muzycznie, dzięki uprzejmości Spacerka, mogę się ostatnio wsłuchiwać w piosenki Duffy. Już chyba wszyscy przede mną ją słyszeli, ja, jak się okazuje, też, ale nie wiedziałam, że to, co leci w radio i mi się podoba, to właśnie ta pani śpiewa. Jej płyta bardzo mi podpasowała, jest w sam raz na letnie dni i wieczory.
Miłego słuchania…
„Trzepot skrzydeł”. Katarzyna Grochola.
Panie i panowie zdradzam sekret, czytuję Grocholę. Wiem, że dla niektórych to powód do wstydu, ja nijakiej traumy nie mam i przyznaję się bez problemu. Dawno temu, kiedy jej książki zaczęły być popularne, ja się przed nimi broniłam. Uznałam, że jak nagłośnione i na listach bestsellerów, to z góry złe. Dopóki nie wylądowaliśmy na Mazurach w pewien przedziwnie długi i okrutnie deszczowy lipiec, kiedy w mikołajskiej księgarni na jej książkę się natknęłam, kupiłam, i pochłonęłam wtedy. Tak, przyznaję się, nie raz nie dwa obśmiałam się wtedy i to było to, czego było mi wtedy brak.
Ale, do dzieła. Właśnie tego typu czytadła są właśnie takimi, o których wspominałam w poprzednim wpisie. Czyta się lekko, kończy się dobrze, ale po drodze jest sympatycznie, z poczuciem humoru i jakoś się od razu nastrój poprawia.
Na półce od zeszłego roku albo i dłużej czeka na mnie jej "Osobowość ćmy", za to teraz postanowiłam sięgnąć po coś jej innego a mianowicie po "Trzepot skrzydeł".
No i …przepadłam. Fakt, że książka jest niewielka objętościowa pomogła, a poza tym, nie mogłam się oderwać! A na koniec spłakałam się…
Powiem tak, jest to zupełnie inna książka, niż ktoś przeciętny o książce Grocholi mógłby pomyśleć (szczególnie lekceważący jej książki przeciwnicy z cyklu moi ulubieńcy, czyli ci, którzy w ogóle nic jej nie czytali, ale kochają krytykować:). O tematyce, że nie będzie łatwa, domyślałam się, bo trochę wcześniej o niej słyszałam. Za to, że będzie aż tak dobra, tego się nie spodziewałam i spodziewałam się czegoś innego. Jak napisałam na Forum Książki, trochę bałam się zbytniej egzaltacji i epatowania okrucieństwem, tymczasem tu , w tej książce, problem przemocy domowej jest przedstawiony w niezwykły sposób. W formie listu, "spowiedzi życia", jak ja to nazwałam, do Kogoś Ważnego.
Tak, przemocy w domu, bowiem o tym traktuje ta jakże inna od tych, do których przyzwyczaiła mnie autorka, książka.
Trochę dumam, czy to nie jest na zasadzie tych kampanii społecznych nie wiedzieć do kogo adresowanych, typu "tatusiu, zwolnij!" albo "nie skacz na główkę do nieznanej wody", co to wiadomo, że ten, kto ma ciężką nogę i tak sobie nic z tego nie robi, a nastolatek chcący się popisać przed podpitymi kolesiami i opalonymi laskami w bikini i tak nie pomyśli, gdzie skacze. Ale myślę, że trochę jednak to ma sens.
Być może nie ostrzegawczy. Przecież oprawcy rodzinni, ci, co biją, katują i poniżają, nie pochodzą tylko z patologii. Często są to ludzie z dyplomami, świetnym wykształceniem, do nas uśmiechający się i mówiący cichym, spokojnym głosem. Taki miły, wykształcony człowiek, patrz, z poczuciem humoru, opiekuńczy mąż, mówią inni.
A w domu potwory. I wciąż i wciąż kobiety się na to nabierają. No bo skąd mają wiedzieć?
Może coś je ostrzega, ale gdzieś w głębi?
I kiedy słyszą na samym początku "Nigdy cię nie skrzywdzę" nie zapala im się w głowie światełko ostrzegawcze.
