„Jak z obrazka”. Jodi Picoult.

Wydana w 2008 roku przez "Prószyński i S-ka" "Jak z obrazka" Jodi Picoult nieco mnie zawiodła.

Przyznam się, że wystawiając jej ocenę na Biblionetce  ( http://www.biblionetka.pl )
zastanawiałam się, jaką jej dać ocenę i przez dłuższą chwilę rozważałam nawet ocenę "przeciętna". W rezultacie dałam "dobra" ale wciąż odczuwam, że nie, że to nie to i że najchętniej dałabym tej książce ocenę pomiędzy tymi dwoma, czyli coś w stylu "nie na tyle dobra, na ile liczyłam, ale nie przeciętna"…

"Jak z obrazka" rozpoczyna się w chwili, gdy na cmentarzu przy jednym z Kościołów Los Angeles zostaje znaleziona przez policjanta pół krwi Indianina, Will’yego młoda kobieta, która jak się okazuje, nie dość, że ma za sobą jakieś poważne przejścia, to w dodatku ma amnezję i jak to w tym wypadku ma miejsce, zupełnie nie pamięta ani tego, kim jest, ani gdzie mieszka, ani co się z nią w ostatnich dniach działo.

Szybko odnajduje się jednak jej mąż, a okazuje się nim być nie kto inny, jak słynny amerykański gwiazdor Alex Rivers, mężczyzna pojawiający się na niemal każdym plakacie i w każdym plotkarskim magazynie.

Okazuje się, że jego żona, to w rzeczywistości słynna antropolog, Cassandra Barrett. Cassie zostaje wzięta pod opiekuńcze skrzydła męża i od tej pory, co zrozumiałe, usilnie chce przypomnieć sobie, co do tej pory działo się w jej życiu.

Jednak to, co sobie przypomni, w najmniejszym stopniu jej się nie spodoba.  A nawet bardziej, niż nie spodoba.

Okazuje się bowiem, że przepych i dobra materialne, jakie ją otaczały, nie były w stanie zakryć przerażającej prawdy.

Teraz fragmenty dla osób, które nie zdecydują się na lekturę, z góry uprzedzam.

To, jak się ciekawie złożyło, kolejna w niedalekim dość odstępie czasu, książka, jaką czytałam na temat przemocy domowej wobec kobiet.
Tak w ogóle, to muszę przyznać, że jak tylko zaczęłam interesować się tą książką, czytając opisy , odniosłam wrażenie, że, ja to już znam. Oczywiście, wiadomo, że pisząc, autorzy powielają pewne schematy, jest to nie do uniknięcia, ale ja wyraźnie pamiętałam czytaną przeze mnie dawno książkę Joy Fielding, która nieco podobnie się zaczynała i mimo, że dotyczyła molestowania dzieci, w rezultacie sprowadziła się do tego samego, kobieta, która miała amnezję po jakimś  czasie przypomniała sobie, że kochający mąż i tatuś , jest w rezultacie oprawcą.

W książce Picoult nie jest to może tak samo oddane, ale idea podobna.

Nie wiem, może to fakt, że nie tak dawno czytałam "Trzepot skrzydeł" Grocholi, spowodował, że czytając tę książkę wciąż nie mogłam się oprzeć wrażeniu wtórności. Wiadomo, tematu tego nie da się ująć w jakiś niesamowicie wyśrubowany sposób, ale szczerze mówiąc, całokształt książki "Jak z obrazka" oceniam jednak jako dość przeciętny.
I niestety, przewidywalny, bo jednak Picoult wpada w swoje własne schematy.
Mimo, że generalnie lubię jej książki i wiem, czego się po nich spodziewać, tym razem czegoś mi w niej zabrakło.
Lubię dylematy Jodi Picoult, lubię jej stawianie pytań o etykę o moralność, które nic z wędrownym kaznodziejstwem nie mają wspólnego.
Tu, niestety, tego mi zabrakło. To nie "Dziesiąty Krąg" czy "Bez mojej zgody".

Może jestem dzisiaj surowa dla Jodi Picoult, ale to dlatego, że bardzo lubię jej książki i wiem, że zdecydowanie stać ją na więcej.
Co, jak mam nadzieję, okaże się przy okazji następnej kiedyś wydanej u nas na polskim rynku książki.