Wydana w 2008 roku przez "Prószyński i S-ka" "Jak z obrazka" Jodi Picoult nieco mnie zawiodła.
Przyznam się, że wystawiając jej ocenę na Biblionetce ( http://www.biblionetka.pl )
zastanawiałam się, jaką jej dać ocenę i przez dłuższą chwilę rozważałam nawet ocenę "przeciętna". W rezultacie dałam "dobra" ale wciąż odczuwam, że nie, że to nie to i że najchętniej dałabym tej książce ocenę pomiędzy tymi dwoma, czyli coś w stylu "nie na tyle dobra, na ile liczyłam, ale nie przeciętna"…
"Jak z obrazka" rozpoczyna się w chwili, gdy na cmentarzu przy jednym z Kościołów Los Angeles zostaje znaleziona przez policjanta pół krwi Indianina, Will’yego młoda kobieta, która jak się okazuje, nie dość, że ma za sobą jakieś poważne przejścia, to w dodatku ma amnezję i jak to w tym wypadku ma miejsce, zupełnie nie pamięta ani tego, kim jest, ani gdzie mieszka, ani co się z nią w ostatnich dniach działo.
Szybko odnajduje się jednak jej mąż, a okazuje się nim być nie kto inny, jak słynny amerykański gwiazdor Alex Rivers, mężczyzna pojawiający się na niemal każdym plakacie i w każdym plotkarskim magazynie.
Okazuje się, że jego żona, to w rzeczywistości słynna antropolog, Cassandra Barrett. Cassie zostaje wzięta pod opiekuńcze skrzydła męża i od tej pory, co zrozumiałe, usilnie chce przypomnieć sobie, co do tej pory działo się w jej życiu.
Jednak to, co sobie przypomni, w najmniejszym stopniu jej się nie spodoba. A nawet bardziej, niż nie spodoba.
Okazuje się bowiem, że przepych i dobra materialne, jakie ją otaczały, nie były w stanie zakryć przerażającej prawdy.
Teraz fragmenty dla osób, które nie zdecydują się na lekturę, z góry uprzedzam.
To, jak się ciekawie złożyło, kolejna w niedalekim dość odstępie czasu, książka, jaką czytałam na temat przemocy domowej wobec kobiet.
Tak w ogóle, to muszę przyznać, że jak tylko zaczęłam interesować się tą książką, czytając opisy , odniosłam wrażenie, że, ja to już znam. Oczywiście, wiadomo, że pisząc, autorzy powielają pewne schematy, jest to nie do uniknięcia, ale ja wyraźnie pamiętałam czytaną przeze mnie dawno książkę Joy Fielding, która nieco podobnie się zaczynała i mimo, że dotyczyła molestowania dzieci, w rezultacie sprowadziła się do tego samego, kobieta, która miała amnezję po jakimś czasie przypomniała sobie, że kochający mąż i tatuś , jest w rezultacie oprawcą.
W książce Picoult nie jest to może tak samo oddane, ale idea podobna.
Nie wiem, może to fakt, że nie tak dawno czytałam "Trzepot skrzydeł" Grocholi, spowodował, że czytając tę książkę wciąż nie mogłam się oprzeć wrażeniu wtórności. Wiadomo, tematu tego nie da się ująć w jakiś niesamowicie wyśrubowany sposób, ale szczerze mówiąc, całokształt książki "Jak z obrazka" oceniam jednak jako dość przeciętny.
I niestety, przewidywalny, bo jednak Picoult wpada w swoje własne schematy.
Mimo, że generalnie lubię jej książki i wiem, czego się po nich spodziewać, tym razem czegoś mi w niej zabrakło.
Lubię dylematy Jodi Picoult, lubię jej stawianie pytań o etykę o moralność, które nic z wędrownym kaznodziejstwem nie mają wspólnego.
Tu, niestety, tego mi zabrakło. To nie "Dziesiąty Krąg" czy "Bez mojej zgody".
Może jestem dzisiaj surowa dla Jodi Picoult, ale to dlatego, że bardzo lubię jej książki i wiem, że zdecydowanie stać ją na więcej.
Co, jak mam nadzieję, okaże się przy okazji następnej kiedyś wydanej u nas na polskim rynku książki.
