minione…

…2 tygodnie znowu pozwoliłam zawładnąć swojemu wewnętrznemu stresowi, złym myślom i obawom. Znowu, jak ohydne karaluszyska, wylazły z podświadomości obawy, smutki, zadawnione żale, których się kiedyś tam nie wyjaśniło i jak się okazuje, uwierają z biegiem czasu jeszcze bardziej…
W zamartwianiu się na zapas i tak zwanym niepotrzebnym jestem absolutnym mistrzem. Czuję, że mało kto jest w stanie mnie przebić w tej dziedzinie.
Mam nadzieję, że lipiec przyniesie mi tak potrzebne mi wewnętrzne ukojenie i po prostu spokój…

„Ania z Zielonego Wzgórza”…

…jest czytana w "Lecie z Radiem" jako lektura. Słucham z sentymentem, jako,że oczywiście w dzieciństwie czytałam. I oczywiście czuję, że tak samo popłaczę się jak bóbr, kiedy dojdą do śmierci Mateusza.
Dzisiaj zastanowiło mnie jednak coś. Doszliśmy do chwili, kiedy wizytująca Marylę pani Małgorzata mówi Ani wprost, jaka to z niej brzydka, bardzo brzydka dziewczynka, nie przejmując się , że rani uczucia małej. Mało tego, pani Małgorzata kompletnie nie uważa, że takiej małej osobie, dziecku po prostu, należy się szacunek. Jak się sobie przypomni, jak ogólnie w książkach z tamtego czasu przedstawiane jest życie dziecka, to zauważyć można, jak się zmieniło przez lata podejście do dziecka, dzieciństwa, do autonomii dziecka, jako odrębnego człowieka zasługującego na szacunek. Kary cielesne wtenczas były na porządku dziennym, zresztą, nie oszukujmy się, bicie dziecka jako karę dalej stosuje niestety! zbyt wielu rodziców…ale ogólne podejście do dzieci jednak się zmieniło. Nie mam tu na myśli przesadne pozwalanie dzieciakom na wszystko, owo źle przez tak wielu rozumiane "bezstresowe wychowanie", ale po prostu o podejście do tych małych, ale przecież ludzi, którzy mają tak samo prawa, jak osoby dorosłe…
Podejrzewam, że wiele dalej takich pań Małgorzat funkcjonuje wśród nas, ale sądzę, że przynajmniej owe Maryle nie mają poczucia , że źle robią zwracając im na tego typu zachowanie uwagę. Maryla bowiem sama nie do końca rozumiała, czemu wtedy stanęła w obronie Ani. Ot, taka refleksja pod wpływem lektury;)

torbę wybierałam…

…we śnie, oczywiście. To pewnie dlatego, że od dłuższego czasu zaczynam odczuwać potrzebę nabycia nowej. A to jeden z najtrudniejszych wyborów, bowiem, szczerze mówiąc, tak naprawdę rzadko kiedy widzę w sklepie coś, co spełnia moje oczekiwania. Są określone kryteria, które torba musi spełniać. Mieć najlepiej dwie wewnętrzne kieszonki (na klucze, dokumenty itd), odkąd się przyzwyczaiłam do kieszeni zewnętrznych powinna być przynajmniej jedna zewnętrzna (bardzo praktycznie, kiedy chce się sięgnąć na przykład po chusteczkę do nosa i nie otwierać przy innych torby z okazaniem zawartości), powinna mieć dwa ucha, nie za długie, nie za krótkie, i powinna mieć odpowiednią pojemność. No i kolor. Nie każdy mi się podoba. Teraz ganiam z moją pomarańczową, co to ją sobie nabyłam lat temu trzy w Wiedniu, ale trochę się już zniszczyła. I pewnie dalej będę z nią ganiać, bo nic fajnego nie widzę. Bo, to , co bym chciała, to pewnie z cyklu "takie rzeczy, to tylko w Erze":)
Ta ze snu, była, o mamo, z wzorkiem Hello Kitty;) lubię na to popatrzeć, ale torby w tym wieku z tym nadrukiem z pewnością bym nie nabyła.
Ja tu sobie żartuję, ale problem powstał…
A Wy? Co jest Wam trudno dla siebie kupić, bo macie co do tego tak spore wymagania, że zwyczajnie rzadko kiedy są one spełnione?

