…niedawno w mojej ulubionej radiowej audycji dyskutowano o prezentach. O tym, czy ludzie lubią dawać prezenty i je otrzymywać. Oczywiście gros osób odpowiedziało, że oni wolą dawać, co wydało mi się lekką polityczną poprawnością. Bo kto tak naprawdę publicznie powie, że on również lubi je otrzymywać?
Może w takim razie ja już sięgam szczytu bezczelności, bowiem jestem w stanie przyznać się do jednego. Tak jak bardzo lubię obdarowywać ludzi (oczywiście najmilej tych, których lubię, wtedy jest fajnie zastanawiać się nad prezentem, wyborem, szukać w pamięci, o czym dana osoba może wspominała, że jej brak, że potrzebuje, że marzy itd), to tak, umiem się przyznać, bardzo lubię prezenty otrzymywać. Bez szaleństw, niekoniecznie bez okazji, chociaż te chyba są najmilsze, ale dlaczego w sumie mam się nie przyznać, że podarunek sprawia mi radość? No sprawia, cieszę się. Nic na to nie poradzę:) Tak przy okazji, to jestem chyba dość dobrym "prezentobiorcą", jako, że ucieszę się z najmniejszego drobiazgu.
Kiedyś już pytałam się Was, jakim "kluczem" posługujecie się podczas nabywania prezentu dla kogoś. Czy dany prezent musi się Wam przede wszystkim podobać, czy kupicie coś, co sobie samym nigdy nie kupilibyście, ale Wiecie, że daną osobę na pewno to ucieszy.
Z prezentami nie jest łatwo, o nie. Na pewno nie jest łatwo, kiedy prezenty wymieniane dzieli przepaść finansowa, ale z drugiej strony jeśli ktoś ma kasę i chce kogoś rozpieścić, to czemu by nie? (Oczywiście w granicach rozsądku, a przecież wypasionego Audi czy kolii z diamentami i tak nikt mi nie daje;).
Ja sama kiedyś wybierałam prezenty pod swoim kątem, z biegiem lat dojrzałam do tego, żeby pojąć, że nawet jeśli mnie się dana rzecz nie podoba, to dla kogoś drugiego to może być coś, czego bardzo chce.
I nie chwaląc się, uważam, że umiem trafiać z podarunkami…
Ot, taki wpis o niczym szczególnie ważnym, ale ta dyskusja radiowa jakoś mnie nastroiła…
