„Cinema Paradiso”. Reż. Giuseppe Tornatore.

Przepiękny kawałek
kina! Od razu uprzedzam, że również mogę coś zdradzić w dalszych wypowiedziach,
więc ci, którzy nie widzieli a chcą, a nie chcieliby wiedzieć, co się zdarzy,
może niech dalej nie czytają.
Dziękuję
Agacieszymonskiej za przypomnienie mi tego tytułu filmu, który owszem,
widziałam, ale którego już kompletnie nie pamiętałam. Nie był on może tym, o co
mi chodziło, kiedy pytałam o filmy w klimacie "Ukrytych pragnień" bądź "Milou w
Maju", ale nie szkodzi. Bo jest to piękny film, który bardzo mnie poruszył. Nie
ukrywam, że nie raz, nie dwa poleciała mi podczas jego oglądania łza wzruszenia.
Pewnie dlatego,że lubię filmy opowiadające o przyjaźni. Nie jestem chyba tak
wielką fanką opowieści miłosnych, jak właśnie takiech portretów przyjaźni, w
ten, czy inny sposób oddany.
Film zaczyna się w
momencie, kiedy słynny reżyser wraca do swojego apartamentu w Rzymie a kolejna
kobieta, którą tym razem gości w swoim łóżku oznajmia mu, iż dzwoniła z jego
rodzinnej miejscowości na Sycylii jego matka, aby powiadomić go o tym, że zmarł
jakiś Alfredo i niedługo ma odbyć się pogrzeb.
Salvatore kładzie
się do łóżka, jednak sen nie nadchodzi. Nadchodzą za to wspomnienia z jego lat
dziecięcych i wczesnej młodości, które to lata spędził z owdowiałą po wojnie
matką i siostrą w małej mieścinie gdzieś na Sycylii. W mieścinie, w której
niewiele się działo, a jedną z niewielu rozrywek po dniu ciężkiej pracy było
wyjście do kina. Kino "Paradiso", to był punkt w centrum miasta, w którym
gromadziły się co senas wielkie tłumy. Kino stanowiło ciekawe miejsce, w którym
pokazywała się cała galeria naprawdę nietuzinkowych mieszkańców niby to zwykłego
, sycylijskiego miasteczka. To tam spotykali się co seans mieszkańcy, aby gromko
się witać z ziomkami, kiedy spóźniali się na seans, aby poromansować w ciemnym
kąciku kina, aby wzajemnie sobie podokuczać. Kino było miejscem magicznym, w
którym wszystko się mogło zdarzyć. Niestety, oprócz całusów, których na ekranie
nie widać było, a to za sprawą nadgorliwego księdza, który przed seansami wraz z
operatorem oglądał filmy i cenzurował je z każdych momentów erotyzmu, w tym
namiętnych pocałunków.
Operatorem był
Alfredo, z którym zaprzyjaźnił się mały Salvatore, który dosłownie zakochał się
w kinie, w magii poruszających się na ekranie obrazków…można nawet powiedzieć,
że ten mały chłopiec niemal uzależnił się od kina. Prosił on Alfredo aby
pozwolił mu zostać jego pomocnikiem, jednak do pewnego wydarzenia Alfredo nie
zgadzał się na to. Aż do pewnego wieczoru, kiedy wydarzyło się coś ważnego.
Kiedy to w kinie dochodzi do tragedii a Alfredo, nawiasem mówiąc, uratowany z
pożaru przez małego Salvatore, staje się niewidomy. Wtedy to Salvatore zostaje
oficjalnie mianowanym pomocnikiem Alfreda, a swojej matce może przynieść
pierwsze zarobione pieniądze.
Przyjaźń między nimi
dwoma trwała przez całe dzieciństwo i młodość Salvatore. To Alfredo, nie matka,
wiedział o tym, co trapi malca, ale także jego pytał się, czy pamięta jego ojca,
który nie powrócił z wojny. Chłopak dorastał i to Alfredo dowiedział się
pierwszy o wielkiej miłości swojego przyjaciela do nowej uczennicy miejscowej
szkoły, Eleny, córki bankiera.
 
