"do przeczytania". Trzymajcie się podczas mojej nieobecności. Niech nic złego się nie wydarza i mam nadzieję, że nie zapomnicie o mnie do 9 września;)
Ciepłe pozdrowienia!
poniedziałek…
minie na pakowaniu, i pilnowaniu, żeby niczego nie zapomnieć, co się może przydać a we wtorek myk, w moje ukochane miejsce. Wycieczka nabyta w styczniu, wtedy termin wydawał się tak odległy, że historia… a tu czas minął i proszę, oto zaraz lecimy. Kierunek? Jakżeby inaczej, Grecja. Konkretniej, Kreta moja ukochana. Tym razem kierunek nam nieznany, bo pod Chanię.
Wiem, że niektórzy potrzebują ciągle nowych doznań, muszą zwiedzać kolejne nowe kraje. Ja tak nie mam. To znaczy inaczej, ze względu na drugą, lepszą Połowę, jeżdżę w inne miejsca, jednak praktycznie zawsze towarzyszy mi tam ta sama refleksja "Tu jest pięknie, ale…to nie jest moja Grecja"…Tak naprawdę, nie miałabym nic przeciwko temu, żebym mogła jeździć tam zawsze, a najchętniej móc się tam przenieść. Może kiedyś? Zobaczymy…
Nie mam problemu z tym, że lubię wracać w to samo miejsce. Wiem, świat jest piękny i cieszę się, ze inni moi przyjaciele, znajomi mogą go zwiedzić, moje serce jednak zostało w Grecji i tam najchętniej zawsze wracam i tam rwie się moje serce. Tym razem przerwa była, jak na nas, wielka, bo dwa lata i już się nie mogę doczekać, aż moja noga stanie na greckiej ziemi, poczuję na skórze ciepło słońca, które tam zdaje się mnie ogrzewać bardziej, aż usłyszę cykady , które tym razem mam zamiar nagrać sobie i odtwarzać w te jesienne, ponure wieczory, kiedy słońca brak, a mnie dopada jesienna melancholia…
Ostatnio policzyłam, ile kartek mam zamiar wysłać, to wyszło mi hohoho i jeszcze trochę, ale…sama otrzymuję dowody pamięci od znajomych, blogowiczów, więc i sama wysyłam.
Jeszcze trochę i znowu tam będę………
lecą sobie hiciory;)
z lat mojej szczenięcej młodości w Sopocie. Szczerze? Doskonale zdaję sobie sprawę, że mało ambitne, że z playbacku śpiewają zapewne, że to żaden szczyt wielkiej sztuki, ale mam to obecnie w nosie, bo przypomniały mi się jedne z najfajnieszych momentów mojego życia, kiedy to akurat to były rządzące listami przebojów hiciory;) wzdech…
Z zupełnie innej beczki, pojawił się na rynku gadżet elektorniczny, wokół którego szum się potworny zrobił. A ja siedzę i dumam, na czym polega moc reklamy, że się tym ludzie ekscytują. Ja mianowicie za darmo nie wzięłabym nic, z czego nie mogłabym wysłać MMS do znajomych (a wysyłam i to sporo), albo czym nie mogę nakręcić filmu. Jak na gadżet, który mianuje się super multimedialnym, to IMO słabo. To umiał mój stary telefon sprzed pięciu lat, Nokusia, of course;))
o Fado…jakiś czas temu…
…w telewizji był film "Mariza i dzieje Fado"… dopiero dzisiaj go obejrzałam i wróciły się wspomnienia z lizbońskiej podróży, kiedy to między innymi Fado mogliśmy wysłuchać. Nie Marizę wtedy, oczywiście, ale nieważne, jest to niezapomniane przeżycie i jak pisałam wtedy w lizbońskich wspomnieniach, nie trzeba znać portugalskiego, żeby odebrać to, o czym śpiewa śpiewak Fado…Od tej pory Fado mnie zauroczyło…Nie mówię, że słucham tej muzyki codziennie, jako, że ja osobiście muszę być w nastroju na Fado, ale tak, co pewien czas słucham Madredeus, Marizy, Misi…W zalewie dzisiejszej pop kultury, to takie niesamowicie prawdziwe zetknięcie się ze Sztuką. Przez duże "S".Sztuką, która porusza nasze zmysły, emocje, która nie daje przejść obok siebie obojętnie, która wyrywa z nas emocje. To taka muzyka, przy której dzieje się COŚ. Nie jest zimno. Nie jest chłodno. Jest gorąco. Nie wiem, czy jakikolwiek ze znanych mi dotąd gatunków aż tak działa na mnie. Chyba żaden.