Myślę, że "Trzepot skrzydeł" ma cichutką nadzieję na to, że może da siłę chociaż paru kobietom, których sytuacja, jeśli nie adekwatna, to może zmierzająca ku takiej, na rozłożenie skrzydeł. Owych tytułowych skrzydeł, których początkowy trzepot da jednak siłę na ich rozłożenie, na uniesienie się w górę i ucieczkę z koszmaru.
Mam nadzieję, że tak to właśnie może chociaż na jedną kobietę podziała. I już będzie lepiej.
o złych książkach…
…lub takich, które z tych czy innych przyczyn mnie nie zachwyciły nie piszę na blogu. Szczerze? Szkoda mi czasu na wypisywanie się na temat czegoś, co mnie zirytowało czy wynudziło.
Natomiast obiecałam Wildrose , że dam znać, jak mi poszła lektura "Lato w Toskanii" Adler i nie, nie poszła mi. To znaczy inaczej. Przeczytałam, ale nie była to ciekawa książka. Tak potwornie przewidywalna od samego początku, że aż żal. Nawet zakończenie, chociażby odrobinę nie przyniosło zakończenia. Nie, nie, nie, nie podobała mi się. Toż ja bym mogła taką napisać, tylko dziwnym trafem jestem pewna, że nikt by mi jej nie przyjął do druku.
Ja rozumiem, że to miało być czytadło, ale czytałam o wiele wiele więcej o wiele wiele lepszych czytadeł. Może chodziło o Toskanię w tle. Że niby teraz takie popularne są książki z akcją a to w Toskanii a to w Prowansji a to w Bretanii a to gdzieś tam jeszcze. Być może o to w niej poszło. Ale ona nie byłaby chyba ciekawa nawet dla najbardziej zagorzałych miłośniczek Harlekinów.
Tak więc nie, nie polecam, jak dla mnie szkoda czasu, a zmęczyłam, coby móc się pastwić w spokojności, bo jak mnie znacie, to wiecie, że czego nie lubię, to jak ktoś czegoś nie zna (kraju, filmu, książki) a wypowiada się na jego temat…Jak dla mnie trzeba coś poznać, a dopiero potem można sobie używać w krytyce do woli.
Co teraz będę czytać?
Jeszcze nie wiem. Na szczęście półka z książkami do przeczytania pusta nie stoi, ale jeszcze się nie zdecydowałam.
a nastrój…
…taki, jak za oknem, raczej niże, niż wyże…bywa i tak. I jeszcze ta świadomość, że czasem zwykła płyta DVD ma dłuższe życie, niż znajomość z osobą , od której się ją dostało…
„Jedwabna opowieść”. Reż. Eleonore Faucher.
A jednak! A jednak można stworzyć film, który mimo, że nie będzie o życiu jak po maśle, nieść będzie ze sobą zdecydowanie optymizm i nadzieję, że może być lepiej. Brzmi naiwnie? Może, jednak zdecydowanie potrzebowałam czegoś w tym stylu.
Panie i Panowie, z całą odpowiedzialnością mogę polecić tym, którzy nie widzieli film "Jedwabna opowieść".
Oto wkraczająca dopiero w dorosłość Claire, która owo wkraczanie mocno na serio zaczyna, bowiem jest w szóstym miesiącu zdecydowanie niechcianej ciąży z żonatym kolegą z pracy w supermarkecie. Claire mieszka gdzieś na prowincji francuskiej (mam wrażenie, że w okolicach Lyonu). Prowincja jawi się nieciekawie, tym bardziej, że akcja zaczyna się jesienią, kiedy pola kapusty i okoliczne rejony bardziej się szarzą i w mroku jawią, aniżeli rozświetlone są słońcem. Co potęguje nastrój przygnębienia głównej bohaterki, która ma tak nieciekawe układy z własną rodziną, że nawet rodzice o ciąży bohaterki nic nie wiedzą.
I oto Claire, której ambicją nie jest wieczne pracowanie na kasie w supermarkecie, zostaje szczęśliwym zrządzeniem losu zatrudniona przez panią Melikian. Kobietę, która dopiero co przeżyła własną osobistą tragedię, która zatrzęsła jej światem i zmieniła go nieodwracalnie.