William Wharton nie żyje…
…nie powiem, że to był mój ukochany pisarz, ale na pewno autor, którego pamiętam z czasów czytania w okresie licealnym. Był "nierówny", jedne książki drażniły mnie okropnie, ale nie wszystkie, a "Tato" uważam za jego (chyba niedoceniony) majstersztyk opowieści o relacji dorosłe dziecko kontra chory ojciec…
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80277,5865157,Zmarl_William_Wharton.html
i jeszcze:
zawsze wiedziałam, że…
UW to bombowa uczelnia, ale żeby aż tak? 😉
Nawiasem mówiąc, ile to razy się obok przechodziło!
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,5856332,Niewybuch_na_Uniwersytecie_Warszawskim__teren_ewakuowano.html
o filmach…
…z góry przepraszam, ale coś czuję, że wyjdzie z tego długi wątek, bo o trzech filmach w jednym chcę coś wspomnieć. Przepraszam pewnie trochę pod swoim kątem, bo ja zbyt długich wpisów na blogach nie czytuję. Ciekawe, dlaczego, książki mogę, artykuły mogę a jak widzę za długi wpis u kogoś na blogu, to bach robi mi się czarna amba i nie czytam;)
No, ale do rzeczy, żeby nie przedłużać.
Od którego by tu zacząć?
Dobrze, zacznę od największego rozczarowania, jakim okazało się "Ostrożnie, pożądanie" reżysera Ang Lee. Oj, tak się nastawiłam na ten film i tak się mocno rozczarowałam. Nie dość, że dłużyzny, to jeszcze nic mnie w nim nie przekonało. Ot, pani, która dała się, trochę jak bezwolna lalka, wciągnąć w działalność opozycyjną podczas japońskiej okupacji Chin w czasie II WŚ i która za owe wciągnięcie się w tę niebezpieczną zabawę na końcu zapłaci karę. Osobistą, a jakże. Szczerze? Główna bohaterka irytowała mnie potwornie, i za jej rozlazłość i za jej maślane spojrzenie i taki wiecznie malujący się na jej twarzy wyraz pod tytułem "śliczny aniołeczek". Miałam ochotę wstać i trzasnąć ją w sam środek tej jej nawiedzonej buźki:) Jej kochanek, który kolaborował z okupantem irytował mnie nie mniej. Nie tylko kolaborką. Wszystkim.
Nie, na serio, nie wiem, czemu, ale ten film naprawdę do mnie nie trafił. Tak więc film ten uważam za swoje prywatne rozczarowanie i to na sporą skalę. Ja oczywiście zaznaczam, że (co jest chyba dla większości, chociaż uwierzcie, nie dla wszystkich:) zrozumiałe) opinie przedstawione na blogu na temat filmów, czy książek są li i jedynie moje, totalnie nieobiektywne, ale moje właśnie i naprawdę nie trzeba się ze mną zgadzać.
Dla równowagi coś zupełnie innego. Kawał dość optymistycznego, radosnego w wymowie i totalnie nieprzeintelektualizowanego kina. I dobrze. Bo czasem w kinie o to właśnie chodzi, by nie stawiać niesamowicie wyśrubowanych, przesadzonych tez i odpowiadać na stos etyczno moralnych pytań, a o to, aby dać widzowi sympatyczny obraz, kawałek świetnej! muzyki i dwoje sympatycznych bohaterów, którzy wbrew być może oczekiwaniom niektórych, nie zejdą się ze sobą pod koniec na działania wyciskacza łez.O czym teraz piszę? Pewnie niektórzy już się domyślili, że o "Once" w reżyserii Johna Carney’a.
Tak, taki właśnie jest ten film. Dodający pozytywnej energii, opowiadający o tym, że nawet najbardziej wydające się niedostępnym, marzenie, ktoś, kto bardzo go pragnie, może zrealizować. Nie chcę tu pisać oklepanych frazesów, że to film opowiadający o tym, że jeśli bardzo czegoś się pragnie, to spełnić się to może, ale raczej, że jest to film, który przynosi miłe poczucie, że zawsze na naszej drodze może stanąć, chociaż na chwilę, osoba nam życzliwa, taka, z którą będziemy odbierać na podobnych falach, i z którą uda się stworzyć coś ciekawego, fajnego.
Zdecydowanie polecam na długie jesienne ponure wieczory! Poprawia nastrój i dodaje optymizmu (mimo, że trochę za bardzo był z happy endem osobistym dwójki bohaterów, jak dla mnie, o wiele bardziej oczekiwałam czegoś mniej sztampowego, ale i tak było OK). Plus za Dublin, w którym dzieje się akcja filmu.
