dwie książki…

…wczoraj otrzymałam od Judytty. Jako, że razem zapakowane, więc i tak po większą przesyłkę wybrać się trzeba było na pocztę. Przy okazji więc odbioru, wysłałam do Judytty obiecaną książkę, także dwie pocztówki do znajomych blogowych (Dublinio, oczekuj;), a także małą niespodziankę dla Ekolożki. Oby poczta się spisała tak dobrze, jak ta , kiedy Judytta wysyłała mi w czwartek książki (doszły w tempie iście ekspresowym). A książki, które otrzymałam, to "Echo winy" Charlotte Link, na którą już się cieszę (chyba zacznę od niej właśnie lekturę) i "Wskrzeszenie umarłych" Wolfa Haasa. Szykuje się mniam lektura;)

„Lęk i odraza w Las Vegas”. Hunter S.Thompson.

Od razu uprzedzam, na freakowych książkach się nie znam, raczej to nie moje klimaty, ale przeczytałam ją dzielnie, bo jak tu nie przeczytać, skoro tłumaczył ją jeden z odwiedzających mnie gości? Byłoby co najmniej niegrzeczne;) a na serio, cieszą mnie cudze sukcesy a książką to tak się tłumacz cieszył, że aż chciałam sama zobaczyć, co to za kąsek i jak to się je.
Od razu uprzedzam, co wrażliwsze jednostki w ogóle za tę książkę nie powinny się łapać. Chociaż, jakby nie było, ja się złapałam i mało tego, podobała mi się;)
Od razu uprzedzam jeszcze jedno, ja wiem, że ta książka ma za sobą nieść jakieś większe przesłanie, że to tylko taka przykrywka dla głębszych refleksji, cóż z tego, kiedy dla mnie pozostanie ona przede wszystkim w kategorii "najbardziej zwariowane książki, które czytałaś"…

Oto poznajemy bohaterów książki, dziennikarza Raoula Duke’a i jego adwokata (cytat "jako twój adwokat doradzam ci…" przechodzi do mojego prywatnego języka;) z Samoa, niejakiego doktora Gonzo, jak rozpoczynają swoją wielką podróż do jądra "amerykańskiego snu" (nawiasem mówiąc, scena, kiedy w pewnym barze otrzymują na niego namiar jest rozwalająca, chyba jedna z moich ulubionych, nie ma bowiem nic bardziej śmiesznego, jak nieporozumienie, w którym jedna ze stron jest śmiertelnie poważna a druga stara się nie wypaść z przypadkowo dopasowanej roli).
Duke i Gonzo ruszają więc w podróż do Las Vegas, która to szaleńcza podróż, w której z wszelakich używek, narkotyków i wspomagaczy panowie nie próbują jedynie ludzkiej szyszynki, dzieli się na dwie części. Pierwsza z nich, to próba stworzenia przez nich opisu słynnego wyścigu motocyklowego Mint 400, druga część opowiada o zderzeniu dwóch postaci bohaterów z konferencją antynarkotykową organizowaną w Las Vegas. Nie ma doprawdy bardziej "odpowiednich" gości takowej konferencji, jak ci dwaj nieusatnnie będący na zupełnie innym poziomie świadomości , szaleńcy.

I właściwie można by było faktycznie tę książkę potraktować jako opis "szaleńczej podróży do serca "amerykańskiego snu", jak traktuje podtytuł, gdyby nie fakt, że niesie ona istotnie wiele gdzieś starannie poukrywanych obserwacji Stanów, które właśnie odkryły, że ów "amerykański sen" a raczej jego realizacja, gdziesik im się zagubiła po drodze. Że nie jest być może tak wspaniale, jakby sobie chciano wymarzyć.
Rozczarowanie jest bardzo widoczne. Z drugiej strony, według mnie samej, naiwnością było by oczekiwanie, że którekolwiek państwo na świecie jest w stanie stać się krajem idyllicznym, bez żadnych problemów społecznych. Może rozczarowanie autora, który szukając ucieczki od tego, co widzi w realu, w używkach, potęguje fakt zakłamania polityków, którzy w tym czasie usilnie starali się wmówić społeczeństwu, że jest super, jest dobrze i właściwie problemy są znikome. Jak bardzo jest świetnie i bajkowo ukazała Amerykanom słynna afera Watergate…

Książka  jak wspomniałam, jest bardzo specyficzna, ale cieszę się, że po nią sięgnęłam.

