coś tam w skrzynce…

…dzisiaj się znalazło. Ale głównie rachunki i takie pisma nie personalne. Listy od znajomych nie dotarły (mam nadzieję, że na razie, że jeszcze dotrą). Co mnie trochę wkurzyło, to zwrot listu do Dublinii, w sumie ok, że dotarł z powrotem, ale nadgorliwość nowego najemncy mieszkania mnie zirytowała. Trudno się mówi. Dublinia już dostała nową kartkę na nowy adres.
Tak, czy siak, wygląda na to, że raz na kiedy przynajmniej coś wrzucą do skrzynki…Ciekawe, kiedy i czy otrzymam listy i przesyłki od dziewczyn.
Idąc na spacer wstąpiliśmy w drodze powrotnej do Empiku, gdzie chciałam się skusić na tę książkę przez dziewczyny ostatnio polecaną, czyli "Błogosławieni, którzy robią ser", ale pan powiedział, że nakład wyczerpany. Dziwne. No nic, spróbuję gdzie indziej. Tak to zawsze jest, jak się coś chce, bo dopiero co mam wrażenie, że tę książkę widziałam dosłownie na każdej półce księgarni wszelakich, a jak się szuka, to nic z tego.

Ups, właśnie zobaczyłam, że i na Merlinie jest to trudno dostępny towar. Znaczy się znowu niefart. No, trudno się mówi…

tematyka…

w radio jakiś czas temu usłyszałam, ale pytanie dotyczyło serialu a mnie natchnęło spytać, jakie macie propozycje, czyli jaka tematyka według Was nie została jak dotąd poruszona w książkach? Niby o wszystkim już było, ale według mnie nie. I tak uważam, że są nowe tematy, których jednak w książkach brak.
Jak Uważacie? O wszystkim już się pisało, czy jednak jest jakiś temat, zagadnienie, o którym jest albo za mało w literaturze współczesnej albo wręcz wcale i mogło by się pojawić?

od Annasza do Kajfasza…

…czyli moje boje z nieukochaną pocztą polską ciąg dalszy.
Tak, jak pisałam, coś nie tak jest z pocztą. Ściśle mówiąc, odnoszę wrażenie, że od paru dni po prostu listonosz nie był w naszym domu.
Jako, że musiałam i tak dzisiaj wybrać się na pocztę, wysyłałam coś za granicę, spytałam po drodze panów z ochrony, którzy bardzo uprzejmie pomogli mi i potwierdzili w zasadzie coś, czego i tak byłam pewna. Ostatni raz listonosz nawiedził dom we wtorek. Potem nie.
Poszłam na pocztę, oddałam list do wysyłki i próbowałam się dowiedzieć, co mam zrobić ,skoro listonosz do nas nie przychodzi a wiem, że są do mnie przesyłki (nie wspomnę o tym, że przecież są jeszcze rachunki itd, która też pewnie dochodzą a raczej właśnie nie dochodzą do nas). Pani jednak nie była chętna pomóc i odesłała mnie na inną pocztę, bo listonosze i tak chodzą właśnie z tej drugiej. Ja nawet to rozumiem, nie rozumiem jednego, czemu ona nie może zadzwonić też na ten urząd i zgłosić to, że listonosze nie przychodzą.
Ale trudno, widać tak to właśnie musi być. Po drodze dotarł do mnie P. i w ramach spaceru poszliśmy na pocztę tę, na którą nas odesłano.
Dotarliśmy i jako, że jeszcze nie było 20.00 udaliśmy się wprost do stanowiska kontrolera. A muszę powiedzieć jedno, to jest poczta całodobowa, więc kłębi się tam zawsze dziki tłum. Kiedy czekaliśmy na kontrolera obserwowałam znerwicowanych ludzi, którzy zawsze się tam nastoją, zanim odbiorą swoje polecone. Zadźwięczał numerek i do okienka spanikowanym kurcgalopkiem jakaś kobieta. A baba w okienku do niej nieprzyjemnym tonem "A co to? Drukują podwójne numerki?" była nieprzyjemna i z łachą stwierdziła, że kobieta wcisnęła nie to, co trzeba, co za tym idzie, ona jej poleconego nie wyda. I kobieta odtruchtała potulnie na swoje miejsce aby ustawić się na nowo w kolejce liczącej ileśdziesiąt pewnie osób. Koszmarna była ta baba z okienka, uosobieniem koszmarnej baby urzędniczki, która wrzeszczy na klienta. Zdziwiłam się w ogóle, że ta obsobaczona kobieta nic się nie odezwała, jakby to na mnie sie babsko wyzłościło, to bym na pewno jej powiedziała, że można być uprzejmiejszym i grzeczniejszym.
No, w międzyczasie do okienka dotarła pani kontroler. Na nasze stwierdzenie, że od trzech dni listonosz nie chodzi, powiedziała, że tak, to prawda. Po czym powiedziała, że to efekt tego, że nie ma listonoszy. Są wolne wakaty i brak pracowników. I że mają albo dzisiaj chodzić na trzy zmiany (nikt nie przyszedł z poczty) albo jutro. Na nasze zapytanie, co zrobić, kiedy nam nie przyniosą do poniedziałku, że przecież gdzieś leży poczta do nas i czeka, powiedziała, że można przyjść i wtedy nam ją znajdą. Tiaaa…ciekawe. Oczywiście najlepiej z samego rana.
Kurczę, zdenerwowałam się tym. Bo to, że listonosz nie chodzi, wiedziałam, bo czekam na trzy przesyłki a ich nie ma, chociaż już dawno powinny być. Natomiast zdenerwowałam się tym stwierdzeniem, że nie ma listonoszy, bo nie wiem, co to dla nas oznacza. Czy będą roznosić pocztę raz w tygodniu? raz na dwa tygodnie?
Bo chyba mają jakiś obowiązek , że muszą chociaż raz na jakiś czas roznieść ? Chociaż mnie już chyba w przypadku poczty polskiej nic nie zdziwi…
W rezultacie i tak wyszliśmy z niczym, bo czuję, że i tak trzeba będzie po własną pocztę iść w tygodniu…