Trzeci film jest z cyklu "zakład, że nawet o nim nie słyszałaś/łeś?". Pewnie tak jest. Podejrzewam, że jestem jedną z niewielu osób, która go widziała z moich blogowiczów. A może się mylę? Zaraz się wyjaśni. Do owego stwierdzenia sprowokował mnie również fakt, że nawet na filmwebie nie ma jego polskiego tytułu, film widnieje tylko pod tytułem niemieckim "Erbsen auf halb 6". A mówię tu o filmie "Groszek na wpół do szóstej".
Baaaardzo fajna opowieść o dwójce ludzi, którzy do pewnej chwili nie mieli ze sobą nic wspólnego, a co zmienił fakt wypadku samochodowego, jaki miał główny bohater. Wskutek wypadku reżyser teatralny Jacob Magnusson stracił wzrok, co stało się jego wielką osobistą tragedią (na pewno dla każdego utrata wzroku jest tragedią a co dopiero dla osoby, która na codzień pracuje oczami, jako reżyser teatralny). Stracił wzrok i w tej chwili poznał bohaterkę, młodą dziewczynę, Lilly. Lilly jest niewidoma od urodzenia, jednak ktokolwiek przyglądałby się jej z boku, nie byłby w stanie uwierzyć, że jest to możliwe, tak świetnie dziewczyna radzi sobie w codziennym życiu. Bohaterowie zetkną się więc i rozpocznie się ich "kino drogi" bowiem ruszą razem do matki bohatera, która mieszka na dalekiej Rosji…Podczas tej niezwykłej, często zabawnej podróży oboje czegoś się od siebie nauczą.
To taki film, który według mnie pozostał niezauważony albo może raczej znany i uznany niewielkiej liczbie osób (może na przykład studentom germanistyki), który trafił do mnie dość przypadkiem i nie żałuję.
Swoją drogą, po obejrzeniu go uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy, spraw jest dla mnie oczywistych. Na przykład idąc spać nie muszę pamiętać, gdzie położyłam pod łóżkiem moje kapcie, przecież jeśli wstanę w nocy, to zwyczajnie zapalę lampkę nocną i je znajdę. Niby oczywistość a pewnie nie w każdej chwili jasna dla nas, widzących.
Podsumowując na trzy obejrzane filmy tylko jeden się nie podobał, więc nie jest źle;)
z Berlina…
…pocztówkę czas jakiś temu otrzymałam i w sumie to chyba pierwsza pocztówka z tego miasta, która ma jak najbardziej typowe i znane miejsca , które należy zobaczyć podczas wizyty tamże. Ja chętnie bym się kiedyś do tego miasta wybrała, nie ukrywam, że nęcą mnie muzea ale i sklepy i galerie. W sumie dość blisko, a jakoś ciągle mi nie po drodze.Dzisiaj dostałam też list z Litwy od mojej najpierwszej penpal, z którą piszę od 12 albo 13 roku życia, na który się naczekałam. Wysłała go do mnie prawie 2 tygodnie temu (w środę by minęło). Ale dobrze, że dotarł, to najważniejsze.
„Bez litości”. Lee Child.
Wydana w Albatrosie w 2007 książka była kolejną z cyklu o Jacku Reacherze, jaką czytałam. I powiem, nie zawiodłam się! Podobała mi się nawet bardziej, niż poprzednia, czyli "Umrzeć próbując". Może dlatego, że "Umrzeć próbując" trochę wydała mi się rozwlekła a może dlatego, że "Bez litości" to sensacja, ale z wątkiem kryminalnym. I nieważne, że domyśliłam się nieco wcześnie intrygi, i tak czytało mi się ją świetnie.
Tym razem akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, gdzie Jack , miłośnik kawy, złamał jedną ze swoich dotychczasowych zasad, a mianowicie, odwiedził jedną z kafejek po raz wtóry. Kawa tam robiona tak mu zasmakowała, że stwierdził, że czemu by znowu jej nie skosztować. Co zaowocowało dziwnym spotkaniem z facetem, który wszedł do knajpy i wyraźnie szukał Jacka Reacher’a. Szukał i znalazł. A potem zaczął wypytywać Jacka o to, czy ten widział zeszłej nocy parkującego nieopodal mercedesa.