Claire, jak się okazuje, jest utalentowana. Gdyby nie fakt, że zapewne nie stać ją na studia, powinna studiować na którejś z uczelni artystycznych. Teraz jednak zatrudnia się u pani Melikian, która współpracuje z wielkimi francuskimi kreatorami mody.
Te dwie kobiety z czasem zaczną się poznawać. Poznają siebie, swoje sekrety, jak i najbardziej dręczące je smutki. W jakiś niezwykły sposób to spotkanie stanie się dla nich szansą na wzajemną sobie pomoc. Przede wszystkim wsparcie psychiczne, którego obie te kobiety, które do tej pory różniło tak wiele, potrzebowały. Jak się okazuje, w poczuciu nieszczęścia i osamotnienia, więcej może złączyć i można dać sobie szansę na pomoc. Nie należy odtrącać wyciągniętej przez kogoś pomocnej ręki.
Film mimo szarej aury i klimatu przygnębienia, który miał pogłębiać nastrój kobiet, kończy się w optymistyczny sposób. Niesie nadzieję, że następny czas okaże się dla nich obu łaskawszy i że po najgorszych nawet smutkach moga przyjść szczęśliwsze dni.
Tak, tego typu filmy lubię i cieszę się, że nie jest tak, jak ostatnio stwierdziłam, że to, co dobre musi być smutne i bez nadziei na poprawę. Bo na szczęście, tak nie jest.
Film znalazłam kilka razy i podchodziłam do niego jak pies do jeża. Natrafiałam na niego w Empiku i odkładałam go na półkę, aż w końcu się zdecydowałam go nabyć i wiem, że inwestując niewielkie jak na tak dobre kino pieniądze, sprawiłam sobie ucztę dla oka i pociechę dla ducha. A to jest zdecydowanie bezcenne.
Cóż, tym, którzy filmu nie widzieli-polecam!
„Pomaluj to na czarno”. Janet Fitch.
"Pomaluj to na czarno" to książka, o której nie jest łatwo pisać. Jak o większości książek, które określiłabym jako "psychologiczne"…
"Pomaluj to na czarno" to takie mocne wywleknięcie z siebie emocji, aż do granic. Dość powiedzieć, że tę książkę przeżywałam, jak żadną dotąd ostatnio. W pewnej chwili miałam nawet ochotę ją odłożyć. Ale była zbyt dobra, bym mogła jej to zrobić. Skończyłam więc i nie żałuję, jednak znowu dumam, jak to jest, że dobre książki MUSZĄ być SMUTNE i PRZYGNĘBIAJĄCE. Nie da się inaczej??
Tak, ta książka bowiem jest POTWORNIE przygnębiająca i dołująca. I nie czytaj jej, jeśli jesteś w smutku, czy w kiepskim nastroju. Ona cię bowiem nie wesprze, nie sprawi, że uwierzysz w to, że świat może być dobry i oddawać z nawiązką dobro za to, jakie my w niego wkładamy.
Już w swojej poprzedniej książce "Biały Oleander" autorka zrujnowała skutecznie mit Ameryki jako kraju mlekiem i miodem płynącego. Nic z tych rzeczy. To kraj, który ma swoje wielkie problemy społeczne, który nie radzi sobie na przykład z instytucją "rodziny zastępczej". Owszem, pewnie nie we wszystkich takich rodzinach jest źle, ale sądzę, że w sporej większości z nich dzieje się tak źle, jak przedstawiła to wówczas Fitch.
W "Pomaluj to na czarno" Fitch nie poprawia wizerunku Ameryki. Wręcz ukazuje ją w świetle jeszcze bardziej przygnębiającym. Parafrazując tytuł filmu, który ostatnio taką furorę na rozdaniu Oscarów zrobił, "to nie jest kraj dla biednych ludzi". Kiedy nie masz zamożnych rodziców, którzy wspomagają twój rozwój na każdym kroku, kiedy nie mieszkasz w pięknym domu z basenem i kiedy nie jesteś "ą" i "ę" , jesteś tam nikim. Autorka w paru miejscach wyraźnie ukazuje, jak bardzo są tam "równi i równiejsci". Żeby oddać sprawiedliwość Ameryce, wiem, zdaję sobie sprawę z tego, że tak samo jest niestety w Polsce. I u nas jest tak, że słowo przeciwko słowu nigdy nie wygra, jeśli to słowo nie poparte jest pokaźnym kontem , świetną pozycją społeczną i materialnym dobrem.