„Ekaterini”. Marija Knezevic.

Wspaniała książka,
która zawojowała moim sercem.
Muszę przyznać, że
po jej przeczytaniu, nabrałam wielkiej ochoty na poznanie książek z tamtego
kręgu geograficzno-kulturowego.
Ściśle mówiąc, z
Bałkanów. Jak dotąd czytałam chyba jedynie książkę przysłaną mi przez Judyttę
jako prezent Urodzinowy, czyli "Czarnobylskie truskawki" Vesny
Goldsworthy.
Czytając teraz
"Ekaterini" popełniłam też jedną refleksję…trochę, troszeczkę odnosiłam
wrażenie, że literatura ta ma coś wspólnego z literaturą latynoamerykańską. Może
poprzez swoją soczystość, a na pewno przez pewną zbieżność, jaką są losy
bohaterow, które wciąż i wciąż są w zawirowaniu historii. Jak wiemy, kocioł
bałkański ciągle targany jest niepokojami i wojnami, a przecież sporo krajów
latynoamerykańskich też targanych jest a to puczami , przewrotami, a to innego
rodzaju kryzysami. Ot, taka refleksja.
 
"Ekaterini"
to snująca się niespiesznie na kartach książki opowieść o trzech pokoleniach
rodziny grecko-serbskiej, a ściśle mówiąc , trzech kobietach, babce, matce i
córce, która książkę pisze. Najważniejszą jednak postacią jest tytułowa
Ekaterini, babka autorki, wokół której toczy się opowieść, i poznajemy życie jej
na przestrzeni wielu, wielu lat, lat pokoju i niepokojów (to częściej), pokoju i
wojen, jakie słynny bałkański kocioł przechodził.
To opowieść, która
zdaje się być snuta w którymś z śródziemnomorskich krajów w zacienionej,
chłodnej kuchni, która to kuchnia z zamkniętymi okiennicami odgradza nas od
upału za oknem i ogłuszającego wrzasku cykad. Gdzie możemy spokojnie wsłuchać
się w płynące słowa ciekawej opowieści…
To opowieść
rodzinna, w której, ku naszemu zdumieniu, odkrywamy tak wiele
analogii.
To opowieść o tym,
jak nie można pozwolić na zapomnienie, jak pamięć jest ważna, jak trzeba
pielęgnować pamięć o bliskich, o naszych bliskich, których już nie ma tu na
ziemi, ale którzy muszą zostać w naszej pamięci i w naszych
opowieściach.
Tak, to opowieść,
która chwyta za serce…Może nie ma tu wielce burzliwej akcji, ale mnie
spodobała się forma jej, właśnie w formie takich wspomnień, opowieści, która ma
na celu nie pozwolenie na zapomnienie tego, co jest najwazniejsze, czyli właśnie
wspomnianej już przeze mnie, pamięci o naszych bliskich.
Zawsze się posiłkuję
przy takich okazjach cudownym powiedzeniem Karola Capka, który kiedyś
stwierdził, że "Z pamięci o bliskich utkana jest nasza własna
tożsamość".
 