Do posłuchania Mariza…
trochę statystyk…
jako, że dzisiaj trafiły się prawdziwe kwiatki (według mnie, oczywiście;), kilka przykładów. Oczywiście , pisząc wpis o tekście na oświadczyny nie przypuszczałam, że stanę się niewolnicą tegoż hasła. No, ale tak się stało. Nie ma dnia, żeby ktoś nie szukał. Tak sobie myślę, że to przedziwna sprawa szukać na necie tego, co powiedzieć komuś, z kim chce się (przynajmniej teoretycznie) spędzić resztę życia. Zawsze przypuszczałam, że ten tekst powinien płynąć głównie z serca, ale widać się nie znam. Wolałabym osobiście nigdy nie wiedzieć, że mój facet szukał czegoś takiego w necie.
Tak więc poszukiwania tekstu na ten dzień pojawiają się już regularnie. Ponadto wyrażenie "czego nie lubię" (czemu czegoś takiego ludzie szukają pojęcia nie mam).
Regularnie pojawiają się też niestety "Triada reklamacje" i "Deichmann reklamacje", co chyba nie stanowi najlepszej reklamy dla obu firm;)
Dzisiaj było trochę fajnych, a mianowicie:
"czy teściów da się zmienić?". Szczerze? Nie;)
"humanista czy inżynier" (ciekawe, czy to wybór na przyszłość, czy też zastanawianie się nad profesją przyszłego męża na przykład:).
"wpisy z pozdrowieniami z wakacji" (kolejny obdarzony jak widzę fantazją, co to nawet taki tekst musi wynaleźć w internecie).
Ale moim zdaniem na złoto i nagrodę w postaci wirtualnego uścisku dłoni prezesa zasługuje dzisiaj według mnie
"rzeźba na rocznicę ślubu"…
Tadam;)
A ja daję się nabrać w rocznice tylko na kolacje i kwiatki, myślałby kto;)) Następnym razem P. się nie wykręci i rzeźby sobie zażyczę, a co?:)
„Jedz, módl się, kochaj.” Elizabeth Gilberet.
I jeden z najfajniejszych podtytułów, jakie znam, "czyli jak pewna kobieta wybrała się do Italii, Indii i Indonezji w poszukiwaniu wszystkiego".
Tak w ogóle, to wyrazy uznania dla tłumaczki, Marty Jabłońskiej-Majchrzak, bo według mnie spisała się świetnie. Książkę przetłumaczyła bez (według mnie, oczywiście, bo oryginału nie czytałam) potknięć i oddała jej klimat.
I to była lektura, która doskonale wpasowała się w moje ostatnie nastroje…czegoś takiego właśnie było mi ostatnio potrzeba…
Nie, jak pisałam we wpisie pierwszym o lekturze, nie jest to książka najambitniejsza, jaką czytałam, ale szczerze? W ogóle mnie to nie zmartwiło;) Może nie najambitniejsza i nie odkrywała przede mną nie wiedzieć, jakich mądrości, za to stanowiła jedną z najprzyjemniejszych lektur, jakie ostatnio miałam w rękach. Niestety, mimo ciepła bijącego z takich książek, jak pisałam bajek dla dorosłych, jak chociażby "Błogosławieni, którzy robią ser", wyczuwam w nich jakiś rodzaj fałszu…? Jest to jednak fikcja i nie przemawia dla mnie. Bo odbieram ją właśnie w kategorii bajek.
