pożary na Rodos…

…coś tę piękną wyspę w tym roku bogowie z Olimpu z jakichś tam przyczyn znielubili chyba, skoro wciąż ją jakieś doświadczenia spotykają. Słucham wiadomości i smutek mnie bierze, jak zawsze, kiedy pożary trawią ukochaną Grecję. Tak, wiem, tam jest to częste, ale naprawdę za każdym razem tak samo mnie martwi…Rodos jest przepiękną wyspą i w moim sercu zaraz za Kretą się znalazła…
Mam nadzieję, że władzom uda się opanować pożary szybko…
Wklejam zdjęcie, tu w Akropolu w Lindos, widok na Zatokę Świętego Pawła.


czy wiedza…

szkodzi?
Mam na myśli konkretnie naszą wiedzę na temat sposobu życia, postępowania autorów bądź ogólnie twórców. Czy nasza wiedza na temat wpływa na nasz odbiór dzieł owych twórców?
Czy zdarzyło się Wam, że po ujawnieniu jakiegoś niechlubnego fragmentu życia ulubionego na przykład dotąd autora zmieniliście swoją opinię na temat jego dzieł? A może przestaliście mieć ochotę je czytać, oglądać, bądź w przypadku muzyka słuchać? Ja nie ukrywam, że nie wszystko umiem przyjąć z obojętnością i nie, nie każde postępowanie autora na przykład umiałabym przyjąć na zasadzie "oddziału od jego dzieł". Umiem się przynajmniej do tego przyznać…A jak jest z Wami?
Ot, piątkowe refleksje…

doszła do mnie wreszcie wczoraj…

…przesyłka od Chihiro, z uroczą kartką z japońskim akcentem, malarstwem z przedstawieniem spotkania w herbaciarni, śliczna, naprawdę, i płytą z grecką muzyką. Coś czuję, że wiem, co będzie mi dzisiaj rozbrzmiewało cały dzień;))
Dziękuję!
Wygląda na to, że chwilowo otrzymałam wszystko, na co czekałam. A o czym przynajmniej wiem, że zostało mi wysłane.

Obejrzałam też, bo bardzo się na niego wyczekałam, "Malowany Welon", w reżyserii Johna Currana.
UWAGA spoiler;)
 Opowieść o facecie, który oświadczył się dziewczynie, w której on się zakochał ale ona w nim nie i który mocno się zdziwił, kiedy odkrył, że zabrana wkrótce po ślubie do jego pracy jako bakteriologa, do Szanghaju żona, wdała się w ognisty romans z angielskim dyplomatą. Zdziwił, ale duma nie pozwalała mu, rozumiecie, sprać po pysku rywala, więc wymyślił wyrafinowaną zemstę. Nie nie na rywalu, ale na żonie;) zabrał ją do ogniska cholery w jakąś potwornie daleką chińską prowincję. Przewidywalnie dosyć, ich niechętne stosunki po odkryciu zdrady, zmieniają się pod wpływem heroicznej i niemal judymowej pracy męża w owej prowincji, do tego stopnia, iż po miesiącach (raptem może dwóch) posuchy trafiają do łóżka. Znów przewidywalnie, pani po jakimś czasie odkrywa, że jest w ciąży, ale nie bardzo orientuje się, czy owoc miłości jest wynikiem romansu czy też może dzieckiem jej męża. Mąż jak się domyślałam , na sam koniec złożony cholerą umiera. Pani wraca do Londynu i tam mieszka z synkiem. Kurtyna.

Trochę zbyt przewidywalny, jak dla mnie, a mimo to uratowany grą aktorską film. No i jeszcze tymi wspaniałymi pejzażami i widokami wschodnimi, które dech w piersiach zapierają.
Jak mówię, trochę zbyt przewidywalny, ale faktycznie gra aktorska dobra, główni bohaterowie przekonująco zmieniające się między nimi nastroje i emocje, które bardzo po ludzku tu zresztą przedstawione. Jak w pewnej chwili stwierdzi Kitty, ludzie są po prostu ludźmi, nie chodzącymi ideałami, potrafią też zawieść innych.
Mnie irytowała postawa męża, który zamiast skonfrontować się z rywalem, który wyrwał mu młodą żonkę, ukarał ją tylko. Jakoś do mnie nie przemawia ta idea zbrodni i kary. Irytował mnie też wątek ciąży, co to pani teraz nie wie, czy to dziecię namiętnego kochanka, czy też męża, z którym czasem dla przyzwoitości również trzeba było alkowę odwiedzić.
Ale, jak się okazuje, życie jest ironiczne i zabawne jednocześnie i z opowieści już nie książkowych a całkiem z życia wiem, że podobno takie dylematy zdarzają się niewiernym żonom o wiele częściej, niż by się mogło zdawać. Dawno temu wyczytałam w jakichś badaniach, że podobno 5% mężczyzn na świecie bez swojej wiedzy, oczywiście, wychowuje nie swoje dziecko (przykro mi panowie).

