Wyczekałam się na "Karmel", o którym od kobiet rozmaitych słyszałam same dobre opinie i wreszcie była okazja obejrzeć ten film. Powiem, a raczej napiszę tak, nie do końca rozumiem sens porównywania tego filmu z filmami Pedro Almodovara. Bo podobieństw żadnych nie widzę. Ale ja generalnie nie przepadam za porównaniami w stylu "coś jak Bridget Jones" albo " w stylu Dana Browna" itd.
Według mnie i bez kojarzeń z Almodovarem film się sam może obronić, co też czyni, według mnie, oczywiście.
Podsumowanie po obejrzeniu filmu? Kobiety południa współpracują ze sobą. Jeśli już na myśl jakiekolwiek inne skojarzenie filmowe mi przychodziło, to było to raczej "Monsunowe Wesele", niektóre sceny wręcz jakby stamtąd. Ale to i tak niewiele. Za to klimat ogólnie czy to "Monsunowego Wesela" czy przywoływanego tak chętnie przez krytyków filmów Almodovara czy właśnie "Karmelu" podobny w jednym, przedstawia siłę współpracy kobiet, a nie ich rywalizację.
Po obejrzeniu zastanowiło mnie jedno. Nie wiem, dlaczego, ale nie wyobrażam sobie takiego filmu o Szwedkach na przykład:) Tak, uogólnię, popełnię straszne wciśnięcie w narzucone ramki ale jakoś tak mi się po tych filmach wydaje, że kobiety południa bardziej się ze sobą jednoczą. Być może wynika to z sytuacji niejako narzuconej kulturowo, bo w części krajów, których filmy wymieniłam, sytuacja kobiet wciąż jest dużo gorsza od sytuacji mężczyzn.
Ale powracając do "Karmelu". Film opowiada o grupie kobiet w różnym wieku i sytuacji życiowej, które łączy miejsce, w jakim się spotykają, a mianowicie salon piękności w Bejrucie. Jest wśród nich przyszła panna młoda, dziewczyna mająca romans z żonatym mężczyzną, lesbijka, kobieta dojrzała, która nie potrafi przyjąć upływu czasu i odchodzenia młodości.
I tak okazuje się, że być może kierujemy się czasem stereotypami. Nie wiem, czemu, spodziewałam się, że przedstawi się nam kobiety z zasłoniętymi twarzami, tymczasem dziewczyny tam występujące nie dość, że o żadnym zasłanianiu nie myślały, to jeszcze ubierały się w bardzo nowoczesne stroje. Mimo jednak możliwości wbicia się w obcisłe sukienki, posiadania najnowszych telefonów komórkowych i całej dostępnej im nowoczesności, w filmie widać jedno, różnice kulturowe są i tego się nie zmieni. I chociażby nie wiem, jak się buntowały, pewnych spraw nie zmienią.
I tak, mimo, że narzeczony potrafi łapać ją za kolano na rodzinnym obiedzie, kiedy wydaje mu się, że nikt nie widzi, przyszła żona wie, że musi poddać się zabiegowi "powrotu dziewictwa", bo zwyczajnie nie jest możliwe, aby przyszły mąż przekonał się,że nie był jej pierwszym partnerem.
Okazuje się też, że nie jest możliwe wynajęcie pokoju hotelowego w przyzwoitym hotelu dla siebie i mężczyzny, jeśli nie jest się mężatką tegoż i nie przedstawi na to dowodu w recepcji hotelowej.
Niby niewiele, ale ile jeszcze jest tam różnic, o których reżyserka filmu po prostu nie wspomniała?
Tak, czy inaczej, film opowiada nam o owych kobietach, przedstawiając wyrywki z ich życia i sytuacji, wobec których się znalazły, przedstawiając, jak zachowują się wobec tych sytuacji i jak ze sobą współpracują.
Film jest ciepły, w sam raz na rozgrzanie się, kiedy za oknem jesienna plucha i zimno, bo dodaje otuchy i krzepi. Nie jest to może jakieś arcydzieło filmowe, ale mnie się bardzo podobało i mogę polecić tym z Was, które go nie widziały.