Za to wszelakie książki, o czym już pisałam, o ludziach, którzy biorą swój los w swoje ręce i w ten czy inny sposób zmieniając swoje życie (czy to wynosząc się do kraju, w którym zawsze chcieli mieszkać czy to zakładając winnicę, czy to w końcu dając sobie szansę na wysłuchanie wewnętrznego ja i jego potrzeb, być może pierwszy raz w życiu) stanowią dla mnie wielką przyjemność. Tak, lubię czytać o ludziach, którym udaje się coś zmienić na lepsze, bo to mnie krzepi i stanowi zawsze nadzieję, że jeśli innym się udaje, to dlaczego nie miało by się udać i mnie samej.
I taka jest właśnie książka "Jedz, módl się, kochaj", nie jest to żaden poradnik, jak w 24 godziny zmienić swoje życie, ale coś w rodzaju dziennika podróży kobiety, która po trzydziestce odkryła, że dusi się w ramach, w które sama się wtłoczyła a także poniekąd została wepchnięta za sprawą oczekiwań społecznych. Któż bowiem nie spodziewa się, że kobieta w jej wieku nie będzie pragnęła mieć domek na przedmieściu, spokojny żywot obok kochanego męża i gromadkę dzieciąt dookoła? No więc dnia pewnego , chociaż wiadomo, że to nie staje się ot, z dnia na dzień, a narasta, ale ta świadomość przychodzi do człowieka nagle, Elizabeth odkrywa, że nie, ona nie odnajduje się w roli żony tego człowieka i matki jego dzieci.
I pozwala sobie raz wreszcie na rozpieszczenie samej siebie. Nie daje stłumić w sobie tych pragnień, które w niej narastają, nie daje stłumić tego wołania o zmianę, wolność w jakimś sensie i rozpoczyna trudny i powodujący silną depresję rozwód.
Po rozwodzie Elizabeth postanawia zostawić wszystko to, co do tej pory ją tłamsiło i dać sobie samej rok. Rok zdrowego egoizmu. Rok, podczas którego nikt nie będzie ważniejszy dla niej samej, niż…ona sama. Nie będzie wkręcać się w kolejne nieudane relacje z mężczyznami, uda się w roczną podróż, a jej celem będą trzy kraje (i na trzy części podzielona jest książka) Italia, Indie i Indonezja.
Celowo użyłam nazwy Italia, bowiem nasze polskie Włochy zaburzają trochę Ideę I:) w nazwach.
Tak czy siak, realizując zamierzenia i plany z tytułu, Elizabeth udaje się do Italii, gdzie oddaje się rozkoszom podniebienia (ach te pasty, ach te lody;) i nauce języka, o którym marzyła zawsze, aby umieć nim mówić, czyli włoskiego, następnie do Indii, gdzie chce dać sobie szansę na ukojenie ducha i utwierdzenie się w swoich duchowych planach i zamierzeniach, a następnie, jako dopełnienie wszystkiego, spędza kolejne parę miesięcy na Bali, w Indonezji, gdzie początkowo nieufna co do miłości, w końcu zacznie kochać.
Jak wspomniałam, to nie jest książka super ambitna itd, za to jest jak cudowny przyjaciel, który jest przy człowieku, kiedy ten potrzebuje się wygadać i w danej chwili usłyszeć, że "tak, wszystko się poukłada i wszystko będzie dobrze". Nie zawsze jest nam dane mieć kogoś takiego przy sobie, prawda?
Nie wiem, jak to jest, ale już pierwsze strony tej książki wprowadziły mnie w nastrój pogodny i ciepły, i naprawdę cała książka potraktowana jako terapia, zdała egzamin. Oczywiście ,nie jest tak, że zniknęły nagle wszystkie problemy, którymi się zamartwiam, ale poczułam się na tyle dobrze, że powróciła mi wiara, że sporą część z nich uda mi się pokonać i zwalczyć. A to już pierwszy krok do mojej własnej podróży. Niekoniecznie do tych krajów i niekoniecznie z tym samym wezwaniem, ale czy o to chodzi, aby naśladować w stu procentach??:)
byłam już w Italii, teraz…
…jestem w Indiach, a Indonezja na mnie czeka;) To oczywiście podróż jak najbardziej literacka, ale za to jaka udana i miła!
