„Małe dzieci”. Reż. Todd Field.

Kino amerykańskie
nie jest tym, które mnie specjalnie pociąga, ale i tu zdarzają mi się bardzo
przyjemne niespodzianki pod postacią kawałka dobrego kina.
Jakby co, staram się
nie zdradzać za wiele, ale jednak uprzedzam, że coś niecoś mi się wymsknie, więc
tych, którzy nic wiedzieć nie chcą, uprasza się o dalsze nie
czytanie;)
 
Do obejrzenia
"Małych dzieci" natchnęła mnie recenzja u Szelestu_tafty, http://szelesttafty.blox.pl/html Tak,
po tym, co u niej przeczytałam, poczułam, że muszę , dosłownie muszę zobaczyć
ten film. I nie żałuję, że się na niego zdecydowaliśmy pod wpływem bardzo
nagłego impulsu.
Ponieważ ten film
jak sama Szelst_tafty napisała, zdecydowanie daje do
myślenia.
Pamiętam zachwyty
nad "American Beauty", po których kompletnie nie wiedziałam, o co chodzi. Kiedyś
nawet popełniłam wpis u siebie , w którym pytałam, czy są filmy czy książki,
którymi wszyscy się zachwycają a Wy nie i w moim przypadku właśnie było to
"American Beauty". Próba odmitycznienia Amerykańskiego snu okazała się dla mnie
tam ciężkostrawna, mało przekonująca i bardzo nieszczera. Zakłamanie i obłuda
występujących tam postaci wydała mi się niestety strasznie przerysowana. Nie, w
przypadku tamtego filmu kompletnie do mnie nie trafiła próba zdjęcia lukru i
pokazania gorzkości.
Kompletnie inaczej,
niż w przypadku "Małych dzieci", który to film według mnie ukazaniem drugiej
strony Ameryki bije "American Beauty" na głowę!
Zdecydowanie.
 
To film, który w
bardzo prawdziwy sposób, który dotyka nas niesamowicie silnie ukazuje, że "każdy
ma swojego kościotrupa w szafie". Każdy z nas ma swoje lęki, swoje popełnione
dawniej lub niedawno błędy, niektóre nieodwracalne, z gatunku tych, które
zmieniają nas i nasze życie raz na zawsze.
To film, który
opowiada o próbie buntu, zmiany sytuacji, w której tkwi się i dnia pewnego zdaje
sobie człowiek sprawę, że utkwił do totalnym bagnie. Bagnie sytuacji rodzinnej ,
układów międzyludzkich. Bagnie rzeczywistości, która kiedyś wydająca się małą
stabilizacją dnia pewnego ukazuje nam się w tak przerażającej sytuacji, że
wydaje się być niemal nie do pokonania!
 
Oto poznajemy
mieszkańców małej miejscowości gdzieś w Stanach Zjednoczonych. Społeczność
takiej mieściny nie ma zbyt wielu szans na niesamowicie bogate atrakcje, dlatego
też spotyka się głównie (w przypadku matek) na placu zabaw albo miejscowym
basenie. Poznajemy Sarę, która jest od paru lat żoną, matką, kompletnie znudzoną
swoją nieciekawą sytuacją. Podejrzewam, że kiedyś skusiła się na tak zwaną małą
stabilizację, podczas kiedy jednak w jej trakcie odkryła, że nie jest to życie
dla niej. Na pewno na jej zmęczenie i zniechęcenie do obecnego życia wpływa fakt
odkrycia tego, co za jej plecami robi jej własny mąż, kiedy ona nie
widzi.
Sarah tkwi w domu z
małą córką, za którą mam wrażenie, do końca nie przepada. Na pewno nie odkryła
się w roli matki stulecia, ale odnosiłam wrażenie, że jej dziecko po prostu nie
interesowało jej jako człowiek, człowiek, z którego można spróbować "ulepić"
kogoś strasznie fajnego i ciekawego, jeśli tylko po prostu poświęci się mu
trochę własnego czasu i uwagi.
Sarah więc aby jak sama przyznaje, nie
siedzieć z własnym dzieckiem w domu, spędza sporo czasu na miejscowym placu
zabaw, na którym przesiaduje to samo grono mamuś mieszczanek. Gdybym takiego
samego grona nie widziała przez okno na swoim podwórku, pomyślałabym, że trochę
przejaskrawiono owe przedstawienie, ale nie. Mamusie są jak najbardziej
prawdziwe i realne. I ich marzenia i wyobrażenia o jedynym bywającym na placu
zabaw ojcu, którego między sobą nazywają "królem balu", zdają się narastać
wprost do częstotliwości spotkań owego ojca w miejscu, zdawało by się,
zarezerwowanym tylko dla pań.
O tym, że role
narzucone nam przez społeczeństwo czasem się odwracają, dowiadujemy się poznając
Brada, owego ojca dziecku, który to w jego rodzinie pełni rolę matki. Jego żona
pracuje na dom, a Brad zajmuje się dzieckiem, w międzyczasie usiłując uczyć się
i wreszcie zdać egzamin adwokacki. Zamiast jednak bywać w miejscowej bibliotece,
o czym święcie przekonana jest żona, z którą nawiasem mówiąc, życie erotyczne
Brada zakończyło się wraz z przeniesieniem się do małżeńskiego łoża dzidzi,
czyli synusia, Brad bywa zupełnie gdzie indziej.
Otóż wieczoram
zamiast się uczyć Brad siada na ławce przed szkolnym boiskiem i ogląda bawiących
się na nim skateboardzistów. Tak, on też nie tak dawno był taki młody i pełen
siły, witalności i przekonania, że wszystko będzie dobrze. I co , do cholery,
stało się z jego przekonaniem o tym?
Poznajemy też wypuszczonego z więzienia
pedofila Ronny’ego. Ronny został wypuszczony zdecydowanie za wcześnie, niż
powinien, a miejscowa ludność została o tym poinformowana, więc na okolicznych
rodziców pada wielki strach. Strach, który z czasem u niektórych przyjmie
potwornie wyjaskrawioną formę i który przyniesie ze sobą
tragedię.

