„Pomaluj to na czarno”. Janet Fitch.

"Pomaluj to na czarno" to książka, o której nie jest łatwo pisać. Jak o większości książek, które określiłabym jako "psychologiczne"…
"Pomaluj to na czarno" to takie mocne wywleknięcie z siebie emocji, aż do granic. Dość powiedzieć, że tę książkę przeżywałam, jak żadną dotąd ostatnio. W pewnej chwili miałam nawet ochotę ją odłożyć. Ale była zbyt dobra, bym mogła jej to zrobić. Skończyłam więc i nie żałuję, jednak znowu dumam, jak to jest, że dobre książki MUSZĄ być SMUTNE i PRZYGNĘBIAJĄCE. Nie da się inaczej??
Tak, ta książka bowiem jest POTWORNIE przygnębiająca i dołująca. I nie czytaj jej, jeśli jesteś w smutku, czy w kiepskim nastroju. Ona cię bowiem nie wesprze, nie sprawi, że uwierzysz w to, że świat może być dobry i oddawać z nawiązką dobro za to, jakie my w niego wkładamy.

Już w swojej poprzedniej książce "Biały Oleander" autorka zrujnowała skutecznie mit Ameryki jako kraju mlekiem i miodem płynącego. Nic z tych rzeczy. To kraj, który ma swoje wielkie problemy społeczne, który nie radzi sobie na przykład z instytucją "rodziny zastępczej". Owszem, pewnie nie we wszystkich takich rodzinach jest źle, ale sądzę, że w sporej większości z nich dzieje się tak źle, jak przedstawiła to wówczas Fitch.

W "Pomaluj to na czarno" Fitch nie poprawia wizerunku Ameryki. Wręcz ukazuje ją w świetle jeszcze bardziej przygnębiającym. Parafrazując tytuł filmu, który ostatnio taką furorę na rozdaniu Oscarów zrobił, "to nie jest kraj dla biednych ludzi". Kiedy nie masz zamożnych rodziców, którzy wspomagają twój rozwój na każdym kroku, kiedy nie mieszkasz w pięknym domu z basenem i kiedy nie jesteś "ą" i "ę" , jesteś tam nikim. Autorka w paru miejscach wyraźnie ukazuje, jak bardzo są tam "równi i równiejsci". Żeby oddać sprawiedliwość Ameryce, wiem, zdaję sobie sprawę z tego, że tak samo jest niestety w Polsce. I u nas jest tak, że słowo przeciwko słowu nigdy nie wygra, jeśli to słowo nie poparte jest pokaźnym kontem , świetną pozycją społeczną i materialnym dobrem.

Ale , wracając do akcji książki. Jest to nic innego, jak studium "przerażająco obecnej nieobecności". Oto młody człowiek, pochodzący z tak zwanego świetnego domu, w ramach zapewne młodzieńczego buntu , wiąże się z dziewczyną z prowincji, niewykształconą, dość prostą, dwudziestoletnią Josie.
Panu coś się pozajączkowało i w chwilowym kaprysie postanowił pobawić się w odtowrzenie "Pigmaliona". Tak, ironizuję, bowiem mimo, że wszystko to, co o nim wiemy, dowiadujemy się z ust innych, to nie wzbudził on mojej sympatii. Miałam nieustanne wrażenie, że mimo, że ów chłopak mimo, że usiłował grać szarego zwykłego człowieka, potrafił być jeszcze bardziej obłudny w swojej chęci ucieczki od poprzedniego życia, niż mogłoby się wydawać. I jestem pewna, że gdyby nie to, co zrobił, wróciłby szybko do swojego domu z basenem, lekcji tenisa i wakacji w Europie.
Ale nie zdążył. Bowiem pojechał do obskurnego motelu gdzieś na pustyni i się zastrzelił.

Zostawiając na świecie Josie, której w tej chwili zawalił się całkowicie świat. Ale , jak się okazuje, nie tylko jej. Jest jeszcze matka Michaela, niejaka Meredith, niedoszła teściowa Josie. Meredith, która jawi się od początku jako ta zła wiedźma, która nienawidzi Josie z całego serca. To ona rzuca się na młodą dziewczynę na pogrzebie, i niemal ją dusi krzycząc, że to niesprawiedliwe, że Josie żyje a jej syn nie.
I ona zostaje jednak na świecie tak naprawdę sama. Ze swoim bólem po stracie syna, którego, jak się okazuje, też nie znała do końca.
Ta myśl przewija się przez karty książki wciąż i wciąż. Że, niestety, chociażby nam się tak zdawało, nie znamy do końca osób nam nawet najbliższych. Że kryć się w nich może zawsze jakaś straszna tajemnica, jakiś sekret, który pewnego dnia wybuchnie i poczyni nieodwracalne straty.

I tak oto Michael pozostawia na świecie dwie najbliższe mu dotąd osoby, które nie są w stanie pogodzić się z jego odejściem, a które po jego śmierci decydują się podjąć niebezpieczną i ryzykowną grę ze sobą, aby być może w taki przedziwny sposób przeżyć jakoś żałobę po nim. Bowiem na kartach książki wciąż on jest obecny a raczej odczuwamy dojmująco jego nieobecność….poznając go przez pryzmat wspomnień i odczuć owych dwóch kobiet.

Jak pisałam, książka jest bardzo dołująca, i przygnębiająca. Nie powiem, że czyta się ją lekko, łatwo i przyjemnie, bo tak nie jest. Niemniej jednak to bardzo dobra książka, którą uważam, że warto przeczytać.
Po raz kolejny, po "Białym Oleandrze" Janet Fitch podejmuje temat matki niszczycielki, matki destrukcyjnie oddziałującej na życie dziecka. Ciekawi mnie, czym to jest powodowane, czy jakieś osobiste przeżycia samej autorki, czy obserwacja życia? Dość, że w swoich książkach zrywa ona z mitem matki, która jest gotowa oddać wszystko za cenę szczęścia dziecka, a liczy się tylko ze szczęściem swoim własnym.

Podsumowując, książka dobra, aczkolwiek nielekka, więc Wy decydujecie, czy macie ochotę w danej chwili po coś takiego sięgnąć.

Ja w ramach odstresowywania się po niej sięgam teraz po coś totalnie lekkiego, czym mam nadzieję , okaże się książka "Lato w Toskanii"…muszę poczytać coś lekkiego, przewidywalnego i mam nadzieję, że z totalnym happy endem;)

UPDATE:
dla zainteresowanych tym, co pisałam kiedyś o jej innej książce "Biały Oleander", mój ówczesny na jej temat wpis:

http://chiara76.blox.pl/2006/07/Bialy-Oleander-Janet-Fitch.html