I na zakończenie, kilka cudownych cytatów z owej książki:

"Mentalność Vegas jest tak obrzydliwie prymitywna, że najgorsze przestępstwa często przechodzą tu niezauważone".

Po szaleńczej i udanej akcji pędzenia po pasie startowym , aby na czas wsadzić do samolotu doktora Gonzo:

"Na razie mieliśmy szczęście. Żadnych oznak alarmu ani pościgu. Zastanawiałem się, czy przypadkiem w VEgas takie akcje nie są codziennością-szybkie wozy wjeżdżają z piskiem opon na pas startowy, wioząc spóźnionych pasażerów, z których wyskakują Samoańczycy z obłąkanym wzrokiem i tajemniczymi płóciennymi torbami pod pachą, w ostatniej chwili wsiadają do samolotu i odlatują w stronę wschodzącego słońca.
Pewnie tak, pomyślałem. Na pewno to nic niezwykłego w tym mieście…".

I gorzka prawda, jakaż współczesna a propos dzisiejszych mediów wszelkiej maści:

"Dziennikarstwo to nie zawód ani branża. To tylko mizerna szansa na zaistnienie dla popaprańców i odmieńców -fałszywe drzwi na zaplecze prawdziwego życia, obrzydliwa, zaszczana nora zabita dechami przez inspektorów budowlanych, ale dość głęboka, by każdy pijaczek mógł się stoczyć do niej z chodnika, żeby tam walić gruchę jak małpa w zoo".

Nie polecam każdemu, domyślam się, że nie wszystkim ta książka się spodoba. Mnie się podobała, ale mówię, niech każdy przekona się sam, jak odbierze tę książkę. Być może niektórzy podczas jej lektury odczują jedynie tytułowy "lęk i odrazę"…


a gdybyś musiał/ła…

…z chwili na chwilę zostawić to, co masz najdroższego, swój dom, swoje miejsce na ziemi, swój cały dobytek (nawet nie wiadomo, jak skromny), swój kraj i udać się na tułaczkę i poniewierkę? Gdzieś, gdzie wiadomo, że nigdy nie będziesz "swój", gdzie zawsze będziesz obcy, gdzie nie zawsze trafiasz bo tam chcesz, ale tylko tam chcą ciebie przyjąć? Gdzie musisz a nie chcesz, a to wielka różnica?
Tak, dzisiaj obchodzimy Międzynarodowy Dzień Uchodźcy. Współczesny świat zna ich wielu, coraz większą ilość…
I w takim dniu, jak ten przychodzą do głowy może truizmy, ale jakby nie było, nikt z nas nie jest zagrożony we własnym domu, nie musi kłaść się spać z obawą, że nie doczeka rana. Nikt z nas nie jest prześladowany z tego, czy innego powodu i na tułaczkę nie jest skazany…doceńmy to.

„Niczego nie żałuję-Edith Piaf”. Reż. Olivier Dahan.

Coś mi się wydaje, że film , kiedy wszedł w zeszłym roku na ekrany nie miał jakichś super recenzji? A może z innym go mylę. Dość, że ja i tak recenzjami się nie kieruję a tym, czy mnie dany obraz zainteresuje, czy nie. Ten film nabyłam mojej Mamie na Święta, jako, że ona uwielbia Edith Piaf i wreszcie sama postanowiłam się z nim zmierzyć. Piszę "wreszcie", jako, że czułam, wiedziałam, przeczuwałam, że nie będzie to optymistyczny obraz. I niestety, miałam poniekąd rację. Jako, że generalnie można stwierdzić, że życie Edith Piaf, to była taka nieco straszniejsza bajka, ale zdecydowanie bez happy endu…Oto porzucona praktycznie przez matkę dziewczynka, która najpierw wychowywana przez babcię burdel-mamę a potem ojca cyrkowca, zostaje dnia pewnego odkryta przez znawcę muzyki i wprowadzona poniekąd w wielki świat.
Tylko, czy to się udaje?

