kwitną już magnolie…

…w powsińskim Ogrodzie Botanicznym, o czym mogliśmy przekonać się wczoraj, kiedy spacerem po lesie dotarliśmy tam. Widok piękny, a podejrzewam, że w tygodniu wszystkie kwiaty się już rozwiną i dopiero będzie frajda dla oka i powonienia…


„Persepolis. Historia dzieciństwa”. Marjane Satrapi.

Książkowo, a nawet komiksowo bym powiedziała. Dla sporej ilości czytelników jest to na pewno coś, co znają, ja czytałam ten niezwykły komiks dopiero teraz.
"Persepolis", która nawiasem mówiąc, została ostatnio sfilmowana, to niezwykły rodzaj dziennika czy pamiętnika autorki (nawiasem mówiąc, wnuczki ostatniego władcy Iranu), której czas dzieciństwa przypadł na niełatwy okres w historii jej ojczyzny, Iranu, a mianowicie na okres rewolucji irańskiej i wojny z Irakiem na początku lat osiemdziesiątych.
Kiedy my zmagaliśmy się ze stanem wojennym a nasi rodzice zachodzili w głowę , jak wyżywić rodzinę z racji kartkowych, rodzice Marjane zastanawiali się, czy i kiedy do ich domu wtargną strażnicy rewolucji i odkryją w nich zakazane postępowe książki, ubrania, muzykę, czy zakazany tam alkohol.
Marjane udało się w owym komiksie przedstawić swoją historię niełatwego dzieciństwa w sposób ogromnie wiarygodny. Oprócz przerażających doniesień na temat aresztowań i tortur, mamy tam do czynienia z dorastającą nastolatką, która buntuje się czasem przeciw rodzicom, robi im na złość na zasadzie "na złość mamie odmrożę sobie uszy", nastolatką, która ma pragnienie, jakie w tym wieku ma większość nastolatków, nie wyróżniać się z tłumu. Chce nie mieć na głowie obrzydliwej chusty a najchętniej zwariowaną punkową fryzurę. Na nogach chce mieć adidasy firmy NIKE a na paznokciach krwistoczerwony lakier. Dorasta i chce się podobać, a więc nosić zakazaną biżuterię. Chce też móc wyrażać wprost własne zdanie i nie czuć się ograniczoną ani to przez najbliższych ani to przez władze kraju, w którym dorasta. Nie jest jej lekko, podobnie, jak jej rodzinie i ich przyjaciołom.
Komiks podobał mi się nie tylko dlatego, że wiarygodnie przedstawiał sytuację w ogarniętym niepokoju kraju, ale również właśnie za jego prawdziwość, za to, że autorka rozrysowała tam życie właśnie inteligentnej, szukającej własnej tożsamości, niespokojnej duchem dorastającej nastolatki…rozrysowała to prawdziwie i szczerze.
Mam zamiar teraz zapoznać się częścią drugą, bowiem część pierwsza kończy się na chwili, kiedy Marjane zostaje wysłana do Austrii przez swoich rodziców. Jak się chyba dobrze domyślam, pewnie nigdy już ich więcej nie zobaczy…

Książka mi się podobała i polecam ją tym, którzy jej nie znają.

źle spałam w nocy…

jakieś durnowate sny mnie męczyły. Dwa razy obudziłam się w nocy. Nie lubię tak.
Teraz za oknem deszcz, pogoda raczej usypiająca niskociśnieniowców takich, jak ja. Napiliśmy się ulubionej kawy z "Pożegnania z Afryką", ale ciągle jestem półsenna…
Info dla miłośników "Mistrza i Małgorzaty", w poniedziałek pierwszy odcinek z bodajże dziesięcioodcinkowej serii rosyjskiego serialu "Mistrz i Małgorzata", w TV1, jakoś o 22.10 , o ile dobrze pamiętam…

pytanie o filmy…

…tak mi pasuje leniwa atmosfera filmów "Ukryte pragnienia" czy obejrzanego niedawno a wspomnianego "Milou w maju", że zaczęłam się zastanawiać, czy sa jeszcze jakieś właśnie w tym stylu, które moglibyście mi polecić?