Mijają lata i
Salvatore dorasta. Miłość nie przetrwała różnicy klasowej i materialnej a młody
człowiek odbył służbę wojskową, po której wraca na Sycylię, gdzie przecież
miałby powrócić, jak nie tam, gdzie się urodził. Przecież nie zna żadnego innego
miejsca. Wtedy to jego przyjaciel spotyka się z nim i przekazuje mu ważną
wiadomość, a może nawet jest to przykaz, nakaz, który Salvatore ma wypełnić.
Otóż Alfredo nakazuje mu opuścić na zawsze rodzinne miasto. Opuścić i nigdy nie
wracać, także nigdy już nie spotkać się z nim samym. Opuścić je, zapomnieć,  za
to wyruszyć w świat, w którym, jest tego pewien, Salvatore spotka coś dobrego. W
którym chłopak stanie się kimś, zrealizuje swoje filmowe marzenia…Przyznaję
się, że ten moment filmu był dla mnie najbardziej niezrozumiałym niejasny.
Bowiem faktycznie Salvatore zrealizuje nakaz swego mistrza. Ale nie rozumiałam
do końca jego decyzji. Owszem, jestem w stanie pojąć , że ktoś, kto wychował się
w tak małej mieścinie, jest w stanie odczuwać niedosyt świata, niespełnienie.
Chęć ucieczki i realizacji swoich planów, marzeń, poprawienia swojej edukacji
chociażby. Jednak chłopakowi w rodzinnej miejscowości nie działa się żadna
krzywda, a więc nie do końca rozumiałam, dlaczego Salvatore tak gorliwie wykonał
przykaz mistrza i faktycznie podczas tych ponad dwudziestu lat nie powrócił
nigdy do rodzinnej miejscowości. Owszem, widywał się z bliskimi, ale to siostra
i matka przyjeżdżały do Rzymu, w którym został on słynnym reżyserem. Nie
rozumiałam też, jak mógł nie tęsknić chociażby za rodzinnymi stronami, miejscem,
w którym były jego korzenie, a także za przyjacielem, dzięki któremu, nie waham
się tego stwierdzić, stał się potem tym, kim się stał.
 
To wszystko
przepływa przed oczami bohatera, i oczywiście, tym razem decyduje się on na
powrót do miasta, w którym przyszedł na świat, aby wziąć udział w pogrzebie
przyjaciela.
 
I wraca. I nagle
pośród tłumu ludzi oglądających ,jak burzą kino, Salvatore widzi twarze ludzi,
którzy otaczali go kiedy był małym chłopcem. Oto miejscowy , tak zwany lokalny
wariat, który twierdzi, że plac miejski jest jego, oto bileter, który mocno już
posiwiał. Oto wszyscy sąsiedzi, kupcy, ci, którzy stanowili tło jego
dzieciństwa, w czasach, kiedy wszystko wydawało się o wiele bardziej prostsze,
jasne i obiecywało samo dobro……
 
Wraz z matką i
siostrą udaje się na pogrzeb, a potem spotyka z żoną Alfredo, która przekazuje
mu coś , co zostawił mu Alfredo…
 
Salvatore już w domu
udaje się do sali kinowej, w której urządza sobie prywatny pokaz filmowy tego,
co zostawił mu Alfredo. A są to ni mniej ni więcej, ale wszystkie te sceny,
które kiedyś tak pilnie cenzurował ksiądz na pierwszych prywatnych pokazach,
kiedy najpierw Alfredo puszczał mu filmy…….Tak, więc już wtedy Alfredo
wiedział, że mały Salvatore zakradał się do sali kinowej i chichotał przyczajony
za kotarą, kiedy oburzony ksiądz na widok całującej się pary groźnie dzwonił
dzwonkiem, aby dać operatorowi znak, iż w tym miejscu ma wyciąć taśmę filmową z
nieprzyzwoitą jego zdaniem sceną…
 
Salvatore na
przemian to śmieje się, to wzrusza i po policzkach płyną mu łzy. Łzy wzruszenia
także za tym, co było kiedyś, za tym, że miał on kiedyś w życou przyjaciela,
który pomógł mu stać się tym, kim jest…Który nigdy nie został przez niego
zapomniany…
 
"Cinema Paradiso" to
kawał wspaniałego kina. Tak, kina, które niesie ze sobą właśnie to, czego ja
oczekuję po seansie filmowym. Ten film powoduje, że budzą się wzruszenia,
wspomnienia dawnych czasów, także wiele myśli. To film, który wzrusza ale i
skłania do refleksji nad nami, naszym życiem, nad tym, jak bardzo jednak ludzie
inni nas samych kształtują.
 
Jest to wspaniały
film i bardzo go polecam. Także tym, którzy widzieli go kiedyś, jak ja, żeby
sobie go przypomnieli. Bo zdecydowanie warto!