na kolana! czyli dlaczego nie…

…noszę korali.
Nie wiem, może to 1 kwietnia tak mnie nastroił. Kolejny dzień "obligatoryjny", jak ja to nazywam, w którym trzeba sobie sprawiać żarty i dworować. Eeee, na siłę nie umiem, ale napiszę coś weselszego, a  dlaczego akurat taka historyjka będzie, sama nie wiem, coś mi się drogą skojarzeń przypomniało i padło na dzisiaj, że napiszę. O tym, dlaczego w mojej kasetce z biżuterią nie ma ani jednej sztuki korali, żeby nie wiem, jak urokliwe były. A mianowicie, że Chiara nosić korali nie może. Nie może i basta. Nie, nie żadna tam alergia, czy coś. Po prostu jej nie wolno;)
Zaczęło się w pierwszej licealnej, a raczej pod jej koniec, kiedy to dziecię po wyjątkowo udanym zakończeniu roku szkolnego stało w gronie innych dzieciątek po odbiór jakowejść nagrody książkowej za ładną średnią (nigdy potem już w liceum takiej ładnej średniej nie miałam, niestety;)). Dziecię przywdziało na tę okazję jakąś suknię a do tego zawiesiło na szyi sznurek z nanizanymi paciorkami z rzekomo kryształu górskiego. Od wczesnej młodości awersję do publicznych wystąpień miałam, co nawiasem mówiąc, zostało mi do dziś, więc sława omija mnie szerokim łukiem (na szczęście;). Stałam więc przed tą resztą ludzi ze szkoły i głównie, co oglądałam, to czubki własnych butów z nadzieją, że dadzą wreszcie tę książkę i będzie można pójść sobie. Ktoś tam wyczytywał nazwiska, padło moje i oczywiście, w momencie, kiedy ruszyłam co się stało? Bach. Rozwalił się naszyjnik z kryształkami…kryształki urokliwie sypnęły się na ziemię a ja nieco mniej urokliwie buchnęłam na kolana je zbierać. Uroczy występ publiczny, doprawdy;)
Następny taki odbył się cztery lata później, kiedy stwierdziłam ,że chyba klątwa korali minęła. Wybrałam ci się ja z wizytą do szpitala do kogoś, kto tam leżał. Ten ktoś w tamtej chwili był dla mnie na tyle ważny, że postanowiłam się ustroić i padło na korale. Korale nabyte w indyjskim sklepie, składały się z 3 sznurów z nanizanymi na nie najrozmaitszych kształtów i kolorów paciorkami, ogólnie mówiąc, była ich cała masa;) Daleką drogę autobusem przetrwałam, a katastrofa zdarzyła się, kiedy weszłam już na korytarz, na którym znajdowała się sala, w której leżał pacjent. Tak, słusznie się domyślacie, pękł jeden ze sznurków i koraliki spadły i rozpierzchły się na całą długość szpitalnego korytarza. A ja znowu buch na kolana i dawaj zbierać.
Trzecia i ostateczna próba miała miejsce w czasach studenckich, kiedy to grupa wybyła na wyjazd naukowy do grodu Kraka. Korzystając z chwili czasu postanowiliśmy się powłóczyć po krakowskich galeriach. Ja miałam na sobie piękne bursztynowe korale. I tak, słusznie się domyślacie, kulminacja nastąpiła w jednej z galerii, kiedy to korale nagle, z niewiadomej przyczyny , zerwały się i …tak, wiem, powtarzam się, wylądowałam na kolanach. Nie ja jedna,zresztą, bowiem wtedy w poszukiwaniu ich uczestniczyła większa część grupy znajomych mi towarzyszących a nie wiem, czy i  nie pani z galerii.
Przygoda z bursztynami stała się przysłowiowym "dotrzechrazemsztuki" i stwierdziłam od tamtej pory, że niech będą najpiękniejsze, niech cieszą szyję i oko, ale nie moje, gdyż ja się za korale nie zabieram:)