To jeden z ładniejszych filmów, jakie ostatnio widziałam ( i znowu potwierdza się moje zdanie, że do serii "Plus dla koneserów" faktycznie trafiają perełki! takie kino, jak lubię, raczej pozaamerykańskie, pewnie mało popularne, bo bez burzliwej akcji, spokojne, ciche, takie jak pewnie ktoś by nazwał nawet czasem "nudnawe"…a dla mnie akurat).
Czytałam o tym filmie na blogu Malej_mi, i ona zachęciła mnie swoją recenzją do sięgnięcia po niego. Mala_mi, dziękuję!
"Bombon, El Perro" to ładny, spokojny film, taki ciepły kawałek kina, który opowiada o około 50 letnim mechaniku samochodowym, Juanie "Coco" Villegasie, który z dnia na dzień traci pracę na stanowisku mechanika samochodowego, kiedy stacja benzynowa, na której przepracował kawał życia, gdzieś na bezdrożach Patagonii, zostaje sprzedana.
I tak oto staje się on bezrobotnym człowiekiem mieszkającym kątem u zmęczonej rodziną córki.
Mężczyzna stara się jakoś zarobić parę groszy, zaczyna wyrabiać noże, a raczej rękojeści do nich, jednak , co tu dużo kryć, podczas kryzysu w Argentynie ,mało kto ma ochotę na wydawanie pieniędzy na ozdobne aczkolwiek naprawdę ładne, noże.
Jednak pewnego dnia zdarzy się coś, co na zawsze odmieni życie bohatera. Oto pomaga on na drodze młodej dziewczynie, której popsuło się auto a która w ramach podzięki zaprasza go do domu, w którym jej matka obdarowywuje go niezwykłym, przyznajcie, prezentem, jakim jest ni mniej ni więcej a piękny Dog Argentyński , o proszę taki
http://pl.wikipedia.org/wiki/Dog_argenty%C5%84ski
Obdarowany owym niezwykłym prezentem Juan nie bardzo wie, co z tym fantem zrobić, jednak niezwykłym zbiegiem okoliczności napotyka on na ludzi, którzy zajmują się wystawianiem tych psów na psich wystawach. I tak oto "Coco" i jego nowy przyjaciel zaczną swego rodzaju karierę, bowiem pies faktycznie okaże się pięknym okazem, który zdobywać zacznie uznanie i nagrody. Życie "Coco" zacznie toczyć się innym torem, zmieni się. Jednak chyba najbardziej, co okaże się na końcu, zmieni się nie ze względu na wygrane a na fakt, że pomiędzy nimi dwoma wywiąże się więź przyjaźni. Oto już Juan nie czuje się samotny a i pies zdaje się być szczęśliwym mając nowego pana, który poświęca mu uwagę.
To takie kino niespieszne, z mało wartką akcją, ale jest to kino zagrane rewelacyjnie. Rola Coco, w postać którego wcielił się Juan Villegas zagrana rewelacyjnie, prawdziwie, bez cienia zakłamania, nieszczerości, no, super jednym słowem.
Muszę również pochwalić psiaka, który również wywiązał się ze swojej roli super;))
Napiszę tak, mnie to kino urzekło, i wiem, że osobom, które mają gust filmowy zbliżony do mojego, też się z pewnością spodoba.
Polecam!
wiadomości…plus UPDATE…
…przyniosły wczoraj informację, która wydaje się niemal, jak wymysł chorego pisarza, któremu umysł plata figle i który popełnia thriller zdający się nie móc zrealizować w rzeczywistości. Niestety, tak nie jest. Sytuacja miała miejsce naprawdę, a mówię tu o tym, co działo się w Austrii , przez 24 lata.
Wklejam dwa linki z gazety na ten temat:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,5163644.html
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,5162769.html
Sama informacja jest wprost przerażająca. Oto w mieszczańskim domu żyje sobie ojciec zboczeniec i sadysta, który własnej córce gotuje ni mniej ni więcej, ale piekło na ziemi, przetrzymując ją w więzieniu stworzonym przez niego samego w domowej piwnicy. Ten ojciec, czy tak można nazwać kogoś, kto tak traktuje własne dziecko? przez 24 lata przetrzymuje ją siłą w owym zamknięciu, wykorzystując seksualnie i siłą rzeczy stając się ojcem i dziadkiem dla kolejnych dzieci. Sami przyznajcie, że kiedy się to pisze, zdaje się to brzmieć niewiarygodnie. A mimo to jest to prawdą. Rzecz nie dzieje się w wymyślonym przez pisarza miejscu a w mieścinie Austrii. Tej samej, w której przypominam niedawno miało miejsce spektakularne uwolnienie się więzionej przez oprawcę Nataschy Kampusch.
