…jestem w melancholijnym nastroju…pozostaję w "przeszłości"…wspominam ludzi, którzy przewinęli się przez moje życie, oglądam przedmioty, które od nich dostałam, wspominam, na myśl o niektórych osobach czy chwilach z nimi spędzonymi mam łzy pod powiekami. Tak, jestem osobą, która zdaje się bardziej żyć przeszłością, niż przyszłością. Wiem, zdaję sobie z tego sprawę, że wiele w ten sposób mogę tracić, jednak jestem w wieku, w którym raczej się charakteru nie zmieni…w głowie kłębi się tyle myśli…z jednej strony żal niektórych straconych kontaktów, jednak wcale nie jestem przekonana, że każdy utracony kontakt dałoby się odnowić bez poczucia, że jest jakaś przerwa, pustka, której zasypać się nie da. Ot, takie tam refleksje czwartkowe……..
„Wyspa”. Victoria Hislop.
Daaawno tak mnie lektura nie wciągnęła!
Po pierwsze, trafiłam na nią zupełnie przypadkiem. Pewnie gdzieś by mi ta książka umknęła, jakoś nie zwróciłabym na nią uwagi. W dodatku napisana o Grecji ale przez Brytyjkę, nie wiem, czy sięgnęłabym po nią, obawiając się jakiegoś ckliwego romansu z Kretą w tle. I okazało się, że moje ominięcie jej byłoby sporym błędem.
Bowiem książka jest rewelacyjna. Oczywiście, jak zawsze, jest to moje subiektywna opinia, zapewne znajdą się i tacy, którym się ta książka nie podobała. Mnie, jak "złapała" tak nie chciała puścić i trochę mi nawet siebie żal, że już lektura jest za mną, bo jest tak dobra.
Bałam się ckliwego romansidła na brzegu morza z zachodzącym słońcem w tle i okazało się, że niesłusznie.
Książka ta bowiem opowiada o czymś zupełnie innym. To opowieść o rodzinie, o jej skrywanych przez niektórych członków dziesiątkami lat tajemnicach i sekretach. To książka o ludziach, którzy w pewnym momencie wyparli się własnych korzeni, aby potem tego żałować.
Akcja rozpoczyna się, gdy dwudziestoparoletnia Alexis, która wie o korzeniach rodzinnych jedynie to, że jej matka jest Greczynką z Krety, jedzie do Grecji z chłopakiem, co do którego zaczyna mieć wątpliwości, czy aby jest to osoba, z którą Alexis chce spędzić resztę życia.
Alexis postanawia przed wyjazdem, że odwiedzi rodzinne strony matki i ku jej zdumieniu, tym razem matka nie czyni żadnych problemów, nawet pisze dla Alexis list polecający, aby wręczyła go swojej dawnej znajomej, kiedy ją w rodzinnej wsi spotka.
I tu nagle następuje zmiana akcji, bowiem w chwili, kiedy Alexis przybywa do Plaki, okazuje się, że cofniemy się o wiele, wiele lat, w lata czterdzieste, kiedy to w Europie toczy się najkrwawsza , jak dotąd z wojen światowych. Wojna w chwili, kiedy zaczyna się opowieść sprzed lat mniej zajmuje umysły mieszkańców Plaki, niż fakt bycia poniekąd sąsiadami przez wodę z miejscem nietypowym, jakim jest Spinalonga, czyli wysepka, na którą jeszcze do roku 1957 zsyłano osoby chore na trąd.
Poznajemy młodego rybaka Giorgisa, którego żona Eleni jest miejscową nauczycielką. To u Eleni właśnie pewnego dnia rozpoznana zostanie najgorsza z ówczesnych plag, jaką jest trąd i to ona zostawić będzie musiała ukochanego męża i dwójkę małych córeczek, aby wyruszyć w podróż w nieznane, na wyspę Spinalonga, miejsce zesłania dla wielu przed nią i wielu po niej…
W niezwykły sposób udało się Victorii Hislop ująć problem Spinalongi. Przedstawiła ona tę wyspę moim zdaniem solidnie, bez zakłamań, pokazała historię wyspy, o której przeciętny człowiek wie zapewne niewiele, jeśli nic. Ja sama wiedziałam o niej jedynie to, że była, kiedy podczas wypraw na Kretę widziałam wyprawę na nią jako jedną z wycieczek organizowanych przez miejscowe biura podróży.
Ale nie zdawałam sobie sprawy, jak wyglądało na niej życie. A wyglądało, o dziwo, całkiem podobnie, jak życie zdrowych osób na Krecie, czy Grecji lądowej. Nie przyszło mi do głowy, że nie było to właśnie miejsce, w którym ludzie siedzieli i biernie czekali na swój los.
