poczułam się rozpieszczona;)

bo łaskawie poczta wrzuciła mi do skrzynki zaległe przesyłki (na przykład wysłaną w Ziemi Kłodzkiej pocztówkę dnia 11 lipca:). I tak oto dotarł wreszcie list z Anglii, ale już płyta od Chihiro nie;), dwie pocztówki od Wildrose (ucieszyłam się, podziękowałam Jej, a ona mi pisze, że trzy mi wysłała, ciekawe, czy dotrze ta trzecia), list od Judytty z pocztówkami ze śląskiego miasta i wspomniana właśnie z Ziemi Kłodzkiej malownicza.
Tak więc część przesyłek w drodze, albo w rzece (vide artykuł o panu listonoszu z Wrociławia, któremu się znudziła robota i ciepnął pocztę do Odry;).
Za przesyłki pięknie Wam dziękuję!

„Wypychacz zwierząt”. Jarosław Grzędowicz.

Jak może Wiecie,
albo i nie, nie czytuję fantasy. I sf. Z małymi wyjątkami;) Jarosław Grzędowicz,
a raczej jego proza, należy do owych chlubnych wyjątków;) By the way, gdyby tu
do mnie kiedyś trafił, niech poczuje się naprawdę dumny, jako, że to On
praktycznie zachęcił mnie do raz na jakiś czas sięgania po polską fantasy.
 
"Wypychacz zwierząt"
to zbiór trzynastu opowiadań powstałych na przestrzeni wielu lat, które autor
postanowił razem umieścić w jednej książce.
Muszę przyznać, że czytało mi
się je świetnie. Tak naprawdę , to chyba jedno, czy dwa jakoś do mnie nie
trafiły, ale pozostałe ujęły świetnym językiem, poczuciem humoru, odwoływaniem
się do literatury, mitologii, historii. Wielkim plusem jest też posłowie od
autora, jako, że wyjaśnia on genezę powstawania niektórych opowiadań, co na
pewno jest interesujące.

Ze zbioru najbardziej chyba podobały mi się
opowiadania "Nagroda" (rewelacyjne uchwycenie współczesnego wyścigu szczurów!),
"Buran wieje z tamtej strony" (cudowne, aż czułam na sobie ów siekący wiatr! i
siarczysty syberyjski mróz"), "Specjały
kuchni Wschodu" (kto przeczyta będzie wiedział, za co;), "Weekend w Spestreku"
(za oddanie klimatu zamordyzmu i jakby powrót do lat mojego dzieciństwa za
szarego, obleśnego PRL-u, "Wilcza zamieć" za pomysł, ale, hmmm, dobra,  przyznam
się, oczywiście najbardziej ujęło mnie opowiadanie "Trzeci Mikołaj". A co?:)
Właśnie za to, że Grzędowicz stworzył tu, jak sam pisze w posłowiu książki,
swoją własną Opowieść Wigilijną. Że ckliwa? Że pełna lukru? A co z tego? To w
końcu fantasy, w tym świecie wszystko może się zdarzyć i nawet największe zło i
lęki mogą z dnia na dzień, a raczej z nocy na noc zniknąć a nasze życie zyska
już tylko dobro i szczęście. No i oczywiście, cała ja, uroniłam nad tym
opowiadaniem łzę wzruszenia;)
Podsumowując,
opowiadania bardzo dobre, czytają się wyśmienicie. Sądzę, że nawet osoby, które
jak ja, na codzień fantasy nie czytają znajdą w nich coś dla siebie, wiele prawd
i rozważań niebanalnych, refleksji, które okazuje się, sami często snujemy. Ale
nie umiemy aż tak zgrabnie przelać ich na papier.
 
Polecam!

wczorajsza rozmowa…

…z kimś przez telefon i moje własne zdanie, że pewna podróż w jakiś sposób zaważyła na moim dalszym całym życiu, przywołała wiele, niekoniecznie w danej chwili tak mi potrzebnych myśli i rozważań. W sumie, truistycznie stwierdzając, człowiek nie wie, co może spowodować, że w jego życiu nastąpi jakaś totalna zmiana, o której nie ma pojęcia w danej chwili. Oczywiście, gdyby wiedział, że się przewróci, to by się położył itd…niemniej jednak pewne sprawy wychodzą na wierzch po latach a pozostaje dodatkowe poczucie niesprawiedliwości i że nie tak naprawdę miało być. Tak naprawdę, to mam łzy pod powiekami. Nie chcę o tym myśleć, jednak, niestety, nie da się, nie ma chyba tygodnia, żebym nie wróciła myślami do tamtych chwil i nie projektowała sobie zupełnie innych scenariuszy…tak sobie myślę, że gdyby mi ktoś zaproponował , że cofnie mnie w czasie, to chyba zgodziłabym się bez pytania, z obecną wiedzą. Oczywiście, brzmi to jak z książki fantasy, ale cóż…taki mam dzisiaj nastrój właśnie. Kończe smucenie.