Jak się potem okazuje facet jest pracownikiem niejakiego Edwarda Lane, który ma firmę wynajmującą byłych wojskowych do działań niekoniecznie odnotowanych w oficjalnych raportach ONZ na przykład. Oprócz firmy ma też problem. Ktoś porwał jego żonę. Problem jak ze złego deja vu, jako, że to druga żona, jaka została porwana Edwardowi Lane. Reacher zostaje poproszony o pomoc w odnalezieniu sprawców porwania i zgadza się, aczkolwiek dość szybko po dowiedzeniu się pewnych informacji zaczną targać nim spore wątpliwości co do istoty całej intrygi. Ale o tym dowiecie się już z lektury.
A na koniec krótki cytat, ale bardzo mi się spodobał, tym bardziej, że podkreśla w cudowny sposób magiczną moc filiżanki herbaty a to takie jasne w przypadku Lee Childa, który przecież z urodzenia jest Brytyjczykiem.
"-Brytyjska armia-mruknął Reacher.-Zawsze mają czas na filiżankę herbaty".
Miłośnikom dobrej sensacji i kryminałów polecam! (Nie tylko książkę, ale i filiżankę dobrej herbaty;).
rzeźba na rocznicę Ślubu;)
Ci, którzy pamiętają mój wpis o poszukiwaniu w necie między innymi hasła "rzeźba na rocznicę Ślubu" pamiętają też, że zamierzałam tym razem nie dać się spławić i ową rzeźbę sobie zażyczyć. Jednak nie bardzo miałam pomysł, co bym na owej rzeźbie widzieć chciała, a więc poprzestałam na tradycyjnych oczekiwaniach;)
Otrzymałam więc coś miłego z biżuterii a także film "Ostrożnie, pożądanie", ciekawe, jak mi się spodoba.
Natomiast niekoniecznie w ramach wspólnego prezentu, ale jakoś tak się zbiegło w czasie, nabyliśmy sobie wczoraj nowy odkurzacz. Nasz stary ma już dziesięć lat i trochę powoli odczuwaliśmy potrzebę zmiany. I tak uważam,że jak na sprzęt tego typu działał długo.
Z miłym zaskoczeniem otrzymaliśmy garść fachowych informacji od pani w sklepie. Piszę "z miłym zaskoczeniem", bo różnie to tam do tej pory bywało, a tym razem miło, fachowo, dziewczyna faktycznie przedstawiła info na temat sprzętu, i przy tym była po prostu również sympatyczna. Miło, że i u nas się zdarza. Przy okazji dowiedziałam się, że istnieje coś takiego, jak zapach, który wrzucamy do worka i który ma się rozpylać podczas odkurzania po mieszkaniu. Nie zauważyłam, ale może zapach został przyćmiony przez mandarynkę z kominka zapachowego, który obecnie umila zapach domu.
Z zupełnie innej beczki, pamiętacie, że dziś w nocy zmiana czasu? Śpimy o godzinę dłużej. Tylko to dobre, bo już wiem, że następne parę tygodni będę się dziwnie czuła. Nie lubię zmian czasu i uważam je za bezsensowne.
przyjaźń…
Kiedy byłam mała, ktoś przerwał ważną dla mnie przyjaźń. To była osoba trzecia, która z osobistych względów postanowiła namieszać w przyjaźni dwóch małych, zupełnie niewinnych niczemu dziewczynek. Jedyną "winą" jednej z nich było posiadanie matki, która nie podobała się owej pani z jej chorych powodów i która uznała, że dziewięcioletnia czy dziesięcioletnia dziewczynka stanowi dla niej zagrożenie. Bardzo przeżyłam tą utratę przyjaźni. Najgorsze było dla mnie to, że dalej spotykałam swoją przyjaciółkę, ale nie mogłam się z nią bawić, ot, mijałyśmy się na klatce schodowej czy w szkole, nawet mówiłyśmy sobie "cześć" ale nie mogłyśmy się umówić, bawić itd. Ktoś może się zaśmiać, że co to dla dziecka, utrata koleżanki, wszak może mieć wiele innych. Problemem było jednak to, że dla mnie to wcale nie była mała strata, wtedy dla mnie w jakiś sposób załamał się świat. Po latach, kiedy obie dorosłyśmy, nawiązałyśmy kontakt na nowo, ale przyjaźnią już tego bym nie nazwała, raczej dobrą znajomością, na pewno czymś więcej, niż tylko koleżeństwem, ale jednak już jakaś rysa cały czas nad tym była, coś jakby zamknęło się bezpowrotnie, a może ja to tak odbierałam. Sama nie wiem.
