Nie wiem, jak to się dzieje, że Francuzi umieją robić takie "smakowite" kino…Filmy, które oglądając , mam wrażenie, że je pochłaniam, jak kawałki smakowitego ciasta, na którym znajdzie się i słodki lukier i kwaśna wisienka i twardy kawałek orzeszka.
Pewnie są jakieś kinowe wpadki, ja jednak oglądam najwyraźniej tylko te dobre filmy. Takim z całą pewnością jest (nie nowy, od razu uprzedzam) film "Milou w maju", który to można nazwać barwną opowieścią rodzinną.
Otóż w małej miejscowości umiera głowa rodu, babcia. Jej syn zostaje sam w naprawdę ogromnym domu. Dzwoni do rozsianych po całym kraju członków rodziny, którzy ściągają na pogrzeb. Nie jest to łatwe zadanie, jako, że akcja filmu dzieje się w roku 1968, kiedy to Francja żyje "nową rewolucją"…Brakuje więc benzyny, po drodze można natknąć się na protestujących, jednak w rezultacie wszyscy zainteresowani docierają do domu. A nawet trafiają się nadliczbowi goście, jak kierowca ciężarówki, który przywiózł jednego z członków rodziny.
I tak, jak to się często dzieje, owo spotkanie rodzinne, po latach, pozwoli wyjść na wierzch pewnym sprawom, ujawnia skrywane wzajemne sympatie ale i antypatie. Również te lub inne zapatrywania na sprawy polityki.
W dodatku okazuje się, że pogrzeb nie może się odbyć, bo do strajku przystępują grabarze.
Rodzina postanawia więc pochować babcię pod wielkim cedrem.
Film dzieje się dość niespiesznie, na szczęście udało się uniknąć nastroju żałobnego, a udało się odtworzyć klimat faktycznego spotkania po latach w Arkadii,którą to Arkadię niektórzy chcieliby szybko sprzedać i podzielić się łupem.
Jednak w trakcie spotkania do głosu dochodzi coś innego, czy to atmosfera sielskości, rozprężenia , utajonego gdzieś erotyzmu, kiedy słońce praży, kwiaty pachną oszałamiająco właśnie co rozbuchaną majową pełnią, a cykady drą się ogłuszająco, jednak mamy wrażenie, że udało się uchwycić coś niezwykłego. Ten moment, kiedy "COŚ" się miało zdarzyć…Nie, nie zdarzyło się w rezultacie, ale PRAWIE….już, już…i my ten moment TUŻ przed…widzimy, uczestniczymy w tej chwili tuż przed, kiedy coś prawie się dzieje, kiedy udaje nam się współuczestniczyć w tym, co prawie zmienić się miało. A jednocześnie, wiemy jedno, po tym spotkaniu, chociaż wydaje się, że wszystko będzie, jak dawniej,a jednak nie, coś się zmieniło, wszystko już w jakiś sposób będzie inne…Jakby to wspólne doświadczenie wycisnęło na uczestnikach jakieś niezauważalne, ale jednak piętno…
Podobała mi się leniwa atmosfera filmu. To, jak wiele działo się niespiesznie, wśród prażącego słońca, wrzasku cykad, kiedy wydawało się,że czujemy zapach obudzonej wiosennej przyrody…Podobało mi się, że twórcy filmu nie zdecydowali się na dosłowności, że umieli niuanse zaledwie zaznaczyć, zasugerować, przez co film staje się właśnie prawdziwy…
Byłam nim zachwycona. Ostatni tego typu "klimat" odkryłam w "Ukrytych Pragnieniach".
Jednym słowem, tym, którzy go nie widzieli-polecam!