I tak oto, żyją sobie obok siebie nieszczęśliwi
ludzie. Jak łatwo się domyślić, dwójka nieszczęśników, czyli Sarah i Brad,
prędzej, czy później , spotkają się i nawiążą romans. Jak "Madame Bovary", o
której tak śmiało w pewnej chwili rozprawiać będzie Sarah, podejmie ona bunt
przeciw zastałej i coraz bardziej męczącej ją rzeczywistości.
Odniesienie do "Madame Bovary" zresztą ciekawe, według mnie, tym
bardziej, że Sarah według mnie sama do końca nie wie, kim tak naprawdę chce być.
Mieszczańską matką, zajmującą się dzieckiem i zamykającą oczy na potworności
dnia codziennego, czy wyzwoloną feministką, która decyduje o sobie samej bez
wahania.
 
Tytułowe "Małe
dzieci" odnoszą się zarówno do dzieci bohaterów, które wydają się być dość
przedmiotowo przez ich rodziców traktowane, jak i do samych rodziców, którzy
wydają się być zagubieni w swoim życiu i mentalnie zdają się być dziećmi
właśnie. Które z jednej strony chciałyby i pobawić się na deskorolce , i pobawić
się w dorosłość i kochać się namiętnie w pralni…
 
Bardzo podobał mi
się ten film ze względu na to, jak różnorodne aspekty pokazał. Po pierwsze, jak
bardzo można zagubić się we własnym życiu i nie umieć znaleźć złotego środka. Po
drugie, jak bardzo Tuwimowsko straszni są straszni mieszczanie (pamiętacie jego
wiersz "Straszni mieszcznie"?), w swoim życiu, zakłamaniu, zamykaniu oczu na
błędy, straszność wokół siebie. Mieszczanie , którzy są tacy sami pod każdą
szerokością geograficzną, zarówno w USA, jak i pod Warszawą czy w mieścinie w
Austrii.
Po trzecie,
uwielbiam twórców filmu za zakończenie, to znaczy za to, że nie ma happy endu.
Nie, nasi bohaterowie nie zaczną ze sobą nowego życia i nie wyzwolą się ze
swoich nieszczęśliwych małżeństw. Nie tym razem i nie ci ludzie. Ci jednak będą
dalej tkwić w zastałej sytuacji i w swoich związkach najwyżej silniej zamkną
oczy na to, co widzą koło siebie i w lustrze. Czasem można się postarać i
poudawać, czyż nie? W końcu nie jest powiedziane, że nasze życie trzeba zmienić.
 
Świetny kawał kina
amerykańskiego i jestem ogromnie wdzięczna Szelestowi_tafty, że mnie natchnęła
do jego obejrzenia, bowiem jest to jeden z niewielu filmów, który na pewno na
dłużej zostanie w mojej pamięci…
 
Polecam!!!