w wakacje przeczytałam trzy książki. Celowo wybrałam literaturę mało dość lekką, bo na taką się na ogół decyduję na wyjazdach.
I tak przeczytałam kryminał Tomasza Konatkowskiego "Wilcza wyspa", dobre, dobre, nie powiem, ale troszkę jak dla mnie zbyt dużo dłużyzn, chyba trochę niepotrzebnych, ale ogólnie oceniam pozytywnie.
Potem wzięłam się za thriller "Dreszcze", Lisy Jackson. Ot, takie czytadło. Nawet, nawet, jak na tego typu literaturę, ale sporo wychwyciłam niekonsekwencji.
Natomiast największe zaskoczenie zostawiam na koniec. Jako, że te dwie książki poszły mi szybko, denerwowałam się, co będę czytać. Poratował mnie P. podsuwając swoją lekturę, jaką on już skończył i wziął się za "Wilczą wyspę". I tak oto, Panie i Panowie, zapoznałam się z sensacją autorstwa Lee Child’a. Zupełnie się nie spodziewałam, że tak mi książka przypadnie do gustu. Wiem dlaczego. Podoba mi się główny bohater, który zdaje mi się być trochę takim dzikusem i outsiderem, jak ja sama. Czytałam "Jednym strzałem", ale mam zamiar zapoznać się i z innymi jego książkami, tym bardziej, że nawet wczoraj w kulturalnym dodatku do "Dziennika" wyczytałam, że właśnie pojawiła się najnowsza jego książka;) No, proszę, przypadkiem odkryłam autora, który mi pasuje. Niech żyje wzięcie niedostatecznej ilości własnej lektury:))
są takie dni…
, które z rozmaitych powodów pamięta się pewnie na całe życie. Ja pamiętam, jak 6 lat temu przenosiliśmy się na Kabaty. Przyszło zostawić Żoliborz, na którym oboje wychowaliśmy się na rzecz tej dzielnicy i nowego mieszkania, z którego tak się cieszyliśmy. Ale ten czas leci, już 6 lat minęło. Po drodze pozmieniali się sąsiedzi i niestety, wprowadzili ci nad nami, co spowodowało, że tylko dwa lata mieliśmy ciche i spokojne. Ale co robić, "uroki" życia w bloku:(
A pogoda te sześć lat temu była zdecydowanie lepsza. Było cieplej, słonecznie i miło. Za to następnego dnia lunęło i jak padało, to chyba przez dwa następne tygodnie deszcz padał, padał, padał…
najstarsza oliwka na świecie…
Podejrzewam, że niewiele osób o niej wie, aczkolwiek jeden przewodnik ("Globtrotera") o niej wspomina.
A rośnie sobie ona w mieścinie zwanej Wouves, niemal w centrum miejscowości. Robi wrażenie! Na tabliczce obok piszą, iż ma podobno około 3 tysiące lat (przewodnik mocno ją postarza, ale w tej kwestii wierzę jednak tym, którzy tabliczkę obok oliwki stawiali) i jest najstarszą oliwką na świecie.
Wiecie, jak lubię oliwki. A jak nie Wiecie, to już Wiecie.
To dla mnie magiczne wręcz drzewa…Pomiziałam ją z namaszczeniem, po czym kiedy odjeżdżaliśmy zauważyłam miejscowego nieletniego, jak się na nią wspinał. Żadnego szacunku dla Takiego Drzewa!;))

Starożytne miasto Aptera…
a raczej jego ruiny. Podobno miasto to zamieszkiwano już około 1000 r.pn.e. albo jak mówi inny przewodnik dopiero od 7 wieku przed naszą erą. Oprócz ruin miasta doryckiego (w tamtym czasie jednego z najważniejszych ośrodków handlowych Krety) obecnie są tam pozostałości budowli rzymskich i greckich.

coś tam sobie fotografuję…

i nie wiem, że w tym samym czasie P. fotografuje mnie. Pod pachą dygam kserówki przewodników.
Przy okazji, czy jakaś dobra kobieta może mnie poinformować ,jak nazywa się kolor mojej bluzki? Bo to raczej nie róż. To amarant??
specjalnie dla Warszawy;)

Kot z wioski Polirinia. Tak, żyło ich tam sporo;) Ten urzekł mnie umaszczeniem i schludnym ułożeniem łapek.
Wioska Polirinia…
podobno są tam ruiny starożytnego miasta. Prawdopodobnie tak;) My widzieliśmy niewielką ich część. W prażącym słońcu wymiękliśmy mając przed sobą perspektywę wspinaczki pod górę. Za to sfotografowałam samą wioskę, stanowiącą według mnie, oczywiście, świetny przykład kreteńskiej wioski. No i są tak lubiane przez turystów akcenty biało-niebieskie;)