tytułu wymyślić nie umiem…

…do tej notki, to taki będzie sobie tenże tytuł.
Utkwił mi chłop w robocie, zatem spaceru wspólnego nie było. Poszłam więc sama, nieco wcześniej, niż kiedy razem. Zjadłam nawet coś w miejscowej restauracyjce, w ramach obiadu, bo z lenistwa dla mnie samej nie chciałoby mi się nic robić, skoro, jak wyszło, do tej pory obiadu wspólnie byśmy nie zjedli… Nie jest fajnie jeść samemu, oj nie…Poszłam potem obejść lokalne księgarnie, i tak na pierwszy rzut poszedł Empik w Tesco, gdzie nabyłam coś dla P. na Imieniny się zbliżające (nie napiszę, co, bo a nuż przeczyta? wprawdzie sądzę, że nie czyta mojego bloga, ale gdyby, nie chcę psuć niespodzianki), a sobie kupiłam opowiadanka Woody’ego Allena, tak chwalili, że sama się chcę zapoznać.
Potem skierowałam swe kroki w kierunku księgarni "Świata Książki", która to nieopodal nas jest. Nie mam tam karty stałego klienta, bowiem irytuje mnie świadomość tego, że jakieś książki muszę zamówić. Tak obligatoryjnie. Niby, kiedy się tam rozglądam, zawsze coś dla siebie znajdę, ale…nie lubię czuć takiej presji na sobie. Jednak dwie kobiety przede mną wyciągnęły karty członkowskie, czyli jednak to popularne. Tu nabyłam (nawet nie wiedziałam, że już jest coś nowego jednej z moich ulubionych autorek!) "Zabójcze piękno" Joy Fielding (oj, jak się na nią cieszę!), a także, w ciemno, "Pomaluj to na czarno", autorki "Białego Oleandra", Janet Fitch.
Miałam wielką ochotę na najnowszą książkę Montefiore, Judytto, widziałam, że u Ciebie na blogu ktoś o niej wspomniał, ale stwierdziłam, że co za dużo, to niezdrowo, więc kupiłam jeszcze książkę na prezent dla P.;)
Wracałam z poczuciem , że wydaję stanowczo za dużo kasy na książki, ale pocieszył mnie dialog, ktory przeprowadziła koło mnie dziewczyna z chłopakiem. On coś wspomniał o karcie kredytowej, a ona, że owszem, używa i że musi właśnie spłacić. Osiem setek. "Na co ty tyle wydajesz?" spytał się jej z przerażeniem. "Na ciuchy" odpowiedziała z lekkim uśmiechem;) no więc poczułam się rozgrzeszona. Niech każdy wydaje na to, co mu najbliższe;0)

„Echo winy”. Charlotte Link.

Niemka opisująca angielską prowincję i jej mentalność. Czy to się da?
Ależ oczywiście! Już w "Domie sióstr", który również polecam, udało się
Link oddać klimat angielskiej posiadłości, a w "Echo winy" żadnych
zgrzytów również nie odczułam.


"Echo winy" to książka o wątku kryminalnym z obyczajowo-psychologicznym tłem.


Oto bowiem poznajemy w tym samym czasie parę osób, najpierw niemieckie
małżeństwo, które ma zamiar podróżować jachcikiem (łódeczką raczej)
dookoła świata, zarabiając dorywczo w portach, jednak okazuje się, że
ich plany biorą w łeb, jako, że ich łódeczka zostaje dosłownie
zmieciona. Poznajemy też Virginię i jej rodzinę,męża-Fryderyka, 
kandydującego do Izby Gmin, i córeczkę Kim. To oni zaproponują
rozbitkom gościnę w swoim letnim domu na wyspie Skye, podczas, kiedy
sami powrócą do dziwnego trybu życia, jaki prowadzą na co dzień, a
mianowicie Virginia spędza czas z córką w domu na prowincji gdzieś w
Norfolk, zaś jej mąż prowadzi ożywione politycznie życie w Londynie.
Takie, to właśnie małżeństwo, którego poznanie bliżej zaczyna
sugerować, że nie do końca wszystko w nim "gra". Może jest więcej
niedograń, niż nam się wydaje. Może są jakieś zadawnione wydarzenia z
przeszłości kładące się cieniem na jego kondycji.


Tak, czy inaczej, podczas, kiedy rodzina Virginii powraca do Norfolk, w
najbliższej okolicy zaczynają mieć miejsce zbrodnie. Ktoś zaczyna
porywać małe dziewczynki , które zostają potem znalezione nieżywe, za
to niestety, jak się okazuje, były ofiarami przestępstwa na tle
seksualnym…Mimo, że zbrodniarz zdaje się jakby "polować" na konkretne
ofiary, zdaje się wybierać te dziewczynki, które są otoczone mniejszą
opieką, to jednak na wszystkich w okolicy pada blady strach. Do tej
pory okolica ta przecież była sielska i spokojna, a tu nagle takie
wydarzenia.