Nie wiem, czy to prawda co usłyszałam w TV (ale czemu by nie? w chorym umyśle rodzi się tyle zła),ale podobno jedynie ojciec zboczeniec znał kod elektroniczny pozwalajacy otworzyć drzwi do więzienia swojej córki i jego nowych dzieci. Wyobraźmy więc sobie sytuację, kiedy faceta trafia przysłowiowy szlag, dostaje zawału, albo zostaje potrącony na ulicy przez samochód i ginie na miejscu. Ginie, zabiera ze sobą kod dostępu a jego ofiary nigdy nie wydostają się na zewnątrz, umierając śmiercią głodową.
Chyba, żeby mamusia się zlitowała i uwolniła towarzystwo. Ale być może nie znała szyfru…
Rozbraja mnie szczerze mówiąc, twierdzenie żony owego faceta, jakoby nie wiedziała ona nic o tym, co się dzieje pod dachem jej domu. Tiaaa…już wierzę, że mieszkała w domu, w którym nigdy ale to przenigdy nie zeszła do piwnicy. Acha, na pewno!……..
W całej tej sprawie jak również w sprawie nasuwającej się od razu na myśl, porwania Nataschy Kampusch przeraża mnie jedno. Nie, dwie sprawy, dwa aspekty. Po pierwsze, nieudolność austriackiej policji. Po drugie (napiszę teraz, bo zapomnę) obojętność ludzi.
Najpierw o policji. Jak możliwe jest, że w obu przypadkach nikomu z prowadzących śledztwo nie wydało się nic podejrzanego w zachowaniu przesłuchiwanych? Przecież zgłaszający zaginięcie córki ojciec powinien zostać przesłuchany. Jest w pierwszym rzędzie podejrzanych. Niestety, brzmi to brutalnie, ale tak jest, że w przypadku zaginięcia bada się okoliczności i motywy osób najbliższych.
Po drugie, czy policja austriacka wszystkim tak wierzy na słowo? czy nie zainteresowała się chociażby domem, w którym mieszkała osoba, która zaginęła? Być może ktoś tam nie dopilnował obowiązków, ale jakoś cieniem się to kładzie na mojej opinii o policji austriackiej…
Druga sprawa, o której pisałam. Obojętność ludzi. Dawno, dawno temu, pamiętam, jak dziś , znajoma mojej przyjaciółki, która w Wiedniu spędziła kilka lat, powiedziałą mi tak "W Wiedniu możesz wejść do wagonika metra goła, a nikt, absolutnie nikt się tym nie przejmie, nie zwróci na to uwagi"……coś w tym jest. Nie chcę stawiać tezy, że w Austrii jest jakoś specjalnie inaczej niż gdzieś indziej. Ja sądzę, że po prostu zwiększyła się znieczulica ogólnie, zwiększyła się obojętność ludzi wobec siebie nawzajem. Wszyscy coraz bardziej zajęci są sobą, niz drugim człowiekiem…z osób, które zdają się obserwować innych, niezależnie od motywów, czasem się wyśmiwamy, a kto wie, czy czujny sąsiad, czy sąsiadka, nie byłaby w stanie dostrzec czegoś, czego zabiegani inni nie widzieliby…..nie wiem…
Wiem wiem, świat zawsze był dziwny, zło istnieje w nim od początku, anomalie i okrutność również, ale po prostu tego typu informacje słyszane w TV czy czytane przeze mnie w gazecie wydają mi się aż niemożliwe…potworność…
UPDATE:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,5166746.html
tatuńcio dostanie najwyżej 15 latek, bo tyle przewiduje austriackie prawo. Może to dobry czas dla austriackich władz ustawodawczych aby oprócz okrzyków oburzenia, które zapewne wydają z siebie, postanowić coś konkretniejszego w sprawie zmiany owego kuriozalnego prawa?
A w ogóle, to tu się też coś niecoś wyjaśnia, a mianowicie,na ślad w piwnicy trafiono dzięki kartce podrzuconej przez ową więzioną. Tak więc nie jest tak, że nic kompletnie nie robiła w sprawie uwolnienia siebie i dzieci.
nie chcąc…

…się powtarzać z kwitnącymi magnoliami (kwitną jak oszalałe, pachną
jeszcze bardziej i wyglądają bajecznie), tym razem dokumentacja wyprawy
do Ogrodu Botanicznego pod postacią szafirków w kontraście z tulipanem.
„Złuda”. Carmen Laforet.