Dla mnie więc rozbicie przyjaźni jest grzechem okropnym…
Wiem jedno, z biegiem lat człowiek się zmienia. Coś w nim na zawsze się kształtuje ,nie umie być aż tak elastyczny, jak w najmłodszych latach, kiedy umiał się dostosować łatwiej do innych i nawiązać nić porozumienia, z której czasem rodziło się koleżeństwo, a czasem w innym przypadku przyjaźń. Wiem też, że do niedawna miałam pesymistyczne myśli na temat przyjaźni i trudno mi było uwierzyć, że uda mi się jeszcze z kimś w życiu tak naprawdę zaprzyjaźnić. Powiedzmy, że obecnie trochę złagodziłam swoje obawy i przekonania i myślę,że to jest możliwe, mam taką nadzieję…
Czemu tak o tej przyjaźni nawijam? Ano dlatego, że w ostatnim czasie usłyszałam o dwóch przyjaźniach, które za jakiś czas będą musiały zostać urwane. Czemu przerwane? Ktoś mógłby zapytać. A to z powodu choroby, tak się złożyło, że w obu zupełnie osobnych od siebie przypadkach choroba jest ta sama, jedna z najprzykrzejszych dla człowieka, bo powoli odbierająca mu pamięć, wspomnienia, samego siebie. Choroba, o której się wie, że jeszcze tak do niedawna pamiętane dobre chwile i wspomnienia na temat tych dziesiątek lat spędzonych razem w przyjaźni, zatrą się niebawem. Są leki i być może nie nastąpi to szybko, ale prawdą jest, że w jakimś momencie życia ów przyjaciel drugiego nie pozna……..
Zawsze ogromne wrażenie robiły na mnie takie właśnie prawdziwe przyjaźnie, przyjaźnie, które ciągnęły się dziesiątki lat i które wciąż są między ludźmi. Fascynowało mnie, jak to jest, że zna się człowiek z kimś od dziecka czy młodzieńczego wieku a potem przeżywa całe swoje życie wiedząc, że właśnie obok jest ten przyjaciel. Nie trzeba się z nim widzieć co dzień, nie…Wystarczy jednak ta świadomość, że on jest, że kiedy świat zawali się człowiekowi na głowę, będzie mógł się do niego zwrócić, wypłakać, wyżalić, pomilczeń, ale że będzie mógł właśnie.
Szczęśliwy ten, kto prawdziwego przyjaciela posiada. Prawdziwy przyjaciel jest jak dobre wino, im dłużej go znasz, tym jest lepszy. I jest też,jak skarb, bezcenny.
Pomyślcie dzisiaj o swoich przyjaciołach ci, którzy ich macie. To wielki skarb, który posiadacie. I , tak, właśnie tak, odezwijcie się do nich. Wyślijcie email, krótki sms, zadzwońcie, ale dajcie im znać, że o nich myślicie, że są dla Was ważni. Bo nie wiadomo, co człowiekowi niesie los, co zmienić może w relacjach, a przecież ciepłe słowo, dowód wdzięczności, że oni są koło nas, to nic nie kosztuje…
takie tam…o prezentach…
…niedawno w mojej ulubionej radiowej audycji dyskutowano o prezentach. O tym, czy ludzie lubią dawać prezenty i je otrzymywać. Oczywiście gros osób odpowiedziało, że oni wolą dawać, co wydało mi się lekką polityczną poprawnością. Bo kto tak naprawdę publicznie powie, że on również lubi je otrzymywać?
Może w takim razie ja już sięgam szczytu bezczelności, bowiem jestem w stanie przyznać się do jednego. Tak jak bardzo lubię obdarowywać ludzi (oczywiście najmilej tych, których lubię, wtedy jest fajnie zastanawiać się nad prezentem, wyborem, szukać w pamięci, o czym dana osoba może wspominała, że jej brak, że potrzebuje, że marzy itd), to tak, umiem się przyznać, bardzo lubię prezenty otrzymywać. Bez szaleństw, niekoniecznie bez okazji, chociaż te chyba są najmilsze, ale dlaczego w sumie mam się nie przyznać, że podarunek sprawia mi radość? No sprawia, cieszę się. Nic na to nie poradzę:) Tak przy okazji, to jestem chyba dość dobrym "prezentobiorcą", jako, że ucieszę się z najmniejszego drobiazgu.
Kiedyś już pytałam się Was, jakim "kluczem" posługujecie się podczas nabywania prezentu dla kogoś. Czy dany prezent musi się Wam przede wszystkim podobać, czy kupicie coś, co sobie samym nigdy nie kupilibyście, ale Wiecie, że daną osobę na pewno to ucieszy.