Ale , wracając do akcji książki. Jest to nic innego, jak studium "przerażająco obecnej nieobecności". Oto młody człowiek, pochodzący z tak zwanego świetnego domu, w ramach zapewne młodzieńczego buntu , wiąże się z dziewczyną z prowincji, niewykształconą, dość prostą, dwudziestoletnią Josie.
Panu coś się pozajączkowało i w chwilowym kaprysie postanowił pobawić się w odtowrzenie "Pigmaliona". Tak, ironizuję, bowiem mimo, że wszystko to, co o nim wiemy, dowiadujemy się z ust innych, to nie wzbudził on mojej sympatii. Miałam nieustanne wrażenie, że mimo, że ów chłopak mimo, że usiłował grać szarego zwykłego człowieka, potrafił być jeszcze bardziej obłudny w swojej chęci ucieczki od poprzedniego życia, niż mogłoby się wydawać. I jestem pewna, że gdyby nie to, co zrobił, wróciłby szybko do swojego domu z basenem, lekcji tenisa i wakacji w Europie.
Ale nie zdążył. Bowiem pojechał do obskurnego motelu gdzieś na pustyni i się zastrzelił.
Zostawiając na świecie Josie, której w tej chwili zawalił się całkowicie świat. Ale , jak się okazuje, nie tylko jej. Jest jeszcze matka Michaela, niejaka Meredith, niedoszła teściowa Josie. Meredith, która jawi się od początku jako ta zła wiedźma, która nienawidzi Josie z całego serca. To ona rzuca się na młodą dziewczynę na pogrzebie, i niemal ją dusi krzycząc, że to niesprawiedliwe, że Josie żyje a jej syn nie.
I ona zostaje jednak na świecie tak naprawdę sama. Ze swoim bólem po stracie syna, którego, jak się okazuje, też nie znała do końca.
Ta myśl przewija się przez karty książki wciąż i wciąż. Że, niestety, chociażby nam się tak zdawało, nie znamy do końca osób nam nawet najbliższych. Że kryć się w nich może zawsze jakaś straszna tajemnica, jakiś sekret, który pewnego dnia wybuchnie i poczyni nieodwracalne straty.
I tak oto Michael pozostawia na świecie dwie najbliższe mu dotąd osoby, które nie są w stanie pogodzić się z jego odejściem, a które po jego śmierci decydują się podjąć niebezpieczną i ryzykowną grę ze sobą, aby być może w taki przedziwny sposób przeżyć jakoś żałobę po nim. Bowiem na kartach książki wciąż on jest obecny a raczej odczuwamy dojmująco jego nieobecność….poznając go przez pryzmat wspomnień i odczuć owych dwóch kobiet.
Jak pisałam, książka jest bardzo dołująca, i przygnębiająca. Nie powiem, że czyta się ją lekko, łatwo i przyjemnie, bo tak nie jest. Niemniej jednak to bardzo dobra książka, którą uważam, że warto przeczytać.
Po raz kolejny, po "Białym Oleandrze" Janet Fitch podejmuje temat matki niszczycielki, matki destrukcyjnie oddziałującej na życie dziecka. Ciekawi mnie, czym to jest powodowane, czy jakieś osobiste przeżycia samej autorki, czy obserwacja życia? Dość, że w swoich książkach zrywa ona z mitem matki, która jest gotowa oddać wszystko za cenę szczęścia dziecka, a liczy się tylko ze szczęściem swoim własnym.
Podsumowując, książka dobra, aczkolwiek nielekka, więc Wy decydujecie, czy macie ochotę w danej chwili po coś takiego sięgnąć.
