wiem tak naprawdę, kto zacz (przy tym serdecznie pozdrawiam;), osoba ta wchodzi przez kilka blogów, ale zawsze przez kilka tych samych. We śnie wszystko sobie jasno wykoncypowałam, poprzez właśnie owe połączenia, skąd ta osoba wchodzi wymyśliłam sobie kto to jest. Problem jednak , że teraz nic  a nic nie pamiętam;)
Śniły mi się już czasem postaci z blogów, osoby, z którymi piszę, czy u których pisuję, więc blogosfera we śnie, to dla mnie nie nowość.
Nawiasem mówiąc, dziś wieczorem księżyc osiągnie pełnię. Za to noc już po pełni. I dobrze, bo nie cierpię tego czasu okołopełniowego…

wieści…

…od koleżanki znacznie lepsze, niż się obawiałam. Ufff. Duża ulga. Oczywiście, musi się kontrolować, ale na szczęście to nie to najgorsze. Ale nerwy straciła przez ten weekend. Donoszę, bo w wiadomym wpisie o bliskiej osobie ktoś mnie poprosił, żebym doniosła pozytywne wieści, jeśli takowe będę miała, to donoszę, z radością, że właśnie te pozytywne;)

prawdziwi faceci…

w tv leci kolejny spot reklamowy pewnej sieci telefonii komórkowej. Kolejny spot dodam durnowaty (IMO, of course). Wiem, że dziewczyny buntują się przed reklamami wtryniającymi je w schemat uśmiechniętych pań domu rodem z "Żony ze Stepford". 
Po obejrzeniu za każdym razem reklamy tej sieci zastanawiam się, czy facetów też irytuje przedstawienie ich jako tworów myślących niekoniecznie głową a wręcz przeciwpołożnie umiejscowionym organem. Może ja się nie znam, może faktycznie prawdziwi faceci są bezmyślni i ekscytują się czymś takim właśnie a wiadomo, przede mną się nie przyznają i trzeba przyznać, że generalnie wszystkim moim znajomym facetom nieźle idzie kamuflarz pokazujący, że kręcą ich jeszcze zupełnie inne rzeczy a intelekt, to nie jest coś, koło czego stali a coś, co posiadają, ale może ja się nie znam.
Może każdy "prawdziwy facet" marzy o posiadaczce wielkiego cyca, spoconych ud i kalendarzu z rozebranymi laskami wiszącym w pokoju komputerowym
Spytałabym się facetów mnie odwiedzających, ale odnoszę wrażenie, że odwiedzają mnie ostatnio same kobiety, a wiadomo, że one obiektywne by nie były.
A mnie naprawdę ciekawi, czy Was facetów taka reklama, jak tamta naprawdę chociaż w małym stopniu, ale jednak nie obraża?

tulipany posadzone…

…wczoraj. Także dosypana ziemia do pokojowych kilku roślin i jeden kaktus przesadzony (miał niemiłosiernie mało miejsca). No, mam nadzieję,że tulipany się jednak dobrze trzymać będą.
Odbyta wyprawa do tężni w Konstancinie. Szczerze, to w taką pogodę jak wczoraj, czyli piękną, tylko świadomość tego, że tężnie pomogą na zatoki P., które znowu się odezwały, zmusiła mnie do wyprawy tam. W piękną bowiem pogodę przy tężniach kłębi się tak zwany dziki tłum. Po tężniach poszliśmy się jeszcze przespacerować wzdłuż wypasionych rezydencji, w których mieszkają nasze celebtities. Jaki kraj, oczywiście, takie celebrities. W każdym razie widać, że na brak pieniądza nie narzekają i żadne im światowe kryzysy niestraszne.
W weekend przeczytałam "Hasta la vista, baby" Tatiany Polakowej. To kolejna opowieść o losach Olgi Riazancewej, tym razem mocno się jej pokomplikują losy, bowiem poszukiwania płatnego zabójcy, o którym majaczył chłopak pobity w pubie, który następnie zostaje zamordowany w szpitalu, doprowadzą Olgę do nienajbardziej optymistycznych wniosków i niemal do rozstroju nerwowego…zakończenie mocno intrygujące i czekam oczywiście niecierpliwie na następną, już zapowiadaną część, czyli "Ldy Feniks".

bliska…

…koleżanka miała dzisiaj ważne badanie. Dzieli nas Ocean i różnica czasu, ale byłyśmy umówione na sms z jej strony. I nic. Cisza. Wysłałam ja. I nic. Cisza. Zaczynam się denerwować.

„Dziewczyna z perłą”…

…od wczoraj patrzy na mnie swoim łagodnym , jakby zamglonym spojrzeniem. Nie, nie, nie mam oryginału (szkoda, chlip;)), ale podkładkę pod mysz z reprodukcją obrazu, także magnes na lodówkę, reprodukcję do oprawienia i nawet smycz do czego się chce z jej twarzą. Jednym słowem, "Dziewczyna z perłą" u nas rządzi…A to za sprawą Męża, który wróciwszy z parodniowego wyjazdu do kraju Vermeera naprzywoził właśnie te cudeńka. Jak tu nie wzruszyć się i za sprawą tych drobiazgów i albumu Vermeera, jaki otrzymałam? Kochany Mąż. Wie, że Vermeer to mój ulubiony malarz. Album był w Polsce nie do zdobycia. Wszędzie podczas podróży szukałam, ale albo były, owszem, za to w językach autochtonów (niestety, włoski czy francuski nie są moimi drugimi językami), albo nie dość interesujące. Ten jest cudowny, z każdym obrazem Vermeera opisanym dokładnie i omówionym.
Aż drżę na samą myśl, że wieczorem spokojnie z nim siądę, zapalę lampkę, w kubku zaparzę zieloną herbatę i przeniosę się na chwilę w magiczny świat artysty, który umiał może zwykłe czasem chwile przedstawić na swoich obrazach w sposób niezwykły zaiste…
A swoją drogą, wariatka ze mnie, za chwilkę stuknie nam dziewięć lat po Ślubie, a ja się za Nim tak stęskniłam, że wczoraj pojechałam na lotnisko, żeby już te parę chwil wcześniej Go zobaczyć. No, czy ja nie jestem szalona?:)
Pamiętam, że po Ślubie, kiedy wyjeżdżał na pierwszy wyjazd, ktoś mi powiedział, "Wiesz, parę lat po Ślubie, to to się nawet lubi, jak się tak dłużej przez chwilkę nie widzicie, to dobrze robi". No więc, najwyraźniej ja mam inaczej, bo wciąż wcale nie lubię tych wyjazdów. Nie jesteśmy uwiązani do siebie, jak mamy ochotę wyjść gdzieś niezależnie, to wychodzimy, nie ma problemu.
A na lotnisku, jak to na lotnisku, sporo fajnych scen do zaobserwowania. Powitania zdawkowe i obojętne, rzucanie się sobie na szyje, na wszelkie sposoby witanie, nawet takie, które nagle z pary tworzy jakiś odrębny twór, obojętny na potrącających ich ludzi wlokących bagaż na wózkach………..

ps. gdyby ktoś jednak nie wiedział, jak ona wygląda, to…

http://pl.wikipedia.org/wiki/Dziewczyna_z_per%C5%82%C4%85