Mam na myśli filmy, które dzieją się (najchętniej) w jakichś śródziemnomorskich rejonach lub zdecydowanie na południu, gdzie cykady drą się, jak oszalałe, a prażące słońce wręcz czujemy na skórze, gdzie jest jakieś ciekawe towarzystwo, albo rodzina nietuzinkowa, albo może jakaś grupa czy to znajomych czy przyjaciół…gdzie akcja dzieje się niespiesznie a w powietrzu wyczuwa się jakieś napięcie, często lekko erotyczne wręcz…Hmmm, mam nadzieję, że nie wymagam za dużo i że nie usłyszę, że "takie rzeczy, to tylko w Erze":). Może komuś z Was jakiś tytuł się przypomni? Z góry dziękuję…

„Milou w maju”. Reż. Louis Malle.

Nie wiem, jak to się dzieje, że Francuzi umieją robić takie "smakowite" kino…Filmy, które oglądając , mam wrażenie, że je pochłaniam, jak kawałki smakowitego ciasta, na którym znajdzie się i słodki lukier i kwaśna wisienka i twardy kawałek orzeszka.
Pewnie są jakieś kinowe wpadki, ja jednak oglądam najwyraźniej tylko te dobre filmy. Takim z całą pewnością jest (nie nowy, od razu uprzedzam) film "Milou w maju", który to można nazwać barwną opowieścią rodzinną.
Otóż w małej miejscowości umiera głowa rodu, babcia. Jej syn zostaje sam w naprawdę ogromnym domu. Dzwoni do rozsianych po całym kraju członków rodziny, którzy ściągają na pogrzeb. Nie jest to łatwe zadanie, jako, że akcja filmu dzieje się w roku 1968, kiedy to Francja żyje "nową rewolucją"…Brakuje więc benzyny, po drodze można natknąć się na protestujących, jednak w rezultacie wszyscy zainteresowani docierają do domu. A nawet trafiają się nadliczbowi goście, jak kierowca ciężarówki, który przywiózł jednego z członków rodziny.
I tak, jak to się często dzieje, owo spotkanie rodzinne, po latach, pozwoli wyjść na wierzch pewnym sprawom, ujawnia skrywane wzajemne sympatie ale i antypatie. Również te lub inne zapatrywania na sprawy polityki.
W dodatku okazuje się, że pogrzeb nie może się odbyć, bo do strajku przystępują grabarze.
Rodzina postanawia więc pochować babcię pod wielkim cedrem.

Film dzieje się dość niespiesznie, na szczęście udało się uniknąć nastroju żałobnego, a udało się odtworzyć klimat faktycznego spotkania po latach w Arkadii,którą to Arkadię niektórzy chcieliby szybko sprzedać i podzielić się łupem.
Jednak w trakcie spotkania do głosu dochodzi coś innego, czy to atmosfera sielskości, rozprężenia , utajonego gdzieś erotyzmu, kiedy słońce praży, kwiaty pachną oszałamiająco właśnie co rozbuchaną majową pełnią, a cykady drą się ogłuszająco, jednak mamy wrażenie, że udało się uchwycić coś niezwykłego. Ten moment, kiedy "COŚ" się miało zdarzyć…Nie, nie zdarzyło się w rezultacie, ale PRAWIE….już, już…i my ten moment TUŻ przed…widzimy, uczestniczymy w tej chwili tuż przed, kiedy coś prawie się dzieje, kiedy udaje nam się współuczestniczyć w tym, co prawie zmienić się miało. A jednocześnie, wiemy jedno, po tym spotkaniu, chociaż wydaje się, że wszystko będzie, jak dawniej,a jednak nie, coś się zmieniło, wszystko już w jakiś sposób będzie inne…Jakby to wspólne doświadczenie wycisnęło na uczestnikach jakieś niezauważalne, ale jednak piętno…
Podobała mi się leniwa atmosfera filmu. To, jak wiele działo się niespiesznie, wśród prażącego słońca, wrzasku cykad, kiedy wydawało się,że czujemy zapach obudzonej wiosennej przyrody…Podobało mi się, że twórcy filmu nie zdecydowali się na dosłowności, że umieli niuanse zaledwie zaznaczyć, zasugerować, przez co film staje się właśnie prawdziwy…
Byłam nim zachwycona. Ostatni tego typu "klimat" odkryłam w "Ukrytych Pragnieniach".
Jednym słowem, tym, którzy go nie widzieli-polecam!