A na koniec parę
smakowitych cytatów z samej książki:
 
"To smutne, co
nieuchronnie znaczy-śmieszne, jak mało wiemy o swoich
przodkach".
 
"Czy w ogóle można
się czegokolwiek o sobie dowiedzieć , jeśli o własnym pochodzeniu, tak jak o
całej historii, snujemy domysły na podstawie anegdot?".
 
"Każdy otarł się w
swoim życiu o obraz raju, zazwyczaj bardzo konkretny, coś, co kiedyś przeżyl, a
później dopieścił w pamięci. Tęsknota za idyllą leży w ludzkiej
naturze".
 
"Niebywałe, ile
można się dowiedzieć w kobiecych salonach. Tu się opowiada prawdziwa,
nieprzykrawaną historię".
 
Mnie ta książka
zauroczyła, porwała w swój świat i z przyjemnością polecam ją
innym!

miseczka jagód polanych kefirem…

…nie śmietaną, coby za tłusto nie było;) i już się czuję super…
Dzisiaj siedzę sama, bo Mąż na wyjeździe służbowym. Wracając do domu spotkałam znajomego. On mi się ukłonił, ja go bowiem nie poznałam. Zadumana byłam, bowiem rozważałam czy wstąpić na pocztę i spytać, gdzie do jasnej ciasnej podziewa się listonosz w tym tygodniu. Czy im aby nie zaginął. Zamiast tego spytałam się znajomego (mieszkają w bloku naprzeciwko) czy do nich poczta w tym tygodniu jakakolwiek doszła. Ja bowiem coraz bardziej rozdrażniona jestem faktem, że nic w skrzynce nie ma a tu Monoli mi list wysłała w poniedziałek, Chihiro we wtorek list z płytą a tu ani widu ani słychu po przesyłkach. Mało tego, odniosłam wrażenie, że i w innych skrzynkach pusto.
Ale powiedział,że do nich coś tam dochodzi, znaczy się albo mam niefart kolejny z pp albo nie wiem, co. Może jeszcze dojdzie, chociaż zaczynam się martwić.
Przyszłam do domu i nieopatrznie wsłuchałam się w wiadomości na obu kanałach, których informacje zawsze oglądamy i tak dowiedziałam się, że jeszcze w tym roku z więzienia w Strzelcach Opolskich wyjdzie za dobre sprawowanie jeden z najgroźniejszych pedofiów w Polsce (mordował dziewczynki, o ile dobrze usłyszałam, bo w kuchni w tym momencie byłam), w Londynie boją się napadających na ludzi gangów nożowników mordujących swoje ofiary, PiS obraził się na tvn i spółkę i przestanie u nich bywać , znowu z nożami, tym razem szalony mąż zranił swoją mocno ciężarną żonę , uszkadzając i ją i dziecko , po czym zbiegł i jedyna chyba sezonowo ogórkowa wiadomość, w Berlinie po wczorajszym alarmie bombowym mają atrakcję, urodziły się bowiem bliźnięta nietypowe, jedno o białym drugie i ciemnym kolorze skóry z ojca Niemca a mamy z Ghany bodajże.
Czas chyba przestać włączać wiadomości, jak to mają być wieści sezonu ogórkowego.