UPDATE:
dla zainteresowanych tym, co pisałam kiedyś o jej innej książce "Biały Oleander", mój ówczesny na jej temat wpis:
http://chiara76.blox.pl/2006/07/Bialy-Oleander-Janet-Fitch.html
„Królowa”. Reż. Stephen Frears.
Faktycznie, kolekcja filmowa "Vivy!" jak na razie nie zawiodła. Już drugi film, który naprawdę z przyjemnością obejrzałam.
"Królowa" z Oskarową rolą Helen Mirren rozpoczyna się od chwili, w której rodzina królewska i świat dowiadują się o śmierci księżnej Diany. "Królowej ludzkich serc", jak do dziś o niej lubią niektórzy mawiać.
Akcja filmu obejmuje praktycznie jeden tydzień, właśnie od chwili śmierci Diany do dnia jej pogrzebu. Wydawało by się, to niewiele. A jednak ten przedstawiony tydzień przedstawia nam postać angielskiej królowej w innym świetle, niż do tej pory. Czyli, nie tylko w świetle fleszy z nienaganną fryzurą i zawsze poprawnym delikatnym uśmiechem na twarzy (lub nie), a po prostu zwykłą kobietę, czasem złą, czasem znudzoną, czasem w stroju jak najbardziej domowym, czyli w szlafroku bardziej przypominającym dość nieładną podomkę, kiedy ogląda telewizję.
Żonę, matkę, babkę, byłą teściową kogoś, z kim się nie żyło w dobrych stosunkach. Ale właśnie, kobietę. Kobietę, którą targają rozmaite sprzeczności. Z jednej strony ma ona ochotę czasem na kogoś nakrzyczeć czy zakląć a z drugiej strony wtłoczona jest w imadła konwenansów. Elżbieta, która nie wiem, czy wiecie, ale w czasie wojny odbyła służbę wojskową, miała stopień podporucznika, a podobno do dziś dnia jej pasją są auta (gdzieś to wyczytałam) została ukazana w tym filmie w innym świetle, niż się ją na co dzień widzi. Oderwano trochę posągowej maski a ukazano człowieka, którego o dziwo, zaczynamy właśnie rozumieć czy być może lubić.
Myślę, że świetne było zestawienie dwóch postaw i reakcji wobec śmierci księżnej Diany. Reakcji dworu i królowej Elżbiety II i świeżo powołanego na stanowisko premiera Wielkiej Brytanii, Tony’ego Blair’a.
Film pokazuje nam to, co wtedy się działo na dworze. Podczas, kiedy bulwarówki rozpisywały się na temat braku serca u monarchii, która nie chciała początkowo opuścić flagi na znak żałoby po śmierci Diany, królową targa niepokój. Wszak nie rozumie, o co tyle zamieszania. Konwenanse, to konwenanse, flagi nie chce opuścić, bo Diana umierając, nie należy już do rodziny królewskiej. Jak można zmieniać coś, co od wieków robiło się tak a nie inaczej? Mimo wszystko, na sam koniec, co znamy z wydarzeń, które miały miejsce 11 lat temu, ulega naciskom premiera i sugestiom, aby jednak "być z ludem", pokazać mu swoją cieplejszą stronę. Twarz człowieka.
Film ten jest niezwykły z innego jeszcze punktu widzenia. Oto reżyser pokazał nam osoby, które na ogół widujemy nienagannie ubrane i niemal wyreżyserowane do granic, w innym zupełnie ujęciu. Jakby to powiedzieć "od kuchni", od tej drugiej, człowieczej a nie monarchistycznej strony.
Pamiętam naszą wyprawę na Maltę, do "szczęśliwego domu", jak nazywaliśmy palazzo, którego właściciele pozwalają go zwiedzać (ciekawy sposób na podreperowanie rodzinnego budżetu;). Ci arytokraci do dziś dnia przechowują z pietyzmem zaproszenie dla ich rodziny na uroczystość koronacji Elżbiety II i są dumni z tego, że członkowie ich rodziny mogli wtedy brać udział w takiej uroczystości.
Jakby nie było, widzieli koronację jednej z najbardziej rozpoznawalnych i znanych osób współczesnego świata.