„Zdrada”. Karen Alvtegen.

"Już nie jest fajnie"…usłyszała z ust męża pewnego dnia Eva. Po piętnastu latach bycia razem, z których to sześć lat bycia rodzicami małego synka, Alexa. I oto , jak to w życiu bywa, Eva rozpoczyna ważną rozmowę, która w jej mniemaniu ma przynieść pozytywne rozwiązanie, z tym, że tym razem jej przewidywania i plany nie spełniają się, jako, że maż udziela jej niepoprawnej odpowiedzi. I zaczyna się rozmowa, która z góry wiadomo, że nie przyniesie nic dobrego. Pada pytanie o kobietę w jego życiu, ale Henrik zaprzecza. Jak szybko się Eva przekona, zaprzecza tchórzliwie (swoją drogą zabawne, jak łatwo wyprzeć się przychodzi Henrikovi kogoś, komu na boczku wciska zupełnie inne teksty)…
"Zdrada" jest reklamowana jako thriller. Ale oprócz tego, że jest thrillerem, jest według mnie kawałkiem niezłej "psychologicznej" książki.
Mamy tu bowiem sportretowaną rodzinę z niezłym bałaganie i w kryzysie, z którego z góry wiadomo, że wyjść będzie trudnawo. Widzimy tu żonę, która przez całe życie wyręcza męża z jakiejkolwiek odpowiedzialności, Henrika, który skwapliwie korzysta z tego,i realizuje się jako wolny strzelec pisując artykuły, a jednocześnie wdaje się w pewnej chwili w ekscytujący romans. Mamy tu też zupełnie inną zdawałoby się postać, pełnego fobii i kompleksów Jonasa, który oddanie pielęgnuje swoją będącą kilka już lat w śpiączce dziewczynę, a którego los splecie się w pewnej chwili z losem Evy…
Tak naprawdę to książka jest troszeczkę na wyrost ostrzeżeniem, że "za zdradę może spotkać kara", jednak w przewrotny sposób napisana i w przewrotny sposób owa kara zostanie wymierzona. Nie do końca podobały mi się ostatnie chwile książki, ze względu na to, że wydały mi się bardzo mało realne i możliwe do zaistnienia, niemniej jednak nie zepsuły one całokształtu lektury i w rezultacie książkę oceniam dobrze i miłośnikom thrillera z nutką psychologii mogę ją polecić.

Barcelona…

a raczej jej fragment na pocztówce z Casa Batllo do mnie dzisiaj dotarła;) Hmmm, Hiszpania kusi mnie i kusi, na pewno kiedyś tam pojedziemy.
Także otrzymałam magnes na lodówkę, z reprodukcją obrazu Velazqueza, a raczej też jego fragmentem, a jest to dziewczynka z obrazu "Panny dworskie"…
Nie ukrywam, że Hiszpania kusi mnie i nęci także po filmach Almodovara, aczkolwiek on w swoich filmach przedstawia głównie Madryt, a mnie się marzy i Madryt i Barcelona…
Chihiro, dzięki;))

miło, że mogę coś…

..napisać na własnym blogu, jako, że od kilku dni o rozmaitych porach dnia i nocy pojawia się na bloxie komunikat "wystąpił wewnętrzny błąd serwera" i mam wrażenie, że to się niedługo stanie moim drugim imieniem;)
Tak, czy siak, korzystając, że mogę coś w obecnej chwili napisać, chciałam zarzucić taki weekendowy topik, a mianowicie, polecenia kosmetyczne.
Ze swojej strony polecam dziewczynom coś pod prysznic. Odkryłam to w okolicach Christmas, kiedy to w Superpharmie obniżka była. Butla była większa i za tak mały pieniądz, że grzechem było się nie skusić, toteż się wtedy skusiłam i od tej pory uwielbiam! Jest to to, o wklejam link:
http://www.ziaja.pl/offer/pl/kosmetyki_1/cialo_1/pod_prysznic/prod:kremowe_mydlo_pod_prysznic