Jako, że rząd wydzielał im żywność, także również pieniądze, na wyspie były i szkoła i Kościół, i domy, w których toczyło się życie, były sklepiki i miejsciowy kafeion, w którym spotykali się mieszkańcy, aby wymienić miejscowe ploteczki. Były miejscowe rządy i regularne wybory na rządzących właśnie. Jednym słowem, mimo, że ludzie odcięci od dotychczasowego życia, ale starający się jednak prowadzić je w najmniej inny , niż dotąd , sposób.
Historia rodziny Alexis opowiedziana jest w sposób niezwykle ciekawy. Czytając odnosiłam wrażenie, że siedzę właśnie w jednej z kreteńskich tawern a ktoś mi ją opowiada. Życie niby to zwykłych mieszkańców morskiej wioski, a wśród nich ciekawe postaci, również wiele namiętności, które skutkowały w ten, czy inny sposób, a potem właśnie sekrety rodzinne, które skrywa się latami, to wszystko złożyło się na niezwykle ciekawą opowieść, która mnie niezwykle wciągnęła.
Mnie się baaardzo podobała i polecam!
strajk na poczcie zawieszony…
jak wyczytałam na wszystkich serwisach przed chwilą. Ma zostać zawieszony od północy. Nie oznacza to jednak zakończenia, jednak dla nas, odbiorców, oznacza, że chyba ruszy się coś w sprawie naszych listów, rachunków, prenumerat itd.
No,dobra, to ja czekam, że jutro listonosz przyniesie nam nasze zaległe rzeczy…
czasem, kiedy człowiek zwiedzi już za dużo…
…muzeów i kiedy kolejne obrazy przewijają mu się przed oczami, wtedy sytuacja może wyglądać niebezpiecznie;)
Tu, w Luwrze, kiedy zwiedzaliśmy, jak się okazało, była wystawa Jana Fabre. Między innymi coś takiego, co jest zatytułowane "Je me vide de moi-meme" (osoby władające francuskim proszone są o wsparcie, bowiem tłumaczenie z babelfish jakoś mnie nie satysfakcjonuje).

a z bliska wygląda to tak:

73:)
Ni mniej, ni więcej.
Miałam to dziś napisać sama z siebie. Poszłam do prowincjonalnej_nauczycielki o co widzę? też taki temat;)
A temat jest zakładkowy.
Policzyłam. Mam (w dniu przedwczorajszym;), ni mniej ni więcej, a 73 zakładki do książek. Papierowe, robione przez innych (te chyba jedne z "cenniejszych" dla mnie, mają wartość sentymentalną), robione też jako rękodzieło, metalowe (sztuk dwie:), magnesowe (sztuk dwie;), z piaskowym widoczkiem (wklejałam kiedyś jej zdjęcie),z roślinami zasuszonymi, reklamówki, i parę innych wykorzystanych jako zakładki przedmiotów, w tym sporo dodawanych przez wydawnictwa (głównie W.A.B). Tak, to kolejne rzeczy, jakie kolekcjonuję, w tym przecież dzięki Wam również, bo spora część mojej kolekcji jest prezentami.
Na zakładkach, o dziwo, książek najmniej, mam tylko jedną (od Reginy) z motywem książek, najczęściej są to widoczki, albo reprodukcje dzieł sztuki…
Podczas wyjazdów staram się też coś zawsze podkupić, bo u nas wybór ciągle kiepski, chociaż pojawiły się w Empikach pierwsze jaskółki, że się tak wyrażę.
Korzystacie z zakładek do książek?? Albo co wykorzystujecie jako właśnie zakładki??
strajk poczty i nie tylko…
Jak tam strajk poczty w Waszej okolicy? U nas, przez chwilę myślałam, że obejdzie się, bo w zeszłym tygodniu listonosz pojawił się w środę. Pomyślałam, że może to oznacza, że będzie chodzić, ale jakoś rzadziej na przykład, ale… od środy listonosza niet. Chodzą ludzie z paczkami, ale oni, mimo, że z poczty, są chyba jakoś zatrudnieni kontraktowo i może jest to na innej zasadzie, a może po prostu nie są ze związku, nie znam się.
Tak czy siak, do nas poczta nie dociera;( ciekawe, ile mi poginie przesyłek do mnie.
Za to, miła informacja, otrzymałam dwie info o otrzymanych kartkach z Paryża, jedna doszła za granicę, inna, na Śląsk. Znaczy się jest nadzieja, że przynajmniej część z nich dotrze. Miło by było, a Wam dziewczyny, dziękuję, że dałyście mi znać, że pocztówki doszły.
