trochę statystyk…

jako, że dzisiaj trafiły się prawdziwe kwiatki (według mnie, oczywiście;), kilka przykładów. Oczywiście , pisząc wpis o tekście na oświadczyny nie przypuszczałam, że stanę się niewolnicą tegoż hasła. No, ale tak się stało. Nie ma dnia, żeby ktoś nie szukał. Tak sobie myślę, że to przedziwna sprawa szukać na necie tego, co powiedzieć komuś, z kim chce się (przynajmniej teoretycznie) spędzić resztę życia. Zawsze przypuszczałam, że ten tekst powinien płynąć głównie z serca, ale widać się nie znam. Wolałabym osobiście nigdy nie wiedzieć, że mój facet szukał czegoś takiego w necie.

Tak więc poszukiwania tekstu na ten dzień pojawiają się już regularnie. Ponadto wyrażenie "czego nie lubię" (czemu czegoś takiego ludzie szukają pojęcia nie mam).

Regularnie pojawiają się też niestety "Triada reklamacje" i "Deichmann reklamacje", co chyba nie stanowi najlepszej reklamy dla obu firm;)

Dzisiaj było trochę fajnych, a mianowicie:
"czy teściów da się zmienić?". Szczerze? Nie;)

"humanista czy inżynier" (ciekawe, czy to wybór na przyszłość, czy też zastanawianie się nad profesją przyszłego męża na przykład:).

"wpisy z pozdrowieniami z wakacji" (kolejny obdarzony jak widzę fantazją, co to nawet taki tekst musi wynaleźć w internecie).

Ale moim zdaniem na złoto i nagrodę w postaci wirtualnego uścisku dłoni prezesa zasługuje dzisiaj według mnie

"rzeźba na rocznicę ślubu"…

Tadam;)
A ja daję się nabrać w rocznice tylko na kolacje i kwiatki, myślałby kto;)) Następnym razem P. się nie wykręci i rzeźby sobie zażyczę, a co?:)

„Jedz, módl się, kochaj.” Elizabeth Gilberet.

I jeden z najfajniejszych podtytułów, jakie znam, "czyli jak pewna kobieta wybrała się do Italii, Indii i Indonezji w poszukiwaniu wszystkiego".
Tak w ogóle, to wyrazy uznania dla tłumaczki, Marty Jabłońskiej-Majchrzak, bo według mnie spisała się świetnie. Książkę przetłumaczyła bez (według mnie, oczywiście, bo oryginału nie czytałam) potknięć i oddała jej klimat.
I to była lektura, która doskonale wpasowała się w moje ostatnie nastroje…czegoś takiego właśnie było mi ostatnio potrzeba…

Nie, jak pisałam we wpisie pierwszym o lekturze, nie jest to książka najambitniejsza, jaką czytałam, ale szczerze? W ogóle mnie to nie zmartwiło;) Może nie najambitniejsza i nie odkrywała przede mną nie wiedzieć, jakich mądrości, za to stanowiła jedną z najprzyjemniejszych lektur, jakie ostatnio miałam w rękach. Niestety, mimo ciepła bijącego z takich książek, jak pisałam bajek dla dorosłych, jak chociażby "Błogosławieni, którzy robią ser", wyczuwam w nich jakiś rodzaj fałszu…? Jest to jednak fikcja i nie przemawia dla mnie. Bo odbieram ją właśnie w kategorii bajek.
Za to wszelakie książki, o czym już pisałam, o ludziach, którzy biorą swój los w swoje ręce i w ten czy inny sposób zmieniając swoje życie (czy to wynosząc się do kraju, w którym zawsze chcieli mieszkać czy to zakładając winnicę, czy to w końcu dając sobie szansę na wysłuchanie wewnętrznego ja i jego potrzeb, być może pierwszy raz w życiu) stanowią dla mnie wielką przyjemność. Tak, lubię czytać o ludziach, którym udaje się coś zmienić na lepsze, bo to mnie krzepi i stanowi zawsze nadzieję, że jeśli innym się udaje, to dlaczego nie miało by się udać i mnie samej.

I taka jest właśnie książka "Jedz, módl się, kochaj", nie jest to żaden poradnik, jak w 24 godziny zmienić swoje życie, ale coś w rodzaju dziennika podróży kobiety, która po trzydziestce odkryła, że dusi się w ramach, w które sama się wtłoczyła a także poniekąd została wepchnięta za sprawą oczekiwań społecznych. Któż bowiem nie spodziewa się, że kobieta w jej wieku nie będzie pragnęła mieć domek na przedmieściu, spokojny żywot obok kochanego męża i gromadkę dzieciąt dookoła? No więc dnia pewnego , chociaż wiadomo, że to nie staje się ot, z dnia na dzień, a narasta, ale ta świadomość przychodzi do człowieka nagle, Elizabeth odkrywa, że nie, ona nie odnajduje się w roli żony tego człowieka i matki jego dzieci.
I pozwala sobie raz wreszcie na rozpieszczenie samej siebie. Nie daje stłumić w sobie tych pragnień, które w niej narastają, nie daje stłumić tego wołania o zmianę, wolność w jakimś sensie i rozpoczyna trudny i powodujący silną depresję rozwód.

Po rozwodzie Elizabeth postanawia zostawić wszystko to, co do tej pory ją tłamsiło i dać sobie samej rok. Rok zdrowego egoizmu. Rok, podczas którego nikt nie będzie ważniejszy dla niej samej, niż…ona sama. Nie będzie wkręcać się w kolejne nieudane relacje z mężczyznami, uda się w roczną podróż, a jej celem będą trzy kraje (i na trzy części podzielona jest książka) Italia, Indie i Indonezja.
Celowo użyłam nazwy Italia, bowiem nasze polskie Włochy zaburzają trochę Ideę I:) w nazwach.

Tak czy siak, realizując zamierzenia i plany z tytułu, Elizabeth udaje się do Italii, gdzie oddaje się rozkoszom podniebienia (ach te pasty, ach te lody;) i nauce języka, o którym marzyła zawsze, aby umieć nim mówić, czyli włoskiego, następnie do Indii, gdzie chce dać sobie szansę na ukojenie ducha i utwierdzenie się w swoich duchowych planach i zamierzeniach, a następnie, jako dopełnienie wszystkiego, spędza kolejne parę miesięcy na Bali, w Indonezji, gdzie początkowo nieufna co do miłości, w końcu zacznie kochać.

Jak wspomniałam, to nie jest książka super ambitna itd, za to jest jak cudowny przyjaciel, który jest przy człowieku, kiedy ten potrzebuje się wygadać i w danej chwili usłyszeć, że "tak, wszystko się poukłada i wszystko będzie dobrze". Nie zawsze jest nam dane mieć kogoś takiego przy sobie, prawda?

Nie wiem, jak to jest, ale już pierwsze strony tej książki wprowadziły mnie w nastrój pogodny i ciepły, i naprawdę cała książka potraktowana jako terapia, zdała egzamin. Oczywiście ,nie jest tak, że zniknęły nagle wszystkie problemy, którymi się zamartwiam, ale poczułam się na tyle dobrze, że powróciła mi wiara, że sporą część z nich uda mi się pokonać i zwalczyć. A to już pierwszy krok do mojej własnej podróży. Niekoniecznie do tych krajów i niekoniecznie z tym samym wezwaniem, ale czy o to chodzi, aby naśladować w stu procentach??:)