„Wiosna, lato, jesień, zima…i wiosna”. Reż. Ki-duk Kim.

Są takie filmy, o których parę razy już pisałam, czyli filmy bez wartkiej akcji, które prawdopodobnie dla przeciętnej osoby wydać się mogą nawet nudne i nieciekawe, a które dla mnie często stanowią coś w rodzaju osobistych małych radości i zachwytów, które odbieram w jakiś podświadomy sposób i o których nawet trudno jest mi coś konkretnego sklecić w próbie zrecenzjowania.
Z pewnością film "Wiosna, lato, jesień, zima i…wiosna" należy do tego typu filmów właśnie.
To historia żyjącego na pustkowiu mnicha i jego małego w chwili, gdy go poznajemy, ucznia, którzy wzajemnie się siebie uczą. Tak, stawiam taką śmiałą tezę, że to nie tylko mistrz jest nauczycielem ucznia, ale i na odwrót.
Ten film jest opowieścią o życiu, po prostu, o jego powtarzalności, a przy tym jest  gloryfikacją życia. Tak przynajmniej ja postrzegam ten obraz.
Oto w ciągu filmu widzimy rozwój młodego ucznia i próby nauk o świecie, jakie przekazuje mu mistrz. Mistrzem stanie się w końcu po latach i rozmaitych doświadczeniach życiowych dla innego młodziutkiego chłopca uczący się nauk młody bohater, ale to po latach, kiedy dane mu będzie zakosztować nie tylko świata ducha, modlitwy i spokoju, medytacji, ale i świata jak najbardziej namacalnego, świata pragnień, doświadczeń i fizyczności.
Jak to film wschodni, przesycony jest rozmaitą symboliką, która zapewne dla mnie pozostanie w większości tajemnicą, ale szczerze mówiąc nie zamierzałam tej niespiesznej opowieści o życiu snutej podczas przedstawienia czterech pór roku a jednocześnie życia człowieka rozkładać na czynniki pierwsze. Pozwoliłam sobie podczas oglądania go na rodzaj pewnej właśnie medytacji, oddanie się oglądaniu go i pozwoleniu podświadomemu przyswojeniu pewnych prawd zawartych w filmie.
Takich, jak chociażby fakt, że mimo powtarzalności, mimo pewnej schematyczności, życie wciąż nas jednak zaskakuje i warto jest je smakować. Warto też mieć na uwadze, że wszelakie doświadczenia, nawet te, podczas których popełniamy błędy, dopiero zbiór owych doświadczeń stanowi o tym, że możemy stwierdzić, iż życie nasze naprawdę przeżyliśmy, i na koniec uzyskać spokój ducha czy coś w rodzaju oświecenia wewnętrznego.
I paradoksalnie, to fizyczność może zapewnić nam taki, czy inny spokój ducha.
Czyli, po prostu, światy ziemskie i duchowe przeplatają się i tworzą harmonijną całość…Ale, jak zawsze, to jedynie mój odbiór i moja interpretacja.
Zakładam, że ktoś inny może go odebrać w jeszcze inny sposób…i to jest chyba najwspanialesze w tym obrazie, który, jak zaznaczyłam na początku, z pewnością nie spodoba się każdemu. Ale sądzę, że warto jest po niego sięgnąć.
Mnie się podobał i polecam.

gdyby ktoś władał szwedzkim…

…albo ufał tłumaczeniom googla (wychodzą kulawe, ale przyjmijmy, że przynajmniej orientujemy się, o co dzwoni i w którym kościele), to może poczytać sobie blog pisarki. Wyobraźcie sobie moje przyjemne zaskoczenie, kiedy wczoraj przypadkiem natrafiłam na blog autorki "Ceny wody w Finistere" Bodil Malmsten.
Link do jej bloga:

http://www.finistere.se/

Fajnie znaleźć blog kogoś, kogo książka podobała się mi się i tak mnie ujęła.