Wczorajszy spacer wieczorny zaczął się nietypowo. Spotkanie, które nie powiem , żeby mnie ucieszyło. W sumie nie było jakoś niemiło, udało się wymienić grzecznościowe formułki, i elegancko się wymiksować, za to pozostało sporo refleksji…Nie lubię takich spotkań, które uświadamiają mi, jak wokół, u innych, dzieje się tyle zmian, a my jakbyśmy tkwili w miejscu…
Nie powiem, wpłynęło to na mój wieczorny nastrój. Pojawił się też ból głowy.
Rozmawialiśmy też wczoraj z naszą ulubioną, już można powiedzieć, zaprzyjaźnioną dziewczyną z apteki (czuję, że gdybyśmy się spotkały na innym gruncie, mogłybyśmy się zaprzyjaźnić, wyczuwam w niej coś swojskiego, jak powiedziałaby Lucy z "Ukrytych pragnień"). Doradziła w paru kwestiach. Niektóre rady faktycznie dobre. Kupiłam też nowy bloker do twarzy, bo jednak na wyjścia na spacery przydaje się, żeby nie mieć spalonego nosa.
Wieczorem zaczęłam czytać "Wyspę" Victorii Hislop…Rzecz dzieje się na Krecie. Poznajemy życie bohaterów i historię samej wyspy, a zaczyna się bardzo nietypowo, bo na Spinalondze. Nie wiem, co Wam to mówi, ja wiedziała, a propos pobytów na Krecie , że była tam kiedyś kolonia trędowatych.
Ale nie wiedziałam, a samej wyspy nie zwiedziliśmy, że ta kolonia była tam do całkiem niedawna, bo aż do 1957 roku.
A tu trochę informacji o wyspie, z wikipedii:
http://en.wikipedia.org/wiki/Spinalonga
Książka zaczyna się bardzo interesująco. Myślę, że to będzie udana lektura.
„Ani z widzenia, ani ze słyszenia”. Amelie Nothomb.
Na poczatek, pastwię się nad tłumaczeniem tytułu, który w oryginale brzmi "Ni d’Eve ni d’Adam". Nie wiedzieć, czemu, tłumaczka zdecydowała się na "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" bowiem nijak się ma to do treści. Niestety, tytuł oryginału zdecydowanie pasuje bardziej i szkoda, że nie można go było po prostu przetłumaczyć "dosłownie". Tyle mojego czepiania się, bowiem dalej jest już tylko OK;)
Za co lubię prozę Amelie Nothomb, a szczególnie jej książki z elementami autobiograficznymi? Za to, że ona się nie kreuje. Czego nie lubię, co wyczuwam na wszelakich forach, blogach i co mnie uwiera bardzo, to fakt, kiedy ludzie starają się kreować na innych, niż są. Stwarzają swój mało wiarygodny portret, który usiłują innym "sprzedać". Niestety, w większości przypadków bardzo te kreacje widać.
No, ale dobrze, bo znowu się czepiam a nic o książce nie ma;) Ale ten wstęp (bronisław?:) był po to, aby stwierdzić, że w przypadku Nothomb żadnej sztuczności nie widzę. To kobieta, która wydaje się na kartach swych powieści być właśnie bardzo autentyczna. Oprócz tego, posiada cechę, która doprawdy jest dana niewielu osobom, bowiem ma, jak mało kto, znakomity dystans do własnej osoby. Potrafi sama siebie potraktować z ironią, czemu rozlicznie daje wyraz.
W "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" autorka po szesnastu latach nieobecności w Japonii, w której na świat przyszła i przeżyła pierwsze pięć zdaje się lat życia, wraca do kraju kwitnącej wiśni i rozpoczyna przypomnienie nauki języka japońskiego, jak również sama zaczyna dawać lekcje języka francuskiego. Wynika z tego coś bardziej romantycznego, niż nudne korepetycje;) ale nie chcę za wiele zdradzać. Znowu mamy do czynienia z (moim zdaniem) celnymi uwagami i obserwacjami na temat życia w Japonii. Co jeszcze uwielbiam w prozie Nothomb i jej opiniach? Większość piszących o Japonii jakby się jej "bała". Nie wiem, czy to dobre słowo. Ale zauważyłam, że ludzie największe głupstwo, niegrzeczność, chamstwo wręcz, starają się ubrać w "kulturowe różnice", bo "to takie japońskie" itd. Tak, mówi to osoba, która interesuje się tym krajem;) Jednak zauważam taki trend. Oczywiście, nie chodzi mi też o to, aby nagle zniszczyć nasze przekonanie na temat wysublimowanej kultury tego narodu ale do licha, nie cierpię brania tematu przez bibułkę, bo…nie wiem, nie wypada? ktoś się obrazi? U Amelie Nothomb tego nie ma i ufff, wielkie jej za to dzięki. Może dlatego, że kobieta generalnie wygląda na taką, której tego typu zabiegi i gierki są zdecydowanie obce. Dla mnie, to wielki plus.