Po obejrzeniu tego filmu zupełnie innym okiem patrzę teraz na Elżbietę. Myślę, że nawet jakaś moja część ją polubiła. W końcu, jesteśmy tylko człowiekiem, i jak się okazuje, nawet ta posągowa postać popełnia zwykłe, człowiecze błędy, a to zawsze pokrzepia nas, zwykłych ludzi;)
Film podobał mi się i tym, którzy nie widzieli -polecam.
„W imię miłości”. Jodi Picoult.
Czyli książka sponsorowana przez hasło "do czego zdolna jest matka w imię miłości do swojego dziecka".
I UWAGA, być może trochę coś zdradzę z akcji, chociaż będę się starać jak najmniej, ale jeśli ktoś chce czytać zupełnie jak "białą kartę", polecam nie zaglądać do recenzji.
Co prawda dzieci nie mam, ale dobrze pamiętam, jak kiedy byłam mała i na przykład chorowałam i źle się czułam, Mama powtarzała mi, że gdyby mogła, to chciałaby wziąć na siebie moją chorobę czy ból…….taka jest miłość matek. Mocna, niezłomna, silna, ale i…nieprzewidywalna dla nikogo.Zresztą, wizytujące mnie matki z pewnością same o tym dobrze wiedzą, więc i nie muszę tego podkreślać. A te, które się nimi staną wkrótce (ukłon w stronę Malej_mi i Kakuni, która to już tuż tuż) , same się będą mogły o tym przekonać.
Ale po tych dywagacjach natury filozoficznej powróćmy do samej książki.
Po raz kolejny podkreślę, za co lubię książki Jodi Picoult. A za to, że kobieta lubi w nich podejmować tematy trudne. Niekoniecznie popularne czy poprawne politycznie. Nie daje tradycyjnych rozwiązań, czy odpowiedzi. Mało tego, tak prowadzi akcję swoich książek, że uświadamia nam jedno. Jakiekolwiek dziwne czy początkowo absurdalne lub może gorszące, wydawało by nam się postępowanie bohatera to z tych, czy innych przyczyn w pewnej chwili zdajemy sobie sprawę, że kto wie, czy dokładnie tak samo moglibyśmy postąpić. Picoult bowiem pokazuje to, co ja sama często twierdzę, w życiu (och, jakie to łatwe i przyjemne by było) nie ma tylko czerni i bieli. Są jeszcze rozmaite czasem najbardziej subtelne odcienie szarości, które to powodują, że początkowe twierdzenie "ja nigdy , ja zawsze" zaczynają brzmieć śmiesznie lub fałszywie w obliczu takich a nie innych wydarzeń czy faktów.
Co drzemie w człowieku jest nie do końca przewidywalne i nie do poznania, dopóki sytuacja mieć miejsca nie będzie, powtarza nam w swoich książkach Picoult i ja się z nią zgadzam. Sama od pewnego czasu wyznaję taką zasadę, że nie twierdzę , jak bym się zachowała w danej sytuacji, bo zwyczajnie nie wiem. Może drzemią we mnie inne siły, instynkty, czy to dobre, czy złe, o których pojęcia zupełnie nie mam i wolałabym się nigdy nie dowiadywać.
No, ale po raz kolejny nieco z tematu zbaczam, a tu o książce miała być mowa.
Nina Frost, zastępca prokuratora zajmuje się w swojej pracy przestępstwami wobec dzieci. Konkretnie, przemocą seksualną. Jej praca nie dość, że nie należy do lekkiej, łatwej i przyjemnej, to w dodatku co i rusz pokazuje Ninie, jak łatwo jest tak poprowadzić postępowanie, że potencjalny sprawca jednych z najbardziej obrzydliwych czynów, uchodzi wolno, a ofiara, czyli bezbronne dziecko, zostaje często na traumą do końca życia, mało tego, nie raz, nie dwa, wraca ponownie na teren działania pedofila, tego sprawcy, który i tak zniszczył jego niewinność i wolność raz na zawsze…..
