„Trzepot skrzydeł”. Katarzyna Grochola.

Panie i panowie zdradzam sekret, czytuję Grocholę. Wiem, że dla niektórych to powód do wstydu, ja nijakiej traumy nie mam i przyznaję się bez problemu. Dawno temu, kiedy jej książki zaczęły być popularne, ja się przed nimi broniłam. Uznałam, że jak nagłośnione i na listach bestsellerów, to z góry złe. Dopóki nie wylądowaliśmy na Mazurach w pewien przedziwnie długi i okrutnie deszczowy lipiec, kiedy w mikołajskiej księgarni na jej książkę się natknęłam, kupiłam, i pochłonęłam wtedy. Tak, przyznaję się, nie raz nie dwa obśmiałam się wtedy i to było to, czego było mi wtedy brak.
Ale, do dzieła. Właśnie tego typu czytadła są właśnie takimi, o których wspominałam w poprzednim wpisie. Czyta się lekko, kończy się dobrze, ale po drodze jest sympatycznie, z poczuciem humoru i jakoś się od razu nastrój poprawia.
Na półce od zeszłego roku albo i dłużej czeka na mnie jej "Osobowość ćmy", za to teraz postanowiłam sięgnąć po coś jej innego a mianowicie po "Trzepot skrzydeł".
No i …przepadłam. Fakt, że książka jest niewielka objętościowa pomogła, a poza tym, nie mogłam się oderwać! A na koniec spłakałam się…

Powiem tak, jest to zupełnie inna książka, niż ktoś przeciętny o książce Grocholi mógłby pomyśleć (szczególnie lekceważący jej książki przeciwnicy z cyklu moi ulubieńcy, czyli ci, którzy w ogóle nic jej nie czytali, ale kochają krytykować:). O tematyce, że nie będzie łatwa, domyślałam się, bo trochę wcześniej o niej słyszałam. Za to, że będzie aż tak dobra, tego się nie spodziewałam i spodziewałam się czegoś innego. Jak napisałam na Forum Książki, trochę bałam się zbytniej egzaltacji i epatowania okrucieństwem, tymczasem tu , w tej książce, problem przemocy domowej jest przedstawiony w niezwykły sposób. W formie listu, "spowiedzi życia", jak ja to nazwałam, do Kogoś Ważnego.

Tak, przemocy w domu, bowiem o tym traktuje ta jakże inna od tych, do których przyzwyczaiła mnie autorka, książka.
Trochę dumam, czy to nie jest na zasadzie tych kampanii społecznych nie wiedzieć do kogo adresowanych, typu "tatusiu, zwolnij!" albo "nie skacz na główkę do nieznanej wody", co to wiadomo, że ten, kto ma ciężką nogę i tak sobie nic z tego nie robi, a nastolatek chcący się popisać przed podpitymi  kolesiami i opalonymi laskami w bikini i tak nie pomyśli, gdzie skacze. Ale myślę, że trochę jednak to ma sens.
Być może nie ostrzegawczy. Przecież oprawcy rodzinni, ci, co biją, katują i poniżają, nie pochodzą tylko z patologii. Często są to ludzie z dyplomami, świetnym wykształceniem,  do nas uśmiechający się i mówiący cichym, spokojnym głosem. Taki miły, wykształcony człowiek, patrz, z poczuciem humoru, opiekuńczy mąż, mówią inni. 
A w domu potwory. I wciąż i wciąż kobiety się na to nabierają. No bo skąd mają wiedzieć?
Może coś je ostrzega, ale gdzieś w głębi?
I kiedy słyszą na samym początku "Nigdy cię nie skrzywdzę" nie zapala im się w głowie światełko ostrzegawcze.

Myślę, że "Trzepot skrzydeł" ma cichutką nadzieję na to, że może da siłę chociaż paru kobietom, których sytuacja, jeśli nie adekwatna, to może zmierzająca ku takiej, na rozłożenie skrzydeł. Owych tytułowych skrzydeł, których początkowy trzepot da jednak siłę na ich rozłożenie, na uniesienie się w górę i ucieczkę z koszmaru.
Mam nadzieję, że tak to właśnie może chociaż na jedną kobietę podziała. I już będzie lepiej.