wyprawa…
z refleksją, czyli podczas wyprawy na Półwysep Akrotiri, odwiedziliśmy Cmentarz Aliancki z czasów wojny, zarówno walczących w czasie słynnej Bitwy o Kretę, ale i później. Powiem tak. Nie spodziewałam się, że zrobi on na mnie aż takie wrażenie. A zrobił. Jak pisał przewodnik, na wielu grobach nie ma nazwisk, a są napisy "Znany tylko Bogu". Są też oczywiście te z nazwiskami, przy jednym grobie, zdaje się, że żołnierza z Nowej Zelandii, przystanęłam wzruszona. Obok jego grobu stoi zdjęcie najprawdopodobniej jego wnuczki, ze Ślubu wraz z ciepło skreślonymi słowami do dziadka, którego nigdy się nie znało. Setki prostych nagrobków są umiejscowione "frontem" w stronę Zatoki Soudha i szczerze mówiąc, można powiedzieć, że z iście rajskim widokiem. Cmentarz jest bardzo wypielęgnowany i zadbany, koło nagrobków rosną krzewy róż i kwiaty, a kiedy praży słońce, dookoła leniwie krzątają się pszczoły odnosi się wrażenie wszechogarniającego spokoju. Księga pamiątkowa , do której można się wpisywać, również zapełniona po brzegi. Odwiedzających najwyraźniej bardzo, bardzo dużo i wpisy bardzo emocjonalne. Podejrzewam, że spora część wypoczywających Anglików odwiedza tam po prostu w czasie wyjazdów wakacyjnych również groby bliskich.
Pochwała dla przewodnika Thomasa Cooka, który jako jedyny,odnotowuje, że jest tam również nagrobek polskiego lotnika, który zginął w czasie bitwy z załogą brytyjskiego samolotu. Oto jego nagrobek:
a to ogólny widok cmentarza:

uliczki Chanii…
kryją w sobie odnogi, w których mieszą się urocze tawerny, takie, jak ta na przykład:
a na swojej drodze napotykamy zarówno uśmiechniętych Greków , jak i innych mieszkańców miasta, tu chyba niekoniecznie zadowolonych z tego, że się im przyglądamy:
Kreta. Kreteńskie wspomnienia…
Zachodnia Kreta, którą teraz przyszło nam odwiedzić, wydała nam się nieco inna od tej środkowej (za to podejrzewam, że podobna do wschodniej, którą zaledwie "liznęliśmy" podczas pobytów poprzednich). Ta część zdaje się być znacznie mniej nastawiona na turystykę, chociaż oczywiście są tam i hotele, jakżeby nie, i sklepy itd. Ale ogólnie wyczuwaliśmy klimat mniej turystyczny. Nawet samo miasto Chania, do niedawna stolica Krety, wydała nam się o wiele mniej turystycznie klimatyczna, niż Retymnon. Może to dlatego, że byliśmy tam już na pewno w czasie o zmniejszonym turystycznie natężeniu, ale coś mi mówi, że tam jest taka atmosfera i w sezonie. Czasem wiązało się to z nie do końca powiedzmy poprawnym opisaniem dojazdu do zabytku danego, za to wiele razy odczułam satysfakcję, że kiedy już gdzieś tam trafiliśmy, to…no właśnie, okazywało się,że ze wszechmiar było warto.
Chania prowadzi, o ile się zdołałam zorientować, nieformalną "walkę" z Retymnonem o miano najpiękniejszego miasta na Krecie. Według mnie oba miasta są urocze, mają swój klimat, ale chyba muszę przyznać, że faktycznie, Chania wydała mi się ciekawsza i z fantastyczniejszym klimatem.
Wędrówka uliczkami, w których ledwo co mijasz się z przechodniem z naprzeciwka a także ze stolikami z tawern ustawionymi wzdłuż uliczki robi wrażenie i pozwala na co i rusz natykanie się na widoki godne uwiecznienia na fotografii gdyż ma się wrażenie, że miasto prawie nie zmieniło się od jego początków. A jest to miasto, na którym odcisnęły wpływy rozmaite nacje i kultury, poprzez swoje nim władanie, tak więc jest to swoista mieszanka grecko-turecko-wenecka. Niezwykłe połączenie, szczególnie w architekturze.
Muzeum Archeologiczne kryje ciekawe zbiory, warto jest też według mnie, odwiedzić Muzeum Morskie, przy czym daję znać, o czym się nie doczytałam w żadnym z przewodników, że Muzeum Morskie ma swoje dwa oddziały. Jeden tuż u wejścia do portu, drugi też przy porcie, ale po przeciwległej stronie, kiedy się ma zamiar dotrzeć do latarni morskiej, a więc jest to krótka, ale wyprawa, jeśli chce się odwiedzić dwa oddziały tegoż. Ja natomiast bardziej polecam ten oddział u wejściu do portu z racji niezwykle ciekawych eksponatów dotyczących bitwy o Kretę.
Najbardziej jednak polecam, kiedy będziecie w tym mieście, po prostu pospacerować sobie po nim z szeroko otwartymi oczami, aby nie umknęło Wam jego piękno i urok.
Wstawiam zdjęcie z portu z widokiem Meczetu Janczarów i latarnią morską.