Nie chcę za dużo zdradzać z rozwoju akcji książki, dość, że wraz z nawiązaniem "bliższych stosunków" autorka przedstawia jej początki życia po powrocie, tuż przed rozpoczęciem pracy w wielkiej korporacji, co z kolei możemy potem wyczytać w jej rewelacyjnej książce "Z pokorą i uniżeniem" (polecam!).
W każdym razie, ja miałam lekturę bardzo udaną, czemu dałam wyraz obdarowując ją świetną oceną na biblionetce. Mnie się książka bardzo podobała i polecam.
Fajny łańcuszek;)
W odpowiedzi na apel La_polaquity (co mi się w przypadku łańcuszków nieczęsto zdarza;) rysowany portret mój własny;) Rysował P. Nie chciał mi dodać (nie wiem, czemu???????:) anielskich skrzydeł czy to aureolki. Hm, widać mam wredny charakter;)
Hmmmm, nie umiem wybrać 5 osób, których zabawne portrety chciałabym widzieć. Może ktoś z Was zechce wziąć udział w zabawie i da mi znać. Zapraszam. Po kliknięciu na obrazek pojawia się edytor obrazków. (Brejn, może Ty się skusisz???:))).
aż musiałam się podzielić;)
radością z książkowego smaczku, który właśnie zaczęłam. Dziś odebraliśmy przesyłkę merlinową i oprócz kolejnych midsomerków (będzie co oglądać;) to doszła do mnie kolejna książka Amelie Nothomb (ci, co dłużej czytają mój blog wiedzą, że bardzo lubię jej książki, szczególnie te , których akcja dzieje się na wschodzie), i właśnie ta pod tytułem "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" dzieje się w Japonii, po powrocie autorki tam po szesnastu latach bodajże, kiedy to wróciła po dzieciństwie w Japonii spędzonym. Poczucie humoru, dystans do siebie, ta lekka ironia, to wszystko powoduje, że nie mam ochoty wypuszczać książki z rąk. Szkoda, bo niestety, jak jej wszystkie książki, ta jest cieniutka i zapewne szybko ją skończę:)
z cyklu ankieta…
…czyli najbardziej rozwalające Was, rozbawiające, rozzłaszczające tak zwane "złote prawdy", które słyszeliście w życiu, i które, w Waszej opinii brzmią bezsensownie, idiotycznie, ogólnie mówiąc, nie zgadzacie się z nimi.
Ja znam takich parę. Wszystkie brzmią co najmniej zakłamanie (w mojej opinii) albo są po prostu durnowate.
A oto one:
1. Pieniądze szczęścia nie dają. Tiaaaa. Ten, kto na to wpadł posiadał zapewne niezłe konto i dobra ziemskie. Owszem, za pieniądze nie kupi się ani miłości ani zdrowia, ale dziwnym trafem bardzo one w życiu pomagają. I nie boję się stwierdzić, że wolę ich mieć więcej, niż mniej.
2. Cierpienie uszlachetnia. Naprawdę? Kogo? Bo nie zauważyłam. Ktoś, kto to z kolei wymyślił był chyba albo pod wpływem jakichś nielegalnych środków albo bardzo niewyspany, bowiem oględnie mówiąc, to jedna wielka bzdura. Zamiast setek ludzi szlachetnych, tych którzy w ten czy inny sposób zostali dotknięci cierpieniem widzę ludzi smutnych, w depresyjnych nastrojach, załamanych, złych, buntowniczych , zgorzkniałych , apatycznych albo zupełnie innych od tych, których znałam.
3. Jakby człowiek wiedział, że się przewróci, to by się położył. Z cyklu złote przysłowia pszczół. Niby racja, a jest jakieś takie, no, aż nazbyt truistyczne;)
A Wy? Znacie jakieś powiedzonka, które wyprowadzają Was z nerwów mądrością inaczej swej treści?
Bo jak sobie coś jeszcze przypomnę, to dopiszę…
No i dzięki By_babce, przypomniało mi się kolejne. Drogą skojarzenia do szklanki wody, co to ją dziecię na starość ma podawać.
Kolejna złota myśl:
Prawdziwa kobieta spełnia się dopiero wtedy, gdy zostaje matką. Bez dyskusji;)

