…wczoraj na Rodos i od razu wytworzył się lekki nastrój paniki. Wczoraj w radiowej Jedynce sporo się o tym mówiło, nawet był głos speca, który stwierdził, że w ostatnim pół roku trzęsień ziemi było tak mniej więcej w Grecji jedno na dwa tygodnie. Oczywiście, uwzględniamy tu te niezauważone przez przeciętnego człowieka.
Podróżując po Grecji już podczas pierwszej wyprawy zorientowałam się, jak bardzo trzęsienia ziemi tam uprzykrzają życie mieszkańcom. Sporo zabytków zniknęło z powierzchni ziemi bezpowrotnie właśnie po takim trzęsieniu ziemi.
Trochę dziwią mnie głosy spanikowanych, jako, że zakładam, że jak się w jakieś miejsce człowiek wybiera, to stara się zorientować przynajmniej minimum na temat danego kraju, do którego się wybiera, ale być może się mylę…
Za to zainteresowało mnie coś innego. Patrząc na statystyki trzęsień ziemi w Grecji wygląda na to, że podczas którejś z naszych jak dotąd siedmiu tam podróży, musieliśmy coś takiego przeżyć, tylko pewnie nawet się nie zorientowaliśmy. Ciekawe…
Swoją drogą, myślę, że nie jest fajnie podczas wymarzonych wakacji przeżyć tsunami czy większe trzęsienie ziemi chociażby…
„Winnica w Toskanii”. Ferenc Mate.
Odważnym jest ten, kto zdobywa się na realizację własnych marzeń (by chiara76:). I szczęśliwym, co za tym idzie.
Raz na jakiś czas uwielbiam poczytać książkę o kimś, kto nie boi się realizować tego, czego pragnie. Kto co prawda, zawsze przy tym wszystkim dysponuje o wiele większą ilością zer na koncie, ale to już inna sprawa.
Tak, czy siak, jestem też miłośniczką książek opowiadających o ludziach, którzy z tych, czy innych przyczyn zmienili swoje miejsce zamieszkania, wynieśli się do zupełnie innego kraju i rozpoczęli inne życie. Stąd moja sympatia do książek Petera Mayle, Frances Mayes, Bodil Malmsten.
Od niedawna doszedł do owej listy Ferenc Mate. Węgier z pochodzenia, który jednak z tego, co się orientuję, większość dorosłego życia spędził na Zachodzie.
Zupełnie przypadkowo w księgarni natknęłam się na jego książkę "Winnica w Toskanii", ale kiedy wzięłam ją do ręki i spojrzałam na okładkę, tak, wtedy przepadłam. Wiedziałam już, że książkę opowiadająca o autorze, który wraz z żoną i małym synem decyduje się na kupno trzynastowiecznego klasztoru wraz z posiadłością, na której decyduje się założyć winnicę, przeczytać będę chciała.
I tak się stało. Od razu uprzedzam, to pewnie jest książka z rodzaju tych, które niektórych mogą znudzić. Bowiem faktycznie jest opowieścią o zagnieżdżaniu się autora na miejscu. Jak się okazuje nie zapoznawaniu się z kulturą bowiem wcześniej już w Toskanii miał dom, ale zagnieżdżaniu się w nowej posiadłości, jej żmudnym remoncie a także o tworzeniu tego, co teraz przynosi mu spore źródło dochodu, winnicy.
Jednak dla pasjonatów poznawania cudzego życia w nowych warunkach, takich, których ekscytują szczęśliwe zakończenia nieoczekiwanych zmian w życiu i nagłych decyzji, które inni usiłują często obrzydzić, to książka w sam raz.
Raz na jakiś czas, jak wspomniałam, lubię poczytać o tym, jak ktoś jednak zdecydował się na wielkie zmiany, które przyniosły mu lepsze życie. Ja jestem zadowolona, że ją przeczytałam.
Na koniec krótki cytat z książki:
"Żeby zostać światowej klasy wytwórcą wina, trzeba najpierw mieć trzy rzeczy: pasję związaną z winnicami, doskonale wyszkolony nos oraz aktualny numer na gorącą linię dla samobójców".
😉
A dla chętnych podaję link do strony autora:
http://www.ferencmate.com/
