o złych książkach…

…lub takich, które z tych czy innych przyczyn mnie nie zachwyciły nie piszę na blogu. Szczerze? Szkoda mi czasu na wypisywanie się na temat czegoś, co mnie zirytowało czy wynudziło.
Natomiast obiecałam Wildrose , że dam znać, jak mi poszła lektura "Lato w Toskanii" Adler i nie, nie poszła mi. To znaczy inaczej. Przeczytałam, ale nie była to ciekawa książka. Tak potwornie przewidywalna od samego początku, że aż żal. Nawet zakończenie, chociażby odrobinę nie przyniosło zakończenia. Nie, nie, nie, nie podobała mi się. Toż ja bym mogła taką napisać, tylko dziwnym trafem jestem pewna, że nikt by mi jej nie przyjął do druku.
Ja rozumiem, że to miało być czytadło, ale czytałam o wiele wiele więcej o wiele wiele lepszych czytadeł. Może chodziło o Toskanię w tle. Że niby teraz takie popularne są książki z akcją a to w Toskanii a to w Prowansji a to w Bretanii a to gdzieś tam jeszcze. Być może o to w niej poszło. Ale ona nie byłaby chyba ciekawa nawet dla najbardziej zagorzałych miłośniczek Harlekinów.
Tak więc nie, nie polecam, jak dla mnie szkoda czasu, a zmęczyłam, coby móc się pastwić w spokojności, bo jak mnie znacie, to wiecie, że czego nie lubię, to jak ktoś czegoś nie zna (kraju, filmu, książki) a wypowiada się na jego temat…Jak dla mnie trzeba coś poznać, a dopiero potem można sobie używać w krytyce do woli.
Co teraz będę czytać?
Jeszcze nie wiem. Na szczęście półka z książkami do przeczytania pusta nie stoi, ale jeszcze się nie zdecydowałam.

a nastrój…

…taki, jak za oknem, raczej niże, niż wyże…bywa i tak. I jeszcze ta świadomość, że czasem zwykła płyta DVD ma dłuższe życie, niż znajomość z osobą , od której się ją dostało…

„Jedwabna opowieść”. Reż. Eleonore Faucher.

A jednak! A jednak można stworzyć film, który mimo, że nie będzie o życiu jak po maśle, nieść będzie ze sobą zdecydowanie optymizm i nadzieję, że może być lepiej. Brzmi naiwnie? Może, jednak zdecydowanie potrzebowałam czegoś w tym stylu.
Panie i Panowie, z całą odpowiedzialnością mogę polecić tym, którzy nie widzieli film "Jedwabna opowieść".
Oto wkraczająca dopiero w dorosłość Claire, która owo wkraczanie mocno na serio zaczyna, bowiem jest w szóstym miesiącu zdecydowanie niechcianej ciąży z żonatym kolegą z pracy w supermarkecie. Claire mieszka gdzieś na prowincji francuskiej (mam wrażenie, że w okolicach Lyonu). Prowincja jawi się nieciekawie, tym bardziej, że akcja zaczyna się jesienią, kiedy pola kapusty i okoliczne rejony bardziej się szarzą i w mroku jawią, aniżeli rozświetlone są słońcem. Co potęguje nastrój przygnębienia głównej bohaterki, która ma tak nieciekawe układy z własną rodziną, że nawet rodzice o ciąży bohaterki nic nie wiedzą.
I oto Claire, której ambicją nie jest wieczne pracowanie na kasie w supermarkecie, zostaje szczęśliwym zrządzeniem losu zatrudniona przez panią Melikian. Kobietę, która dopiero co przeżyła własną osobistą tragedię, która zatrzęsła jej światem i zmieniła go nieodwracalnie.
Claire, jak się okazuje, jest utalentowana. Gdyby nie fakt, że zapewne nie stać ją na studia, powinna studiować na którejś z uczelni artystycznych. Teraz jednak zatrudnia się u pani Melikian, która współpracuje z wielkimi francuskimi kreatorami mody.
Te dwie kobiety z czasem zaczną się poznawać. Poznają siebie, swoje sekrety, jak i najbardziej dręczące je smutki. W jakiś niezwykły sposób to spotkanie stanie się dla nich szansą na wzajemną sobie pomoc. Przede wszystkim wsparcie psychiczne, którego obie te kobiety, które do tej pory różniło tak wiele, potrzebowały. Jak się okazuje, w poczuciu nieszczęścia i osamotnienia, więcej może złączyć i można dać sobie szansę na pomoc. Nie należy odtrącać wyciągniętej przez kogoś pomocnej ręki.
Film mimo szarej aury i klimatu przygnębienia, który miał pogłębiać nastrój kobiet, kończy się w optymistyczny sposób. Niesie nadzieję, że następny czas okaże się dla nich obu łaskawszy i że po najgorszych nawet smutkach moga przyjść szczęśliwsze dni.
Tak, tego typu filmy lubię i cieszę się, że nie jest tak, jak ostatnio stwierdziłam, że to, co dobre musi być smutne i bez nadziei na poprawę. Bo na szczęście, tak nie jest.

Film znalazłam kilka razy i podchodziłam do niego jak pies do jeża. Natrafiałam na niego w Empiku i odkładałam go na półkę, aż w końcu się zdecydowałam go nabyć i wiem, że inwestując niewielkie jak na tak dobre kino pieniądze, sprawiłam sobie ucztę dla oka i pociechę dla ducha. A to jest zdecydowanie bezcenne.

Cóż, tym, którzy filmu nie widzieli-polecam!