Tak, czy siak, powiem tak, wyczekany "Malowany Welon" okazał się nieco zbyt przewidywalny, ale było to niezłe patrzadło na taki babski wieczór na przykład.
Szkoda, że Viva! nie przedłużyła kolekcji na sierpień, a przynajmniej nic o tym nie słyszałam, bo uważam, że wybrali ciekawe filmy.

Toskania urokliwa…

…i port gdyński dotarły do mnie dzisiaj na pocztówkach.
Toskania pod postacią zdjęcia miasta Lucca, hmmm, pięknie to wygląda, rozsłoneczniony pejzaż, aż chce się pakować i od razu ruszać zwiedzać…Tak mi się marzy Toskania po obejrzeniu "Ukrytych pragnień", właśnie na zasadzie nie szaleńczego zwiedzania z wywieszonym jęzorem a pobytu na zasadzie la dolce vita;)
Gdyński port też sympatycznie wygląda, w dodatku przywiódł na myśl ciepłe wspomnienia z tego miasta i z mojego ulubionego muzeum tamże, czyli Muzeum Morskiego.
Dziękuję;))

o imionach raz jeszcze…

…w Lecie z Radiem o imionach opowieści, w jaki sposób się dane imię zyskało, oczywiście końca nie ma opowieściom o paniom z USC, które dobrze wiedziały, że tego imienia nie ma, a tamto nieładne i wskutek tego, ktoś nosi zupełnie inne imię, niż to, które wybrali wcześniej z pietyzmem jego właśni rodzice. A mnie się przypomniała inna historyjka, wcale nie miła, która siedzi mi w głowie bo mnie dotyczy, a związana jest z imieniem właśnie.
Dawno, dawno temu, serio, dawno to było, bo musiałam mieć tak z 9, 10 lat najwyżej, poszłyśmy z Mamą na window shopping pod pobliską Halę Marymoncką. Tamże weszłyśmy do któregoś sklepu, oglądałyśmy jakieś rzeczy i w pewnym momencie moja Mama zwróciła się do mnie po imieniu, w jego zdrobnionej formie (nawiasem mówiąc, taką zdrobnioną formą posługuję się zawsze, to jest moje imię, jego oficjalna wersja jest trochę nie moja;)…Zwróciła się do mnie a na to baba za ladą , zaznaczam, nie pytana, w obecności zainteresowanej, czyli mnie, małego, bezbronnego wówczas dziecka "A po co nadała pani jej to imię? To imię dla nieszczęśliwych kobiet".
ZONK. Szczerze?? Żałuję, że moja Mama zawsze była takie ciepłe serduszko na dłoni, bo w tamtej chwili wolałabym mieć matkę przekupę, agresynną, która powiedziała by jej dosadnie, co myśli o takim wpieprzaniu się w nieswoje sprawy.
Nie pamiętam szczerze, co zrobiłyśmy, coś tam chyba moja Mama się odezwała, w sumie, złe słowa od kobiety za ladą już i tak padły, chyba po prostu wyszłyśmy.
Mnie te okropne słowa w jakiś sposób ścigają od tamtej chwili po prostu, ale myślę sobie, że trzeba być po prostu durnym, żeby coś takiego w ogóle powiedzieć, szczególnie przy dzieciaku, który chowany nie bezstresowo , nie odpysknąłby aż by babie w pięty poszło.
Ulałam sobie, bo dyskusja o imionach mi to przypomniała………

poczułam się rozpieszczona;)

bo łaskawie poczta wrzuciła mi do skrzynki zaległe przesyłki (na przykład wysłaną w Ziemi Kłodzkiej pocztówkę dnia 11 lipca:). I tak oto dotarł wreszcie list z Anglii, ale już płyta od Chihiro nie;), dwie pocztówki od Wildrose (ucieszyłam się, podziękowałam Jej, a ona mi pisze, że trzy mi wysłała, ciekawe, czy dotrze ta trzecia), list od Judytty z pocztówkami ze śląskiego miasta i wspomniana właśnie z Ziemi Kłodzkiej malownicza.
Tak więc część przesyłek w drodze, albo w rzece (vide artykuł o panu listonoszu z Wrociławia, któremu się znudziła robota i ciepnął pocztę do Odry;).
Za przesyłki pięknie Wam dziękuję!