coś się z tymi cenami…

…pozajączkowało. Przez tę cholerną książkę "Winnica w Toskanii" (cholerną, bo obudziła we mnie marzenia i pragnienia zmiany, na którą zapewne w obecnej chwili zwyczajnie nas nie stać , a pragnienie pozostało) nic od wczoraj nie robię, tylko łażę po rozmaitych serwisach sprzedaży nieruchomości i oczy mi się robią coraz to większe. Otóż, panie i panowie, niektóre nieruchomości są tańsze, niż te, które nabyć można w Polsce.
Jakiś czas temu na pewnym forum wyczytałam, że młode małżeństwo kupiło sobie dom w Egipcie. Pomyślałam "hoho, nieźle z kasą", a jak tak chodzę po tych serwisach, widzę, że to wcale nie musi oznaczać niemożliwe. Owszem, to dalej kosztuje, tylko jak widzę dom, który można wykorzystać na podnajem na sezon a część na własne wakacje, to przestaję się dziwić, że ludzie zaczynają tak inwestować i coraz więcej osób na taką sprawę się decyduje.
Niedawno na Kabatach chłop sprzedawał ziemię. Kawałeczek. Dosłownie. Chciał prawie milion (zdaje się, że 900 tys , jakoś tak, zadzwoniliśmy z totalnej ciekawości). Jak widzę dom w Niemczech, który praktycznie stanowi dwa niezależne mieszkania, który jest w tej samej cenie, to zaczynam się zastanawiać, co jest grane.
Haha, jakby to Polska była wymarzonym miejscem do życia na całym globie…
Paranoja jakaś z tymi cenami…

ziemia się zatrzęsła…

…wczoraj na Rodos i od razu wytworzył się lekki nastrój paniki. Wczoraj w radiowej Jedynce sporo się o tym mówiło, nawet był głos speca, który stwierdził, że w ostatnim pół roku trzęsień ziemi było tak mniej więcej w Grecji jedno na dwa tygodnie. Oczywiście, uwzględniamy tu te niezauważone przez przeciętnego człowieka.
Podróżując po Grecji już podczas pierwszej wyprawy zorientowałam się, jak bardzo trzęsienia ziemi tam uprzykrzają życie mieszkańcom. Sporo zabytków zniknęło z powierzchni ziemi bezpowrotnie właśnie po takim trzęsieniu ziemi.
Trochę dziwią mnie głosy spanikowanych, jako, że zakładam, że jak się w jakieś miejsce człowiek wybiera, to stara się zorientować przynajmniej minimum na temat danego kraju, do którego się wybiera, ale być może się mylę…
Za to zainteresowało mnie coś innego. Patrząc na statystyki trzęsień ziemi w Grecji wygląda na to, że podczas którejś z naszych jak dotąd siedmiu tam podróży, musieliśmy coś takiego przeżyć, tylko pewnie nawet się nie zorientowaliśmy. Ciekawe…
Swoją drogą, myślę, że nie jest fajnie podczas wymarzonych wakacji przeżyć tsunami czy większe trzęsienie ziemi chociażby…

„Winnica w Toskanii”. Ferenc Mate.

Odważnym jest ten, kto zdobywa się na realizację własnych marzeń (by chiara76:). I szczęśliwym, co za tym idzie.
Raz na jakiś czas uwielbiam poczytać książkę o kimś, kto nie boi się realizować tego, czego pragnie. Kto co prawda, zawsze przy tym wszystkim dysponuje o wiele większą ilością zer na koncie, ale to już inna sprawa.
Tak, czy siak, jestem też miłośniczką książek opowiadających o ludziach, którzy z tych, czy innych przyczyn zmienili swoje miejsce zamieszkania, wynieśli się do zupełnie innego kraju i rozpoczęli inne życie. Stąd moja sympatia do książek Petera Mayle, Frances Mayes, Bodil Malmsten.
Od niedawna doszedł do owej listy Ferenc Mate. Węgier z pochodzenia, który jednak z tego, co się orientuję, większość dorosłego życia spędził na Zachodzie.

Zupełnie przypadkowo w księgarni natknęłam się na jego książkę "Winnica w Toskanii", ale kiedy wzięłam ją do ręki i spojrzałam na okładkę, tak, wtedy przepadłam. Wiedziałam już, że książkę opowiadająca o autorze, który wraz z żoną i małym synem decyduje się na kupno trzynastowiecznego klasztoru wraz z posiadłością, na której decyduje się założyć winnicę, przeczytać będę chciała.