Podczas kiedy okoliczne matki trwożą się o swoje córki, Virginia zdaje
się ulegać coraz bardziej urokowi i wpływowi tajemniczego rozbitka,
który dziwnym trafem okoliczności, nagle opuszcza domek na wyspie i
zjawia się za nią w Norfolk.


Każdy ma swojego kościotrupa w szafie, zdaje się nam mówić autorka
książki, która powoli odsłania przed nami pewne wydarzenia z
przeszłości Virginii. Każdy ma za sobą coś, czego się wstydzi, czy
czego żałuje. Niektóre wydarzenia są rozwiązane, jednak część z nich
nie, zostały gdzieś przez nas zasypane w podświadomości, nie chcieliśmy
dać im wyjść na powierzchnię. Jak się okazuje, do czasu. Potem ,
pewnego dnia, jakieś słowo, jakiś impuls, i wszystko się wraca, wraca
ze zdwojoną siłą co powoduje często konsekwencje nie do odwrócenia…


Książka "Echo winy",to kryminał, znakomity, z zaskakującym zakończeniem
(przyznaję się, że autorka mnie osobiście zwiodła, przez pewien czas
jako sprawcę zbrodni typowałam nie tę osobę, która się przestępcą
okazała), ale również z ciekawym psychologicznym tłem i rozmaitymi
ludzkimi słabostkami i grzeszkami opisanymi w niej. Jedno, co mnie
drażniło,i to bardzo, to postać głównej bohaterki, Virginii.
Podejrzewam jednak, że jest to całkiem możliwa do zaistnienia postać.



Dziewczyny, które czytały książkę przede mną "ostrzegały" mnie, że jest
to książka z rodzaju tych, które, kiedy zaczniesz czytać, nie możesz
się od nich oderwać. Trochę nie dowierzałam i mam za swoje;))
przekonałam się na sobie, że właśnie tak jest z tą książką.


Jednym słowem, jeśli chcesz ją przeczytać, a ma ona porządną objętość,
polecam zabrać się za nią w któryś z weekendowych dni, kiedy nikt i nic
gonić cię nie będzie, a ty będziesz się mogła oddać dobrej lekturze.


Cóż mogę dodać, poza tym, że polecam?!

letnio się poczułam;)

nie tylko ze względu na fakt rozpoczęcia się lata kalendarzowego (to za oknem mamy od jakichś 3 tygodni przynajmniej), ale ze względu na fakt, że dzisiaj zaczęło się "Lato z Radiem":) Lubię, słucham od wielu, wielu lat, mam z nim związane bardzo sympatyczne wspomnienia…słuchałam go w mazurskiej głuszy i to dzięki niemu na przykład poznawaliśmy wtedy pogodę na następne dni jak również zaśmiewałam się przy czytanej wtedy przez Malajkata powieści, jaką był "Forrest Gump". Tak więc sezon letni uważam osobiście za otwarty;)

Wczoraj była przedziwna pogoda, może to przed dzisiejszymi burzami? Dziwnie źle się czułam…Nie miałam ochoty na długie łazikowanie (mimo to pochodziliśmy dwie godziny). Najpierw podeszliśmy pod las. O zakazie wstępu do lasu wiem z forum lokalnego, ale bardzo chciałam zobaczyć, ilu mamy ślepych Polaków. Mimo, że przy lesie wisi kartka z ogłoszeniem (fakt, że z boku na palu, ale jak niby inaczej mają ją powiesić?? postawić bilbord?), do lasu ciągnęli ludzie. Szkoda;( tak mało tej zieleni wokół, a naród nie dba. Ja wiem, że czasem prawo czy zakaz wydaje się durnowaty (tu można by założyć, że gdyby ludzie szli główną drogą, to nic by się nie stało, co z tego, jak wiadomo, że wiele osób i tak by łaziło mniejszymi bocznymi ścieżkami, dlatego zakaz obowiązuje całkiem na wstęp do lasu), ale jednak jak zakaz, to zakaz, i tyle.
Poszliśmy na spacer w drugą stronę, w stronę Skarpy…Mimo, że jest tam zacienione, to po spacerze odkryłam przykrość, okazało się bowiem, że mimo, że posmarowałam blokerem twarz i dłonie, to tunika, którą miałam na sobie zdradziła mnie…zapomniałam wysmarować dekolt i obecnie mam zjarany dekolt i ramiona;(
Na szczęście, przypomniałam sobie, że nasza zaprzyjaźniona pani aptekarka ostatnio podarowała mi próbki smarowidła Vichy właśnie na zbyt wielkie opalenie. Wieczorem wykorzystam. Wczoraj ratowałam się Panthenolem.
Na koniec wklejam Wam zdjęcie stareńkiego mieszkańca naszych okolic, czyli niejakiego dębu Mieszko I, który, jak głosi tabliczka przy nim, jest "Ostańcem Puszczy Mazowieckiej. Wiek około 1000 lat"…Staruszeczek już, ale jeszcze w części gałęzi jest życie i dąb zazielenił się już całkiem (fota, którą wkleję pochodzi z długiego majowego weekendu, więc dobre półtora miesiąca temu).