Przedziwna, przedziwna książka. Zdecydowanie z gatunku tych "niepokojących". W dodatku ta wydana w Hiszpanii w 1944 roku książka jest również z gatunku tych, o których trudno jest mi coś napisać. Pewnie właśnie dlatego, że jest taka inna od tych, które zwykle czytam.
"Złuda" to książka, która niby posiada akcję, ale jednak w większość operuje takimi, jak ja to nazywam, "gęstymi" zdaniami, które tworzą niezwykłą atmosferę książki. Atmosferę mroczną, przytłaczającą, może to atmosfera siedząca w czyjejś podświadomości? Jakiś inny, drugi świat rozgrywający się w głowie bohaterki opowieści?A opowieść jest o młodziutkiej, pełnej oczekiwań wobec życia i przyszłości dziewiętnastoletniej Andrei, która przybywa z prowincji hiszpańskiej do Barcelony i tam w mieszkaniu rodziny jej matki ma zatrzymać się na czas studiów. Ciemne, zaniedbane i ponure mieszkanie przy ulicy Aribau zamieszkuje galeria dość niezwykłych postaci. Są to osoby tajemnicze, skryte, wydają się nic do końca nie zdradzać, trzymać w rękach sznurki pozwalające rozwiązać jakieś tajemnice z przeszłości. W dodatku wydają się tak dziwne i niesamowite, że aż niemożliwe do zaistnienia a jednak, to wśród nich przychodzi Andrei zamieszkać. W dodatku ze świadomością, że nie jest tu do końca mile widzianym gościem, a przynajmniej nie dla wszystkich mieszkańców.
W mieszkaniu tym w ciemościach i ponurych zakamarkach toczy się bardzo burzliwe życie, pełne niezrozumiałych dla dziewczyny kłótni i wielkich nie do okiełznania namiętności, które w pewnym momencie opuszczą nawet granice mieszkania i sięgną swymi mackami w kierunku kogoś, kogo Andrea pozna w chwili, kiedy stwierdzi, że musi wyrwać się mentalnie z tego domu i zacznie zacieśniać kontakty z równieśnikami na studiach. Andrea będzie też chciała wyrwać się czasem z domu ale atmosfera Barcelony lat czterdziestych też nie jest odmalowana w najjaśniejszych barwach…
Książka to, jak już wspomniałam niezwykła z gęstym klimatem, który wydaje się tak gęsty, iż można by go kroić nożem. A mimo to a może właśnie dlatego, jest jak narkotyk, wciąga, nie można się od niej oderwać. Podczas lektury walczyły we mnie dwa przeciwstawne uczucia, potwornego przygnębienia i smutku, a także wielkiej namiętności, by czytać dalej, by dowiedzieć się, co stanie się na następnej stronie.
Wiem, że ta książka nie spodoba się każdemu. Jednak tym, którzy lubią takie klimaty niedopowiedzeń, tajemniczości, czasem aż wydające się być przerysowanymi, dotykającymi głębokich uczuć i myśli, mogę ją śmiało polecić.
jaśminem…
…pachnie u nas…nabyłam w weekend w Saponarii zapach do spryskiwania w powietrzu o zapachu jaśminu i woreczek do bieliźniarki o tym właśnie zapachu. Do tego, w innym sklepie kupiłam olejek jaśminowy do aromaterapii i naprawdę wiosennie się teraz mogę poczuć…Tak w ogóle, to się miło w piątek zdziwiłam, kiedy najpierw miła obsługa się nam trafiła w Empiku w Arkadii, gdzie dziewczyna życzyła nam miłego wieczoru (całkiem szczerze to jej zabrzmiało, a nie wymuszone, bo trzeba bo coś tam) a także w wyżej wymienionej Saponarii, kiedy nie dość, że dziewczyna w pewnej sprawie doradziła, to jeszcze na koniec otrzymałam trzy żonkilki 😉 miły gest , drobny a poprawia nastrój. Czasem i u nas więc miło się kupuje.
strajk poczty jednak po długim weekendzie?
Finetka po raz kolejny miała rację (przyznaj się kobieto, pracujesz na poczcie hehehehehe:)), i strajk poczty ma się odbyć jednak nie w tym tygodniu a po długim majowym weekendzie.
Więcej informacji tu:
http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33208,5135106.html
Ciesz się narodzie, że jeszcze dwa tygodnie bez kłopotów;)
„Cinema Paradiso”. Reż. Giuseppe Tornatore.
kina! Od razu uprzedzam, że również mogę coś zdradzić w dalszych wypowiedziach,
więc ci, którzy nie widzieli a chcą, a nie chcieliby wiedzieć, co się zdarzy,
może niech dalej nie czytają.