Powiem, a raczej napiszę tak, film mi się baaaardzo podobał. Mimo, że wiedziałam, że biografia Edith nie będzie super optymistyczna…W rolę Edith wcieliła się wspaniała w tym filmie Marion Cottilard. Rewelacyjna i Oskar dla niej zasłużonym mi się wydał w pełni.
Podobało mi się to, że autorzy filmu nie starali się na siłę "wybielić" życia piosenkarki. Kiedy trzeba , pokazali, że w swoim życiu miała wiele nieciekawych momentów. Popełniała wiele błędów. Ale to przecież, jak każdy człowiek. Dlatego wydaje mi się, że Edith w tym filmie jest bardzo prawdziwa, taka ludzka. Gra Cotillard rewelacyjna, co już napisałam, odnosiłam wrażenie, jakbyśmy nie aktorkę odgrywającą rolę na ekranie oglądali a nagle jakimś niesamowitym zbiegiem okoliczności, przenieśli się w przeszłość i mogli śledzić losy samej Piaf……….

I mimo, że pod koniec łzy kapały mi z oczu, to zdecydowanie jestem zadowolona, że ten film obejrzałam. Jej postać będzie od tej pory dla mnie jeszcze bardziej "znajoma".

Podobno, tak mawiają mądrzy ludzie, człowiek nie umiera wraz z odejściem z tego świata. Podobno umiera dopiero wtedy, kiedy umiera pamięć o nim…….Edith Piaf żyje więc wciąż, w swoich wciąż sprzedawanych na płytach piosenkach, we wspomnieniach tych, którzy ją znali.
Na cmentarzu Pere Lachaise, gdzie znajduje się jej grób, o tym, że Edith żyje świadczy najlepiej fakt, że na grobie owym wciąż są kwiaty , świeże, prawdziwe kwiaty……
Zresztą, sami sprawdźcie…wklejam Wam zdjęcie jej grobu.

Na mnie owa biografia zrobiła wielkie wrażenie, podobała mi się i polecam ją nie tylko tym, którzy piosenek Edith Piaf słuchają na codzień……..

„Wielki seks w małym mieście”. Tatiana Polakowa.

Już kiedyś pisałam, że polubiłam Olgę Riazancewą, która jest bohaterką książek Tatiany Polakowej. Nie jest to "grzeczna dziewczynka", która idzie do nieba, a raczej "niegrzeczna,która idzie tam gdzie chce". Swego czasu Oldze podwinęła się trochę noga w drodze do bycia ideałem, i gdzieś po drodze skręciła, zaplątując się pewne układy. Jak napisałam na forum Kryminały i Sensacje, coś mi wygląda na to, że w Nowej Rosji jest masa przedziwnych układów, powiązań, które chyba nawet nam, mającym w Polsce przedziwne powiązania pomiędzy zdawałoby się wzajemnie wykluczającymi się organizacjami , wydać się musi skomplikowane.

Tak, czy siak, Olga Riazancewa prowadzi kolejne dochodzenie, tym razem rzecz zaczyna się od wieczoru, kiedy Olga podwozi dwóch młodych chłopaków, z ktorych jeden z nich zostawia u niej w aucie przypadkowo aparat fotograficzny i kiedy Olga jedzie oddać właścicielowi jego własność okazuje się, że nie ma już co się tak spieszyć. Chłopak nie żyje.

To chyba najbardziej mroczna z książek Polakowej, która dotąd została u nas wydana. Podobny temat w jednym ze swoich kryminałów poruszyła kiedyś Marinina i pamiętam, że wtedy mimo, że czytałam go na rozgrzanej słońcem plaży, a dookoła cykały cykady, to nie byłam w stanie pozbyć się wszeogarniającego mnie wtedy uczucia zimna z przerażenia, do czego są w stanie ludzie.

W "Wielki seks w małym mieście" jest podobnie. Zastanawiałam się podczas lektury, czy nie jest tak, że bogacące się społeczeństwo jest skazane z góry na zafascynowanie przez niektóre jednostki najbardziej zboczonymi przyjemnościami i brutalnym zaspokajaniem ich ohydnych instynktów…

W książce po raz kolejny Oldze przyjdzie zmierzyć się z pozornie porządnym społeczeństwem a raczej jego przedstawicielami, po drodze coś niecoś znowu zakotłuje się w jej życiu prywatnym, aby na koniec stwierdzić, że jej najlepszym przyjacielem jest jamnik Saszka…

Wiem, że książki Polakowej nie wszystkim się podobają. Ja jednak je lubię, tak, jak lubię samą bohaterkę, może właśnie za to, że nie jest aniołkiem, który powoduje, że człowiek czuje się wiecznie gorszy;)


UPDATE:
Polecam recenzję tej samej książki napisaną przez Nuttę:

http://niecodziennikliteracki.blox.pl/2008/06/Duzi-chlopcy-sie-bawia.html

bardzo lubię patrzeć, jak różne rzeczy wychwytujemy czytając te same książki, na co piszący recenzję zwrócił uwagi a co może nam umknęło. Poza tym, jest to po prostu świetnie napisana recenzja;)