smakowity stosik;)

Wszystkie znajome książkomaniaczki na swoich blogach książkowych prezentowały już przynajmniej jeden stosik (co poniektóre nęcą co i rusz;), przyszła więc kolej na mnie. Jak widać, od sasa do lasa, czyli do wyboru do koloru. Na wierzchu "Echo winy", która to książka już zaczęta, bardzo mnie wciągnęła, dziś po spacerze zaległam na balkonie i czytałam, czytałam, czytałam, bardzo interesująca…

kolekcja filmowa w „Viva!”.

Po obejrzeniu "Babel", który można było nabyć wraz z "Vivą!" informuję, że będą jeszcze trzy według mnie ciekawe filmy w tej kolekcji. Już 26 czerwca -"Królowa", potem odpowiednio 10 lipca-"Kopia mistrza" i 24 lipca-"Malowany welon", z czego mnie kusi "Królowa" i "Malowany welon" właśnie. Może ktoś skorzysta z tej informacji i też wzbogaci swoją filmotekę.

„Babel”. Reż. Alejandro Gonzalez Inarritu.

Jak w przy budowie wieży Babel, kiedy okazało się, że brak porozumienia , niemożność dogadania się w różnych językach torpeduje prace i wysiłek, tak w w filmie "Babel" reżyser udowadnia nam, jak bardzo, nawet mówiąc tymi samymi językami, nie potrafimy się porozumieć.
Reżyser "Amorres Perros" i "21 gramów" (oglądałam z tych dwóch tylko "21 gramów") przedstawia w swoim najnowszym filmie kilka zdawałoby się z początku niepowiązanych ze sobą historii.

Amerykańskie małżeństwo w Maroku podczas swojej wyprawy staje się atakiem początkowo branym za atak terrorystyczny, głuchoniema japońska nastolatka, która nie potrafi dogadać się z własnym ojcem po traumatycznych przeżyciach rozpaczliwie poszukuje akceptacji, dwójka marokańskich chłopców, ktorych kusi i nęci strzelanie karabinem nabytym przez ich ojca, a także meksykańska niania, która pracuje nielegalnie od 16 lat w Stanach, opiekując się dwójką dzieci amerykańskiego małżeństwa. Jak się szybko zaczynamy orientować wszystkich tych ludzi coś będzie łączyć, ich losy splączą się w ten, czy inny sposób , aby w pewnym momencie, jak owa przysłowiowa strzelba, która musi wybuchnąć w ostatnim akcie przedstawienia, wystrzelić właśnie. Z tym, że w filmie strzał pada na prawie samym jego początku, a potem poznajemy stopniowo historie wszystkich osób biorących udział w dramacie, i zaczynamy powoli rozplątywać sznurki, natrafiając na supełki, czyli miejsca, gdzie ich losy się splatają…
I tak, jak przy budowie wieży Babel, okazuje się, że brak słów, niemożność porozumienia się stanowi dla wszystkich tych ludzi problem…
Mam jednak wrażenie, że reżyser (celowo) nie zamyka filmu ponuro. Zdecydowanie daje nam nadzieję. Owszem, pewne sprawy uległy zmianie na zawsze, coś stało się nieodwracalnego, ale dla większości z nich jest jednak nadzieja, nadzieja na to, że uda się ich relacje naprawić.
Z tym, że jak się okazuje, czasem potrzeba jest im naprawdę mocnego "wystrzału" aby zrozumieć to, co jest w ich życiu najważniejsze, i czego powinni się trzymać, aby się nie zagubić i nie zniszczyć wzajemnych relacji…
Mnie się film podobał i tym, którzy nie widzieli-polecam.