„Ani z widzenia, ani ze słyszenia”. Amelie Nothomb.

Na poczatek, pastwię się nad tłumaczeniem tytułu, który w oryginale brzmi "Ni d’Eve ni d’Adam". Nie wiedzieć, czemu, tłumaczka zdecydowała się na "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" bowiem nijak się ma to do treści. Niestety, tytuł oryginału zdecydowanie pasuje bardziej i szkoda, że nie można go było po prostu przetłumaczyć "dosłownie". Tyle mojego czepiania się, bowiem dalej jest już tylko OK;)

Za co lubię prozę Amelie Nothomb, a szczególnie jej książki z elementami autobiograficznymi? Za to, że ona się nie kreuje. Czego nie lubię, co wyczuwam na wszelakich forach, blogach i co mnie uwiera bardzo, to fakt, kiedy ludzie starają się kreować na innych, niż są. Stwarzają swój mało wiarygodny portret, który usiłują innym "sprzedać". Niestety, w większości przypadków bardzo te kreacje widać.
No, ale dobrze, bo znowu się czepiam a nic o książce nie ma;) Ale ten wstęp (bronisław?:) był po to, aby stwierdzić, że w przypadku Nothomb żadnej sztuczności nie widzę. To kobieta, która wydaje się na kartach swych powieści być właśnie bardzo autentyczna. Oprócz tego, posiada cechę, która doprawdy jest dana niewielu osobom, bowiem ma, jak mało kto, znakomity dystans do własnej osoby. Potrafi sama siebie potraktować z ironią, czemu rozlicznie daje wyraz.

W "Ani z widzenia, ani ze słyszenia" autorka po szesnastu latach nieobecności w Japonii, w której na świat przyszła i przeżyła pierwsze pięć zdaje się lat życia, wraca do kraju kwitnącej wiśni i rozpoczyna przypomnienie nauki języka japońskiego, jak również sama zaczyna dawać lekcje języka francuskiego. Wynika z tego coś bardziej romantycznego, niż nudne korepetycje;) ale nie chcę za wiele zdradzać. Znowu mamy do czynienia z (moim zdaniem) celnymi uwagami i obserwacjami na temat życia w Japonii. Co jeszcze uwielbiam w prozie Nothomb i jej opiniach? Większość piszących o Japonii jakby się jej "bała". Nie wiem, czy to dobre słowo. Ale zauważyłam, że ludzie największe głupstwo, niegrzeczność, chamstwo wręcz, starają się ubrać w "kulturowe różnice", bo "to takie japońskie" itd. Tak, mówi to osoba, która interesuje się tym krajem;) Jednak zauważam taki trend. Oczywiście, nie chodzi mi też o to, aby nagle zniszczyć nasze przekonanie na temat wysublimowanej kultury tego narodu ale do licha, nie cierpię brania tematu przez bibułkę, bo…nie wiem, nie wypada? ktoś się obrazi? U Amelie Nothomb tego nie ma i ufff, wielkie jej za to dzięki. Może dlatego, że kobieta generalnie wygląda na taką, której tego typu zabiegi i gierki są zdecydowanie obce. Dla mnie, to wielki plus.

Nie chcę za dużo zdradzać z rozwoju akcji książki, dość, że wraz z nawiązaniem "bliższych stosunków" autorka przedstawia jej początki życia po powrocie, tuż przed rozpoczęciem pracy w wielkiej korporacji, co z kolei możemy potem wyczytać w jej rewelacyjnej książce "Z pokorą i uniżeniem" (polecam!).

W każdym razie, ja miałam lekturę bardzo udaną, czemu dałam wyraz obdarowując ją świetną oceną na biblionetce. Mnie się książka bardzo podobała i polecam.