o filmach…

…z góry przepraszam, ale coś czuję, że wyjdzie z tego długi wątek, bo o trzech filmach w jednym chcę coś wspomnieć. Przepraszam pewnie trochę pod swoim kątem, bo ja zbyt długich wpisów na blogach nie czytuję. Ciekawe, dlaczego, książki mogę, artykuły mogę a jak widzę za długi wpis u kogoś na blogu, to bach robi mi się czarna amba i nie czytam;)
No, ale do rzeczy, żeby nie przedłużać.
Od którego by tu zacząć?
Dobrze, zacznę od największego rozczarowania, jakim okazało się "Ostrożnie, pożądanie" reżysera Ang Lee. Oj, tak się nastawiłam na ten film i tak się mocno rozczarowałam. Nie dość, że dłużyzny, to jeszcze nic mnie w nim nie przekonało. Ot, pani, która dała się, trochę jak bezwolna lalka, wciągnąć w działalność opozycyjną podczas japońskiej okupacji Chin w czasie II WŚ i która za owe wciągnięcie się w tę niebezpieczną zabawę na końcu zapłaci karę. Osobistą, a jakże. Szczerze? Główna bohaterka irytowała mnie potwornie, i za jej rozlazłość i za jej maślane spojrzenie i taki wiecznie malujący się na jej twarzy wyraz pod tytułem "śliczny aniołeczek". Miałam ochotę wstać i trzasnąć ją w sam środek tej jej nawiedzonej buźki:) Jej kochanek, który kolaborował z okupantem irytował mnie nie mniej. Nie tylko kolaborką. Wszystkim.
Nie, na serio, nie wiem, czemu, ale ten film naprawdę do mnie nie trafił. Tak więc film ten uważam za swoje prywatne rozczarowanie i to na sporą skalę. Ja oczywiście zaznaczam, że (co jest chyba dla większości, chociaż uwierzcie, nie dla wszystkich:) zrozumiałe) opinie przedstawione na blogu na temat filmów, czy książek są li i jedynie moje, totalnie nieobiektywne, ale moje właśnie i naprawdę nie trzeba się ze mną zgadzać.

Dla równowagi coś zupełnie innego. Kawał dość optymistycznego, radosnego w wymowie i totalnie nieprzeintelektualizowanego kina. I dobrze. Bo czasem w kinie o to właśnie chodzi, by nie stawiać niesamowicie wyśrubowanych, przesadzonych tez i odpowiadać na stos etyczno moralnych pytań, a o to, aby dać widzowi sympatyczny obraz, kawałek świetnej! muzyki i dwoje sympatycznych bohaterów, którzy wbrew być może oczekiwaniom niektórych, nie zejdą się ze sobą pod koniec na działania wyciskacza łez.O czym teraz piszę? Pewnie niektórzy już się domyślili, że o "Once" w reżyserii Johna Carney’a.
Tak, taki właśnie jest ten film. Dodający pozytywnej energii, opowiadający o tym, że nawet najbardziej wydające się niedostępnym, marzenie, ktoś, kto bardzo go pragnie, może zrealizować. Nie chcę tu pisać oklepanych frazesów, że to film opowiadający o tym, że jeśli bardzo czegoś się pragnie, to spełnić się to może, ale raczej, że jest to film, który przynosi miłe poczucie, że zawsze na naszej drodze może stanąć, chociaż na chwilę, osoba nam życzliwa, taka, z którą będziemy odbierać na podobnych falach, i z którą uda się stworzyć coś ciekawego, fajnego.
Zdecydowanie polecam na długie jesienne ponure wieczory! Poprawia nastrój i dodaje optymizmu (mimo, że trochę za bardzo był z happy endem osobistym dwójki bohaterów, jak dla mnie, o wiele bardziej oczekiwałam czegoś mniej sztampowego, ale i tak było OK). Plus za Dublin, w którym dzieje się akcja filmu.

Trzeci film jest z cyklu "zakład, że nawet o nim nie słyszałaś/łeś?". Pewnie tak jest. Podejrzewam, że jestem jedną z niewielu osób, która go widziała z moich blogowiczów. A może się mylę? Zaraz się wyjaśni. Do owego stwierdzenia sprowokował mnie również fakt, że nawet na filmwebie nie ma jego polskiego tytułu, film widnieje tylko pod tytułem niemieckim "Erbsen auf halb 6". A mówię tu o filmie "Groszek na wpół do szóstej".
Baaaardzo fajna opowieść o dwójce ludzi, którzy do pewnej chwili nie mieli ze sobą nic wspólnego, a co zmienił fakt wypadku samochodowego, jaki miał główny bohater. Wskutek wypadku reżyser teatralny Jacob Magnusson stracił wzrok, co stało się jego wielką osobistą tragedią (na pewno dla każdego utrata wzroku jest tragedią a co dopiero dla osoby, która na codzień pracuje oczami, jako reżyser teatralny). Stracił wzrok i w tej chwili poznał bohaterkę, młodą dziewczynę, Lilly. Lilly jest niewidoma od urodzenia, jednak ktokolwiek przyglądałby się jej z boku, nie byłby w stanie uwierzyć, że jest to możliwe, tak świetnie dziewczyna radzi sobie w codziennym życiu. Bohaterowie zetkną się więc i rozpocznie się ich "kino drogi" bowiem ruszą razem do matki bohatera, która mieszka na dalekiej Rosji…Podczas tej niezwykłej, często zabawnej podróży oboje czegoś się od siebie nauczą.
To taki film, który według mnie pozostał niezauważony albo może raczej znany i uznany niewielkiej liczbie osób (może na przykład studentom germanistyki), który trafił do mnie dość przypadkiem i nie żałuję.
Swoją drogą, po obejrzeniu go uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy, spraw jest dla mnie oczywistych. Na przykład idąc spać nie muszę pamiętać, gdzie położyłam pod łóżkiem moje kapcie, przecież jeśli wstanę w nocy, to zwyczajnie zapalę lampkę nocną i je znajdę. Niby oczywistość a pewnie nie w każdej chwili jasna dla nas, widzących.

Podsumowując na trzy obejrzane filmy tylko jeden się nie podobał, więc nie jest źle;)