jest czytać książkę i widzieć dane miejsca. Widzieć je nie tylko oczami
wyobraźni, ale sięgać do własnej pamięci i widzieć je na
nowo.
chciałam oznajmić, że się "złamałam";) Tak, jak nie sięgam z reguły po tak zwane
bestsellery (zawsze wietrzę podstęp w tym, co serwują nam w promocjach a to
wydawcy a to firmy marketingowe generalnie), tak tym razem się "złamałam". Nie
przeczę, że do owej decyzji dojrzałam po przeczytaniu dobrych opinii o książce u
Judytty a potem u Padmy. No, pomyślałam sobie, musi być OK. Ostatnio mój nastrój
okazał się tak nieciekawy, że postanowiłam sprawić sobie przyjemność pod
postacią tej książki. No i nabyłam. Pewnie zastanawiacie się, o czym piszę.
Zdradzam więc sekret, jest to "Jedz, módl się, kochaj" Elizabeth Gilbert, którą
to nabyłam w celach nazwijmy to terapeutycznych, bo mających mi nastrój poprawić
i co się okazuje, to zaczyna działać;) Nie ma to bowiem, jak książka o kimś, kto
postanowił zmienić coś w swoim zyciu, nie stać w miejscu, kiedy czuł, że
wszystko wymyka mu się spod kontroli i postanowił, wbrew temu, czego uczą nas w
dzieciństwie i młodości, zacząć żyć trochę bardziej dla siebie, stosując zdrowy
egoizm. No więc ta książka taka właśnie jest.
bohaterką we Włochach, Rzymie, szkoda, że tak krótko. Rozpoznawałam wszystkie
miejsca, jakie odwiedzała, ale najbardziej urzekło mnie jedno. Lodziarnia, którą
polecono jej w Rzymie okazała się tą lodziarnią, w której i my rozkoszowaliśmy
się lodami i rozpieszczaliśmy nasze podniebienia. A mowa o "Il Gelato di San
Crispino". Jak to wczoraj przeczytałam, to prawie podskoczyłam ze zdziwienia.
Jak to miło jest przeczytać w książce o miejscu, w którym się było, które się
odwiedzało, i mało tego, o którym można napisać dokładnie to samo, co Elizabeth,
czyli…tak, tam są chyba jedne z najlepszych lodów, jakie jedliśmy. Owszem,
zachwycałam się lodami w Austrii i Monachium, dalej uważam, że są przepyszne,
ale te w tym właśnie miejscu w Rzymie zdecydowanie im nie ustępują! Jeśli więc
kiedyś traficie do Rzymu, to z czystym sumieniem mogę Wam polecić owo miejsce,
nie są to zmarnowane pieniądze, a Wasze kubki smakowe będą Wam naprawdę
wdzięczne. Znajduje się na między innymi na Via Panetteria 42 (na ich stronie
zauważyłam, że w Rzymie są jeszcze w kilku innych miejscach, my nawiedzaliśmy
to:). Naprawdę miejsce absolutnie konieczne do odwiedzenia, jeśli jest się w
Wiecznym Mieście…Smacznego;))
listonosza wypatrywać…
we śnie, przesyłki otrzymasz.
Pocztówki. I to aż trzy:)
Pierwsza z ukochanej Grecji, od Latającej_Pyzy, pisana na wyspie Naxos…Na obrazku zdjęcie wąziutkiej uliczki gdzieś w greckiej wioseczce, białe ściany domów, błękitne okiennice, bugenwilla pyszniąca się na ścianie, a z uliczki wychodzi grecka staruszeczka…chyba kafeneion w jednym z domów, bo na pierwszym tle dwa błękitne stoliczki…od razu zrobiło mi się cieplej w sercu jak ją sobie oglądam i czytam serdeczne słowa pozdrowienia na odwrocie.
Druga od przyjaciela, który ciągle spędza wakacje w Chicago. I tym razem widok na wieżowce, tym razem od strony Jeziora Michigan. Majestatycznie to wygląda i nie ukrywam, robi wrażenie!
