…poczta nie przestaje mnie zaskakiwać. Od dwóch tygodni czekałam na przesyłkę od angielskiej znajomej. Wiedziałam, że powinna nadejść, tymczasem awizo w skrzynce nie było i nie było. Wczoraj się pojawiło. Z ciekawą datą. Nie, nie 2 kwietnia, jak powinna, a …26 marca. I tak oto cofnęliśmy się w czasie. Nie omieszkaliśmy się spytać pani na poczcie, dlaczego antydatują przesyłki, to poinformowała nas, że listonosz wystawił to jako powtórne awizowanie. Co? ja się pytam, jakie powtórne, skoro pierwszego nigdy nie było? No, ale ona nie wiedziała, dlaczego listonosz tak zrobił. Oj, jak ja narzekam, że ten nasz "stary" (stażem, nie wiekiem) odszedł i przyszedł rok temu nowy listonosz. Tamten stary, to i polecone nosił do domu i przy nim najmniej kłopotów jakichkolwiek było. Teraz ktoś inny cieszy się z dobrej jego pracy. Awizo jednak okazało się nie na to, na co czekałam, a na list z dalekiego kraju z życzeniami Świątecznymi. Podpytałam o drugą przesyłkę , tę od angielskiej znajomej, i ona właśnie była, więc od razu odebraliśmy. Też, wyobraźcie sobie jako powtórne awizowanie. Mało mnie przy tym okienku nie rozniosło, ale na babkę co się mam wściekać, jak ona tam najmniej winna a wszyscy pewnie na niej frustracje na listonosza wyładowują?
Paranoja z tą pocztą polską, a jeszcze, jak Finetka ostatnio napisała, podobno od 21 kwietnia mają zamiar strajkować?
w ostatniej chwili;))
Widzieliście latające pingwiny? Jak nie, to popatrzcie;)) dzięki Regino za podesłanie mi tego fascynującego linku;P)
na kolana! czyli dlaczego nie…
…noszę korali.
Nie wiem, może to 1 kwietnia tak mnie nastroił. Kolejny dzień "obligatoryjny", jak ja to nazywam, w którym trzeba sobie sprawiać żarty i dworować. Eeee, na siłę nie umiem, ale napiszę coś weselszego, a dlaczego akurat taka historyjka będzie, sama nie wiem, coś mi się drogą skojarzeń przypomniało i padło na dzisiaj, że napiszę. O tym, dlaczego w mojej kasetce z biżuterią nie ma ani jednej sztuki korali, żeby nie wiem, jak urokliwe były. A mianowicie, że Chiara nosić korali nie może. Nie może i basta. Nie, nie żadna tam alergia, czy coś. Po prostu jej nie wolno;)
Zaczęło się w pierwszej licealnej, a raczej pod jej koniec, kiedy to dziecię po wyjątkowo udanym zakończeniu roku szkolnego stało w gronie innych dzieciątek po odbiór jakowejść nagrody książkowej za ładną średnią (nigdy potem już w liceum takiej ładnej średniej nie miałam, niestety;)). Dziecię przywdziało na tę okazję jakąś suknię a do tego zawiesiło na szyi sznurek z nanizanymi paciorkami z rzekomo kryształu górskiego. Od wczesnej młodości awersję do publicznych wystąpień miałam, co nawiasem mówiąc, zostało mi do dziś, więc sława omija mnie szerokim łukiem (na szczęście;). Stałam więc przed tą resztą ludzi ze szkoły i głównie, co oglądałam, to czubki własnych butów z nadzieją, że dadzą wreszcie tę książkę i będzie można pójść sobie. Ktoś tam wyczytywał nazwiska, padło moje i oczywiście, w momencie, kiedy ruszyłam co się stało? Bach. Rozwalił się naszyjnik z kryształkami…kryształki urokliwie sypnęły się na ziemię a ja nieco mniej urokliwie buchnęłam na kolana je zbierać. Uroczy występ publiczny, doprawdy;)
Następny taki odbył się cztery lata później, kiedy stwierdziłam ,że chyba klątwa korali minęła. Wybrałam ci się ja z wizytą do szpitala do kogoś, kto tam leżał. Ten ktoś w tamtej chwili był dla mnie na tyle ważny, że postanowiłam się ustroić i padło na korale. Korale nabyte w indyjskim sklepie, składały się z 3 sznurów z nanizanymi na nie najrozmaitszych kształtów i kolorów paciorkami, ogólnie mówiąc, była ich cała masa;) Daleką drogę autobusem przetrwałam, a katastrofa zdarzyła się, kiedy weszłam już na korytarz, na którym znajdowała się sala, w której leżał pacjent. Tak, słusznie się domyślacie, pękł jeden ze sznurków i koraliki spadły i rozpierzchły się na całą długość szpitalnego korytarza. A ja znowu buch na kolana i dawaj zbierać.
Trzecia i ostateczna próba miała miejsce w czasach studenckich, kiedy to grupa wybyła na wyjazd naukowy do grodu Kraka. Korzystając z chwili czasu postanowiliśmy się powłóczyć po krakowskich galeriach. Ja miałam na sobie piękne bursztynowe korale. I tak, słusznie się domyślacie, kulminacja nastąpiła w jednej z galerii, kiedy to korale nagle, z niewiadomej przyczyny , zerwały się i …tak, wiem, powtarzam się, wylądowałam na kolanach. Nie ja jedna,zresztą, bowiem wtedy w poszukiwaniu ich uczestniczyła większa część grupy znajomych mi towarzyszących a nie wiem, czy i nie pani z galerii.
Przygoda z bursztynami stała się przysłowiowym "dotrzechrazemsztuki" i stwierdziłam od tamtej pory, że niech będą najpiękniejsze, niech cieszą szyję i oko, ale nie moje, gdyż ja się za korale nie zabieram:)
