poniedziałek…

minie na pakowaniu, i pilnowaniu, żeby niczego nie zapomnieć, co się może przydać a we wtorek myk, w moje ukochane miejsce. Wycieczka nabyta w styczniu, wtedy termin wydawał się tak odległy, że historia… a tu czas minął i proszę, oto zaraz lecimy. Kierunek? Jakżeby inaczej, Grecja. Konkretniej, Kreta moja ukochana. Tym razem kierunek nam nieznany, bo pod Chanię.
Wiem, że niektórzy potrzebują ciągle nowych doznań, muszą zwiedzać kolejne nowe kraje. Ja tak nie mam. To znaczy inaczej, ze względu na drugą, lepszą Połowę, jeżdżę w inne miejsca, jednak praktycznie zawsze towarzyszy mi tam ta sama refleksja "Tu jest pięknie, ale…to nie jest moja Grecja"…Tak naprawdę, nie miałabym nic przeciwko temu, żebym mogła jeździć tam zawsze, a najchętniej móc się tam przenieść. Może kiedyś? Zobaczymy…
Nie mam problemu z tym, że lubię wracać w to samo miejsce. Wiem, świat jest piękny i cieszę się, ze inni moi przyjaciele, znajomi mogą go zwiedzić, moje serce jednak zostało w Grecji i tam najchętniej zawsze wracam i tam rwie się moje serce. Tym razem przerwa była, jak na nas, wielka, bo dwa lata i już się nie mogę doczekać, aż moja noga stanie na greckiej ziemi, poczuję na skórze ciepło słońca, które tam zdaje się mnie ogrzewać bardziej, aż usłyszę cykady , które tym razem mam zamiar nagrać sobie i odtwarzać w te jesienne, ponure wieczory, kiedy słońca brak, a mnie dopada jesienna melancholia…
Ostatnio policzyłam, ile kartek mam zamiar wysłać, to wyszło mi hohoho i jeszcze trochę, ale…sama otrzymuję dowody pamięci od znajomych, blogowiczów, więc i sama wysyłam.
Jeszcze trochę i znowu tam będę………

lecą sobie hiciory;)

z lat mojej szczenięcej młodości w Sopocie. Szczerze? Doskonale zdaję sobie sprawę, że mało ambitne, że z playbacku śpiewają zapewne, że to żaden szczyt wielkiej sztuki, ale mam to obecnie w nosie, bo przypomniały mi się jedne z najfajnieszych momentów mojego życia, kiedy to akurat to były rządzące listami przebojów hiciory;) wzdech…
Z zupełnie innej beczki, pojawił się na rynku gadżet elektorniczny, wokół którego szum się potworny zrobił. A ja siedzę i dumam, na czym polega moc reklamy, że się tym ludzie ekscytują. Ja mianowicie za darmo nie wzięłabym nic, z czego nie mogłabym wysłać MMS do znajomych (a wysyłam i to sporo), albo czym nie mogę nakręcić filmu. Jak na gadżet, który mianuje się super multimedialnym, to IMO słabo. To umiał mój stary telefon sprzed pięciu lat,  Nokusia, of course;))

o Fado…jakiś czas temu…

…w telewizji był film "Mariza i dzieje Fado"… dopiero dzisiaj go obejrzałam i wróciły się wspomnienia z lizbońskiej podróży, kiedy to między innymi Fado mogliśmy wysłuchać. Nie Marizę wtedy, oczywiście, ale nieważne, jest to niezapomniane przeżycie i jak pisałam wtedy w lizbońskich wspomnieniach, nie trzeba znać portugalskiego, żeby odebrać to, o czym śpiewa śpiewak Fado…Od tej pory Fado mnie zauroczyło…Nie mówię, że słucham tej muzyki codziennie, jako, że ja osobiście muszę być w nastroju na Fado, ale tak, co pewien czas słucham Madredeus, Marizy, Misi…W zalewie dzisiejszej pop kultury, to takie niesamowicie prawdziwe zetknięcie się ze Sztuką. Przez duże "S".Sztuką, która porusza nasze zmysły, emocje, która nie daje przejść obok siebie obojętnie, która wyrywa z nas emocje. To taka muzyka, przy której dzieje się COŚ. Nie jest zimno. Nie jest chłodno. Jest gorąco. Nie wiem, czy jakikolwiek ze znanych mi dotąd gatunków aż tak działa na mnie. Chyba żaden.
Do posłuchania Mariza…