Trzecia z Hiszpanii od Malej_mi i jej familii. Z Madrytu, miasta, które za mną "chodzi", odkąd tak polubiłam filmy Pedro Almodovara. Widać na pocztówce cztery ujęcia z Rastro. Nie wiedziałam, co to jest, ale od czego wikipedia?:) Znalazłam informację, że jest to najpopularniejszy na wolnym powietrzu pchli market w Madrycie. Przyznaję, że nie otrzymałam jeszcze dotąd pocztówki z takim oryginalnym widokiem! Na jednym ujęciu widać taki tłum, że zastanawiam się, jak tam w ogóle może dochodzić do transakcji. Ja nie umiałabym się skupić na oglądaniu towarów, tylko trzymałabym się za kieszeń, wiadomo bowiem, że takie miejsca, to raj dla kieszonkowców.
Za pamięć, serdeczne pozdrowienia i pocztówkl dziękuję!
problemy z…
…pocztą przekładają się już na moje sny. W ogóle, to sny mnie ostatnio znowu męczą;( sobotnia noc pełni, to już w ogóle, porażka. Znowu pojawiły się sny symboliczne, a także mój "najukochańszy" z cyklu męczących, czyli "jestem przed maturą"…A dzisiaj śniło mi się, że stałam w oknie i wypatrywałam listonoszy, którzy raczyli się pofatygować do nas z przesyłkami. Ciekawe, czy to zapowiedź, że coś do mnie dojdzie, czy że raczej myślę ogólnie o przesyłkach, bo wysłałam teraz trzy do znajomych w Polsce i za granicą i zastanawiam się, kiedy do nich dotrą…
„Ostatnia podróż „Valentiny”. Santa Montefiore.
Judytta wysyłając mi tę książkę wspominała , że klimatem przypomina jej
ona "Wyspę" Hislop i myślę, że po części miała rację. A to ze względu
na fakt, że akcja dzieje się częściowo w Anglii czasów lat
siedemdziesiątych, ale i w małej wioseczce we Włoszech, w latach wojny i
tuż po niej.
Poznajemy Albę, wyjątkowo niesympatyczną dwudziestosześciolatkę
(niestety, nie polubiłam bohaterki ani na początku książki, ani nawet
potem, kiedy przeszła swoistego rodzaju przemianę). Kobietę, która jest
kobietą, a zachowuje się, jak rozkapryszone dziecko, które z racji
wyimaginowanych nieszczęść rząda od ojca wsparcia materialnego. Z
rodziną Alba nie żyje dobrze, nie ma dobrych układów ani z ojcem, ani z
macochą, którą zna praktycznie od zawsze, jej matka bowiem zginęła w
wypadku samochodowym, kiedy Alba miała zaledwie parę miesięcy.
Od całego świata Alba oczekuje wielkego zainteresowania i skupiania wciąż uwagi na niej właśnie.
Alba wie, że jej matką była Włoszka, którą poznał i poślubił ojciec tuż
po wojnie, jednak szczerze mówiąc, to wszystko, co wie o swojej
przeszłości. Dręczona niewiedzą postanawia to zmienić i najpierw
wyrusza do ojcowskiej posiadłości wraz ze znajomym, z którym odgrywają
rolę zakochanej pary, a potem decyduje się na wyjazd do Włoch, aby
odnaleźć żyjącą jeszcze swoją włoską część rodziny. Tam odkrywa
zupełnie inny obraz tego, co do tej pory tak pieczołowicie sobie
składała w wyobraźni i wyobrażała.
Napiszę tak, "Ostatnia podróż "Valentiny", to dobre czytadło, jednak
trochę się na nim zawiodłam. Spodziewałam się czegoś chyba aż tak
dobrego, jak tej samej autorki "Jaskółka i koliber", a tu czegoś mi
zabrakło. Jakby książka nie do końca chciała wciągnąć mnie swoją
intrygą…A może mój nastrój w danej chwili nie był ku temu odpowiedni,
nie wiem.Na pewno jednak czyta się ją dobrze, w sam raz na wakacyjny
weekend. Miłośnikom książek z akcją dziejącą się w innych, niż jedno
miejscach, sięgających mackami czasów sprzed kilkudziesięciu lat i
lubiących odkrywanie rodzinnych tajemnic mogę ją śmiało polecić.