czyli firmy Ziaja, kremowe mydło pod prysznic o wdzięcznej nazwie "Kozie mleko" (jeszcze bardziej wdzięczny jest wizerunek kozy zdobiący opakowanie). Jako alergik wiem, że różne płyny pod prysznic różnie na moją skórę działają , a ten jest akurat. Skóra pozostaje przyjemnie miękka i nawilżona i z czystym sumieniem mogę Wam polecić ten produkt.
A Wy? Odkryłyście/liście ostatnio coś z kosmetyków, co nie zabija ceną a ma fajną jakość i Wam pasuje?

„Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?”. Reż. Pedro Almodovar.

Almodovar staje się z filmu na film (zrobiłam sobie taki osobisty przegląd paru jego filmów w ostatnim czasie) jednym z moich ulubionych reżyserów.
Film "Czym sobie na to wszystko zasłużyłam" zdecydowanie to wrażenie utwierdza.
Wspaniale grająca rolę Glorii- Carmen Maura, która, jak wyczytałam w monografii twórczości Almodovara skreślonej piórem Ewy Mazierskiej, pod koniec grania sama wpadła w stany depresyjne , tak utożsamiła się z graną przez siebie postacią, stworzyła tu jedną z najbardziej przekonujących kinowych bohaterek. Jest tak prawdziwa, że aż do bólu i tak przekonująca, że ma się wrażenie, że zaraz wyjdzie z ekranu i stanie koło nas, a raczej zmęczonym ruchem siądzie na krześle obok i ukryje twarz w dłoniach z ciężkim westchnieniem…
Życie głównej bohaterki, Glorii nie jest lekkie. Pieniądze, to coś, co rzadko widuje dłużej, niż na chwilę, kiedy trzeba pospłacać długi i rachunki. Zarabia na życie sprzątając, jej mąż jest taksówkarzem. Jeden z nieletnich synów handluje narkotykami a drugi bywa z konkretnymi wizytami u starszych panów. W dodatku w niewielkim mieszkanku mieszka wzięta ze wsi rodzinnej teściowa, która nie darzy Glorii najcieplejszymi uczuciami, z wzajemnością zresztą. Grająca babcię, czyli teściową Chus Lampreave też jest rewelacyjna nawiasem mówiąc.
Życie Glorii polega na pracy, po pracy staniu przy garach w ciasnawej kuchence w ciasnawym mieszkanku w biednej dzielnicy, w której za oknami domów przechodzi ruchliwa autostrada. Czasemi na pogawędce z sąsiadkami z bloku, które też stanowią ciekawą galerię postaci drugoplanowych, prostytutka Cristal czy apodyktyczna i okrutnawa dla swojej mającej nadludzką moc córki inna sąsiadka. Czasem Gloria zostaje przeleciana w biegu przez spieszącego się na wieczorne kursy nie pomagającego jej specjalnie i nie chcącego dawać zarobionych pieniędzy męża taksówkarza. Synowie także są dość daleko od niej, jeden wyraźnie trzyma sztamę z babcią, drugi mało bywa w domu.
Dni Glorii są jak ze sztancy, z kiepskiej sztancy w dodatku, w której nie ma mowy o złocie a jeśli o czymś błyszczącym, to o tombaku raczej.
Carmen Maura , jak wspomniałam gra autentycznie i przekonująco. Nie ma w niej ani grama przesady, sztuczności. Jest biedną, niewykształconą kobietą, która zmaga się z codziennością doskonale zdając sobie sprawę z tego, że tak naprawdę nikt jej nie wspiera i nie kibicuje…
A jednak na końcu filmu zajaśni dla niej jasny promyczek…

Film bardzo mi się podobał i tym, którzy go nie widzieli, polecam.