„Wypychacz zwierząt”. Jarosław Grzędowicz.

Jak może Wiecie,
albo i nie, nie czytuję fantasy. I sf. Z małymi wyjątkami;) Jarosław Grzędowicz,
a raczej jego proza, należy do owych chlubnych wyjątków;) By the way, gdyby tu
do mnie kiedyś trafił, niech poczuje się naprawdę dumny, jako, że to On
praktycznie zachęcił mnie do raz na jakiś czas sięgania po polską fantasy.
 
"Wypychacz zwierząt"
to zbiór trzynastu opowiadań powstałych na przestrzeni wielu lat, które autor
postanowił razem umieścić w jednej książce.
Muszę przyznać, że czytało mi
się je świetnie. Tak naprawdę , to chyba jedno, czy dwa jakoś do mnie nie
trafiły, ale pozostałe ujęły świetnym językiem, poczuciem humoru, odwoływaniem
się do literatury, mitologii, historii. Wielkim plusem jest też posłowie od
autora, jako, że wyjaśnia on genezę powstawania niektórych opowiadań, co na
pewno jest interesujące.

Ze zbioru najbardziej chyba podobały mi się
opowiadania "Nagroda" (rewelacyjne uchwycenie współczesnego wyścigu szczurów!),
"Buran wieje z tamtej strony" (cudowne, aż czułam na sobie ów siekący wiatr! i
siarczysty syberyjski mróz"), "Specjały
kuchni Wschodu" (kto przeczyta będzie wiedział, za co;), "Weekend w Spestreku"
(za oddanie klimatu zamordyzmu i jakby powrót do lat mojego dzieciństwa za
szarego, obleśnego PRL-u, "Wilcza zamieć" za pomysł, ale, hmmm, dobra,  przyznam
się, oczywiście najbardziej ujęło mnie opowiadanie "Trzeci Mikołaj". A co?:)
Właśnie za to, że Grzędowicz stworzył tu, jak sam pisze w posłowiu książki,
swoją własną Opowieść Wigilijną. Że ckliwa? Że pełna lukru? A co z tego? To w
końcu fantasy, w tym świecie wszystko może się zdarzyć i nawet największe zło i
lęki mogą z dnia na dzień, a raczej z nocy na noc zniknąć a nasze życie zyska
już tylko dobro i szczęście. No i oczywiście, cała ja, uroniłam nad tym
opowiadaniem łzę wzruszenia;)
Podsumowując,
opowiadania bardzo dobre, czytają się wyśmienicie. Sądzę, że nawet osoby, które
jak ja, na codzień fantasy nie czytają znajdą w nich coś dla siebie, wiele prawd
i rozważań niebanalnych, refleksji, które okazuje się, sami często snujemy. Ale
nie umiemy aż tak zgrabnie przelać ich na papier.
 
Polecam!

wczorajsza rozmowa…

…z kimś przez telefon i moje własne zdanie, że pewna podróż w jakiś sposób zaważyła na moim dalszym całym życiu, przywołała wiele, niekoniecznie w danej chwili tak mi potrzebnych myśli i rozważań. W sumie, truistycznie stwierdzając, człowiek nie wie, co może spowodować, że w jego życiu nastąpi jakaś totalna zmiana, o której nie ma pojęcia w danej chwili. Oczywiście, gdyby wiedział, że się przewróci, to by się położył itd…niemniej jednak pewne sprawy wychodzą na wierzch po latach a pozostaje dodatkowe poczucie niesprawiedliwości i że nie tak naprawdę miało być. Tak naprawdę, to mam łzy pod powiekami. Nie chcę o tym myśleć, jednak, niestety, nie da się, nie ma chyba tygodnia, żebym nie wróciła myślami do tamtych chwil i nie projektowała sobie zupełnie innych scenariuszy…tak sobie myślę, że gdyby mi ktoś zaproponował , że cofnie mnie w czasie, to chyba zgodziłabym się bez pytania, z obecną wiedzą. Oczywiście, brzmi to jak z książki fantasy, ale cóż…taki mam dzisiaj nastrój właśnie. Kończe smucenie.