jeszcze o „Ministerstwie Bólu”…

…są książki, które "uwierają". Nie da się obok nich przejść obojętnie. Bez rozmyślań. Według mnie to jedna z cechy, która dotyczy książek dobrych, jeśli nie wyjątkowych. Taka właśnie jest książka "Ministerstwo Bólu". Wiecie, bo pisałam o tym kiedyś w tym wpisie:
http://chiara76.blox.pl/2007/01/to-sie-zdarzylo-obok-nas.html

że tematyka wojny w byłej Jugosławii jest dla mnie w jakiś sposób intrygująca. Chyba najbardziej przez to, jak naprawdę obojętny wobec tej wojny okazał się być świat. I jak wiele zła mogło się zdarzyć niemal na oczach tych, którzy rzekomo mieli być tam wsparciem w niesieniu pokoju i ułagodzeniu konfliktu.
"Ministerstwo Bólu" w jakiś sposób pokazuje jedno. Po pierwsze, co zapomniałam dodać w swojej recenzji, po raz kolejny odnosiłam podczas lektury wrażenie, że w jakiś sposób jest to podobna warstwą , stylem, mnogością określeń, epitetów itd literatura do literatury latynoskiej. Coś w nich jest, co stanowi dla mnie podobieństwo, którego niestety, jako nie znawca literatury , nie umiem ładnie zwerbalizować.
Po drugie, ta niespokojna książka, która przewraca dotychczasowe przekonanie na temat, że może można wyjść z wojny w miarę obronną ręką (teraz jestem już pewna, nie da się, chyba nikt nie wychodzi w ten czy inny sposób okaleczony , czy to fizycznie czy to psychicznie i mam na myśli zarówno okupantów jak i okupowanych czyli i sprawców i ofiary) ukazała mi również jedno.
W "kotle bałkańskim" nie ma mocnych, tam nie mogło to wszystko zakończyć się dobrze, tam konflikt musiał być, musiał, piszę, niestety, oczywiście. A skąd to przekonanie? Ano, ostatnie trzy czy cztery nawet stronice książki to nic innego, jak przekleństwa i złorzeczenia, tak złożone, skomplikowane, opisowe, tak wyraziste i konkretne.
Nie może stać się dobrze tam, gdzie na złorzeczenie komuś jest tyle określeń…to się musi w ten czy inny sposób odezwać, gdzieś wybuchnąć, pęknąć……..