Nina więc stara się, jak może prowadzić postępowania, aby jak największa ilość sprawców zostało skazanych i osądzonych, mimo to wciąż zdaje sobie sprawę z faktu, jak "marne" są owe kary w stosunku do wagi przestępstwa, jakie owi sprawcy popełniają. Jednak Nina ma przynajmniej nadzieję,że komuś się przydaje i stara się wykonywać swoją pracę jak może najlepiej.
Do czasu. Do czasu, kiedy pewnego dnia jej synek przestaje mówić. A powód jego niemoty okazuje się jak z najbardziej koszmarnego snu pani zastępcy prokuratora. Oto bowiem okazuje się, że jej własny pięcioletni ukochany synek Nathaniel, padł ofiarą molestowania seksualnego.
I w dniu, kiedy Nina i jej mąż dowiadują się o tym pęka ich budowany latami świat i poczucie ulotnego szczęścia, jakie ich rodzinie do tej pory towarzyszyło. Oto stało się coś, czego nie podejrzewali, co nie śniło im się w najgorszych koszmarach. A Nina, z racji zawodu zdaje sobie sprawę jeszcze z czegoś innego. Sam proces może stać się kolejnym koszmarem dla jej ukochanego synka, który i tak doświadczył piekła na ziemi. I to w dodatku ona o niczym pojęcia nie miała!!! Nina wie też jeszcze jedno, przecież tyle lat pracowała przy takich przypadkach. Proces stać się może koszmarem dla dziecka, któremu przyjdzie publicznie opowiadać o najgorszej rzeczy, jaka je dotąd spotkała, a przy odrobinie szczęścia i sprytu obrony, sprawca łatwo się wywinie, natomiast dziecko zostanie z traumą do końca życia i poczuciem, że kiedy walił mu się świat niewinności dzieciństwa, nikt z dorosłych nie był w stanie mu pomóc.
Nina ma więc jedną jasną myśl w głowie. Musi zrobić wszystko, aby nie dopuścić do tego, by Nathaniel przechodził przez kolejne piekło. Już i tak, jako matka, ma wystarczające poczucie winy, że coś jej umknęło,że pracując zawodowo , coś w opiece nad dzieckiem zaniedbała…
Cytat z książki:
"A może zalążek nieprawości drzemie nawet w najszlachetniejszych ludziach (…) i pod wpływem określonych okoliczności kiełkuje i rozkwita. Naturalnie w większości z nas pozostaje uśpiony raz na zawsze. Ale niekiedy trafia na pożywną glebęi wówczas niczym tojeść-rozrasta się tak gwałtownie, że dławi wszelkie racjonalne myśli, zabija zdolność do litości czy współczucia".
Książka mi się bardzo podobała, nie mogłam się od niej oderwać zaciekawiona, jak wszystko się skończy. Mnie się podobała i polecam!
gołąb…
…powoli, bo powoli, ale dostarcza rozmaite przesyłki.
I tak, doszła czas jakiś temu pocztówka autorska od By_babki, znad morza. Ach, zatęskniłam za naszym Bałtykiem…Potem dotarły dwie książki tłumaczone przez blogowiczkę;) Jedna z nich, to porady dotyczące urody, a zawierająca przepisy naturalne, druga traktuje o telepatii. Obie są francuskie.
Dzisiaj za to nastąpił "wysyp". Otrzymałam dwie przesyłki. Jedną od Engi (Enga, jednak doszło!), zawierającą i płytę muzyczną, i zakładkę z Fado;) i magnesik na lodówkę z Portugalii i pocztówki z Portugalii i Austrii, za które pięknie dziękuję. Od Reginy zaś dotarły dwie śliczne zakładki, jedna z Kotem , druga z maską wenecką, onie śliczne i piękna pocztówka;) Tak więc moja liczba zakładek zwiększyła się w ostatnim czasie znacznie;) I bardzo dobrze.
Przydało się dzisiaj na poprawę nastroju…z pewnych tam względów…
Wszystkim Wam za przesyłki wielkie dziękuję mówię!
muzyczna zabawa…z imionami…
…kolekcjonujemy piosenki z imionami.
Na szybko podaję trzy:
1. "Maria, Maria" Carlos Santana…
2. "Josephine" Chris Rea…
3. "Nathalie" Gilbert Becaud…
czekam na Wasze propozycje;)