Kuba, Korfu i Londyn…

…jakieś parę lat temu poczta ogłosiła, że również w sobotę będą dostarczane przesyłki. Od tej pory w sobotę przesyłki dostaliśmy trzy razy. Włącznie z dzisiejszymi. Poczta chyba nadrabia po strajku, bowiem ze zdumieniem zobaczyliśmy dzisiaj listonosza roznoszącego przesyłki. Schodząc na spacer otworzyliśmy skrzynkę a tu okazało się, że wręcz w niej kipi od listów i przesyłek. Otrzymałam trzy pocztówki, jedną w liście od Monoli. Monoli, dziękuję za list, długaśny, taki osobisty, i kartkę z Londynem z końca wieku 19stego. Od Pyzy dotarła pocztówka z Kuby, ze stareńkim autem , panem z oczywiście cygarem i słońcem aż buchającym z kartki, a od Dublinii urocza poglądowa kartka z 28 zdjęciami greckiej wyspy Korfu, która to wyspa jest dla mnie jeszcze zupełnie nieznana, bowiem nie byłam tam do tej pory. Nie powiem, kusi mnie. Tym bardziej mi miło, bowiem te dwie ostatnie kartki stanowią pierwsze z obu miejsc w mojej kolekcji. Nie miałam bowiem do tej pory pocztóki ani z Kuby ani z Korfu. Kuba jest chyba jak dotąd ciągle dość mało odwiedzanym miejscem, a Korfu wśród greckich wysp również chyba jest jak na razie mniej popularna i jeszcze nieodkryta, a szkoda, bo jest podobno ładna.
Za pocztówki wielce Wam dziękuję, sprawiłyście mi wielką radość! Cieszę się też, że mimo strajku, list i pocztówki do mnie dotarły.

ekranizacje książek, które…

chcielibyście zobaczyć?
Do tego tematu natchnął mnie fakt, że zaczęłam czytać kolejny kryminał Tatiany Polakowej, "Wielki seks w małym mieście" (Nutta, to w sumie dzięki Tobie dowiedziałam się, że już wyszedł, dzięki raz jeszcze 🙂 i tak sobie podumałam, że chciałabym zobaczyć jego ekranizację. Ostatnią, jaką widziałam rosyjską ekranizację kryminału, to był serial na podstawie książek Marininy o Kamieńskiej. Był on dość specyficznie zrealizowany, bowiem było 16 odcinków , ale tylko o 4 sprawach, co czyniło go dość trudnym początkowo do oglądania, kiedy właściwie oglądało się jeden miesiąc ekranizację jednej sprawy. Sama bohaterka, czyli Anastazja Kamieńska też trochę odbiegała początkowo od mojego o niej wyobrażenia, ale z czasem spodobała mi się zarówno ekranizacja, jak i sama bohaterka. Niemniej jednak trochę inaczej bym ją sobie wyobraziła.
Teraz oglądam ekranizacje na podstawie powieści Mankella, które czasem litościwy Polsat rzuca na niedzielny czy świąteczny wieczór (zupełnie nieregularnie, niestety) i muszę przyznać, że te ekranizacje podobają mi się bardzo.
I zaczynając czytać nowy kryminał, pomyślałam, że chętnie bym zobaczyła jego ekranizację.
Nie tylko jego, oczywiście.
Myślę, że przeczytana niedawno przeze mnie "Wyspa" mogłaby zostać ciekawie sfilmowana, także chciałabym kiedyś móc zobaczyć zekranizowaną już książkę "Z pokorą i uniżeniem" Amelie Nothomb.
A Wy? Jakie książki ostatnio tak Was poruszyły, że aż chcielibyście zobaczyć je na ekranie?
Ja zdaję sobie sprawę, że nie każde się da (nie bardzo umiem wyobrazić sobie ekranizację książek Murakamiego na przykład, chociaż jestem pewna, że prędzej, czy później ktoś się za to weźmie, u nas już kiedyś było przedstawienie w teatrze telewizji na podstawie jego książki, całkiem , całkiem, ale…).

No właśnie, co chcielibyście zobaczyć kiedyś na ekranie, co Wam się marzy? A może jest coś, jakaś książka, którą boicie się, że kiedyś ktoś podejmie się przenieść to na ekran??