I tak się stało. Od razu uprzedzam, to pewnie jest książka z rodzaju tych, które niektórych mogą znudzić. Bowiem faktycznie jest opowieścią o zagnieżdżaniu się autora na miejscu. Jak się okazuje nie zapoznawaniu się z kulturą bowiem wcześniej już w Toskanii miał dom, ale zagnieżdżaniu się w nowej posiadłości, jej żmudnym remoncie a także o tworzeniu tego, co teraz przynosi mu spore źródło dochodu, winnicy.
Jednak dla pasjonatów poznawania cudzego życia w nowych warunkach, takich, których ekscytują szczęśliwe zakończenia nieoczekiwanych zmian w życiu i nagłych decyzji, które inni usiłują często obrzydzić, to książka w sam raz.
Raz na jakiś czas, jak wspomniałam, lubię poczytać o tym, jak ktoś jednak zdecydował się na wielkie zmiany, które przyniosły mu lepsze życie. Ja jestem zadowolona, że ją przeczytałam.

Na koniec krótki cytat z książki:

"Żeby zostać światowej klasy wytwórcą wina, trzeba najpierw mieć trzy rzeczy: pasję związaną z winnicami, doskonale wyszkolony nos oraz aktualny numer na gorącą linię dla samobójców".

😉

A dla chętnych podaję link do strony autora:
http://www.ferencmate.com/

książki po okazyjnej cenie…

Buszując dzisiaj w Empiku (zajrzałam na wyprzedaże, miałam dobrą wolę nawet może i coś nabyć, co z tego, jak nic fajnego w oko mi nie wpadło, więc wylądowałam tradycyjnie tam, gdzie zawsze coś dla siebie znajdę;), znalazłam w dziale tańszej książki kieszonkowej i znalazłam kilka interesujących mnie książek wydanych przez Świat Książki w cenie 9.90. I tak oto ja nabyłam "Malowany welon" W.Somerset Maugham, która to mnie interesuje. Również ucieszyłam się znajdując kontynuację "Białej Masajki", czyli "Żegnaj Afryko" Corinne Hofman, a także pozostając w klimacie Europejek w Afryce "Białą czarownicę" Ilony Marii Hilliges.
Może ktoś z Was zaglądając do Empiku coś ciekawego również dla siebie znajdzie wśród tych książek w tańszej cenie, dlatego daję znać, bo były różne tytuły.

blogi książkowe…

blogowisko, jak to blogowisko. Trafić tu można na nic ale i wyszukać można prawdziwe perełki.
Blogi mają też jeszcze jedną niewątpliwą zaletę. W jakiś sposób łączą ludzi o podobnych zainteresowaniach, którzy w rzeczywistości nigdy by się nie spotkali.
I tak na przykład swego czasu nawet popełniono zdaje się artykuł o "szafiarkach", czyli dziewczynach, które na swoich blogach zajmują się zagadnieniem mody, ujętym w ten, czy inny sposób, na ogół same mające wiele radości z zabawą z ubraniami, tworząc coś nie tylko modnego, ale przede wszystkim oryginalnego.
Ja zaś skupię się na innej grupie blogowiczów, a mianowicie moli książkowych.
Zauważcie, jak niemało jest nas, dla których książki stanowią coś istotnego w ich życiu. Ku mojej radości coraz więcej osób zaczyna prowadzić blogi książkowe, czy to takie, na stronach których między innymi o książkach piszą (jak ja, która poruszam nie tylko tematykę lektury). Zauważyłam, że tworzy się coś w rodzaju "klanu", osoby zaglądające na jakiś blog zauważają nowe adresy, zaczyna się wzajemne odwiedzanie i komentowanie. Bardzo mi się to podoba. Sama z radością znajduję nowe książkowe adresy blogowe i jest mi miło, jeśli ktoś wpada do mnie z rewizytą a najprzyjemniej, kiedy zostaje na dłużej:)
Podoba mi się też, kiedy dana książka zaczyna być poszukiwana przez blogowiczki i czytana, wtedy można porównać recenzje tej samej książki przez pryzmat spojrzenia na nią tak wielu osób. Tak właśnie dzieje się obecnie z książką "Sztuka bycia Elą" Johanny Nilsson, która odnoszę wrażenie, zaczęła żyć własnym życiem i dobrze, bo tak właśnie powinna działać na nas dobra lektura……..
Miło jest wiedzieć, że jest nas naprawdę sporo i to w czasach, kiedy opowiada się, że tak mało ludzi czyta książki.
Blogowe książki przekonują mnie, że nie jest tak źle, jak się mówi;)
A nawet jeśli, to nie zauważam tego, dzięki innym , którzy jak ja uwielbiają czytać….