Z prezentami nie jest łatwo, o nie. Na pewno nie jest łatwo, kiedy prezenty wymieniane dzieli przepaść finansowa, ale z drugiej strony jeśli ktoś ma kasę i chce kogoś rozpieścić, to czemu by nie? (Oczywiście w granicach rozsądku, a przecież wypasionego Audi czy kolii z diamentami i tak nikt mi nie daje;).
Ja sama kiedyś wybierałam prezenty pod swoim kątem, z biegiem lat dojrzałam do tego, żeby pojąć, że nawet jeśli mnie się dana rzecz nie podoba, to dla kogoś drugiego to może być coś, czego bardzo chce.
I nie chwaląc się, uważam, że umiem trafiać z podarunkami…
Ot, taki wpis o niczym szczególnie ważnym, ale ta dyskusja radiowa jakoś mnie nastroiła…
zabawa książkowa, czyli podejmuję rękawicę;))
zaproszeniu do wzięcia udziału w zabawie mogę nieco wnikliwiej przyjrzeć się
swojemu czytaniu i pewnym rytuałom czytaniu towarzyszącym.
na kilka pytań.
dnia czytasz najchętniej?
nocą. Często późną nocą.
czytasz?
łóżku, ale również w dużym pokoju na sofce. Jak książka wciąga, to przyznaję
się, że czytam podczas posiłków, a więc przy stole. Na szczęście Druga Połowa
się nie oburza, bo sama robi dokładnie to samo:))
czytać w środkach komunikacji miejskiej.
leżąco w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na
brzuchu?
odpowiedzi nie wchodzi w grę. Czytam siedząc.
książek czytasz najchętniej?
Kryminały (to chyba od zawsze;). Także beletrystykę. Z racji zainteresowań
uwielbiam książki o ludziach, którzy zmienili kraj zamieszkania, przenieśli się
do innego kraju i tam rozpoczęli zupełnie nowe życie. Z tych samych powodów
(zainteresowań) lubię przewodniki turystyczne.
napisaną biografią.
ostatnio kupiłaś?
Chyba składaliśmy razem zamówienie i wygląda na to, że może to być na przykład
najnowsza na naszym rynku książka Jodi Picoult.
ostatnio?
Lee Child’a.
aktualnie?
Lee Child’a.
czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek to jakie one
są?
odwiedzający mnie dłużej, niż parę miesięcy wie, że oczywiście używam zakładek
do książek. Mało tego, zbieram je, czy kolekcjonuję, czy jak tam zwać. Znajomi o
tym wiedzą i podsyłają co ładniejsze. W swoim bardzo licznym już zbiorze (wciąż
trwają poszukiwania odpowiedniego pudełka do przetrzymywania ich!) mam zakładki
z; drewna, metalu, z wzoru z piasku, magnetyczne, zwykłe papierowe, papierowe
będące kartkami kalendarza do zrywania i stworzenia z nich zakładek, robione
przez przyjaciół i znajomych (z materiału). Czego ja tam nie mam w tych moich
zakładkowych zbiorach?;)
książkach do słuchania?
szczególnie te dobre interpretacje (uważam, że w nich celuje Radiowa Jedynka,
już naprawdę po kilka książek sięgnęłam dzięki ich czytaniu), szczególnie do
auta czy podczas długiej podróży, na przykład samolotem. Są też rewelacyjne,
kiedy człowiek zajmuje się robotą domową, którą wykonać musi a dzięki książce
słuchanej czas milej upływa.
e-bookach?
kolei kompletnie nie jest dla mnie. Próbowałam, żeby nie było. Nie umiem czytać.
Przeczytałam jak dotąd jedną i to tylko dlatego, że napisała ją moja znajoma i
po prostu książka dostępna była tylko w takiej formie.
mnie;)
ale nie wyznaczam kogoś , kto ma wziąć w niej udział, tym bardziej, że widzę, że
już się w nią bawiłyście i wzajemnie sporo osób się powyznaczało.
chętnie poczytałabym każdą znajomą czy znajomego mola książkowego, więc jeśli
tylko zechcecie o tym napisać i opublikujecie u siebie na blogu odpowiedzi, to
proszę, dajcie mi znać.
wyznaczać, to w danej chwili chętnie poczytałabym odpowiedzi Judytty i Jeanne_n.
Ale, jak piszę, nie ma musu;) Będziecie chciały, to się pobawicie, nie, to nie
zmuszam;))