Agacieszymonskiej za przypomnienie mi tego tytułu filmu, który owszem,
widziałam, ale którego już kompletnie nie pamiętałam. Nie był on może tym, o co
mi chodziło, kiedy pytałam o filmy w klimacie "Ukrytych pragnień" bądź "Milou w
Maju", ale nie szkodzi. Bo jest to piękny film, który bardzo mnie poruszył. Nie
ukrywam, że nie raz, nie dwa poleciała mi podczas jego oglądania łza wzruszenia.
Pewnie dlatego,że lubię filmy opowiadające o przyjaźni. Nie jestem chyba tak
wielką fanką opowieści miłosnych, jak właśnie takiech portretów przyjaźni, w
ten, czy inny sposób oddany.
momencie, kiedy słynny reżyser wraca do swojego apartamentu w Rzymie a kolejna
kobieta, którą tym razem gości w swoim łóżku oznajmia mu, iż dzwoniła z jego
rodzinnej miejscowości na Sycylii jego matka, aby powiadomić go o tym, że zmarł
jakiś Alfredo i niedługo ma odbyć się pogrzeb.
się do łóżka, jednak sen nie nadchodzi. Nadchodzą za to wspomnienia z jego lat
dziecięcych i wczesnej młodości, które to lata spędził z owdowiałą po wojnie
matką i siostrą w małej mieścinie gdzieś na Sycylii. W mieścinie, w której
niewiele się działo, a jedną z niewielu rozrywek po dniu ciężkiej pracy było
wyjście do kina. Kino "Paradiso", to był punkt w centrum miasta, w którym
gromadziły się co senas wielkie tłumy. Kino stanowiło ciekawe miejsce, w którym
pokazywała się cała galeria naprawdę nietuzinkowych mieszkańców niby to zwykłego
, sycylijskiego miasteczka. To tam spotykali się co seans mieszkańcy, aby gromko
się witać z ziomkami, kiedy spóźniali się na seans, aby poromansować w ciemnym
kąciku kina, aby wzajemnie sobie podokuczać. Kino było miejscem magicznym, w
którym wszystko się mogło zdarzyć. Niestety, oprócz całusów, których na ekranie
nie widać było, a to za sprawą nadgorliwego księdza, który przed seansami wraz z
operatorem oglądał filmy i cenzurował je z każdych momentów erotyzmu, w tym
namiętnych pocałunków.
Alfredo, z którym zaprzyjaźnił się mały Salvatore, który dosłownie zakochał się
w kinie, w magii poruszających się na ekranie obrazków…można nawet powiedzieć,
że ten mały chłopiec niemal uzależnił się od kina. Prosił on Alfredo aby
pozwolił mu zostać jego pomocnikiem, jednak do pewnego wydarzenia Alfredo nie
zgadzał się na to. Aż do pewnego wieczoru, kiedy wydarzyło się coś ważnego.
Kiedy to w kinie dochodzi do tragedii a Alfredo, nawiasem mówiąc, uratowany z
pożaru przez małego Salvatore, staje się niewidomy. Wtedy to Salvatore zostaje
oficjalnie mianowanym pomocnikiem Alfreda, a swojej matce może przynieść
pierwsze zarobione pieniądze.
dwoma trwała przez całe dzieciństwo i młodość Salvatore. To Alfredo, nie matka,
wiedział o tym, co trapi malca, ale także jego pytał się, czy pamięta jego ojca,
który nie powrócił z wojny. Chłopak dorastał i to Alfredo dowiedział się
pierwszy o wielkiej miłości swojego przyjaciela do nowej uczennicy miejscowej
szkoły, Eleny, córki bankiera.
Salvatore dorasta. Miłość nie przetrwała różnicy klasowej i materialnej a młody
człowiek odbył służbę wojskową, po której wraca na Sycylię, gdzie przecież
miałby powrócić, jak nie tam, gdzie się urodził. Przecież nie zna żadnego innego
miejsca. Wtedy to jego przyjaciel spotyka się z nim i przekazuje mu ważną
wiadomość, a może nawet jest to przykaz, nakaz, który Salvatore ma wypełnić.
Otóż Alfredo nakazuje mu opuścić na zawsze rodzinne miasto. Opuścić i nigdy nie
wracać, także nigdy już nie spotkać się z nim samym. Opuścić je, zapomnieć, za
to wyruszyć w świat, w którym, jest tego pewien, Salvatore spotka coś dobrego. W
którym chłopak stanie się kimś, zrealizuje swoje filmowe marzenia…Przyznaję
się, że ten moment filmu był dla mnie najbardziej niezrozumiałym niejasny.
Bowiem faktycznie Salvatore zrealizuje nakaz swego mistrza. Ale nie rozumiałam
do końca jego decyzji. Owszem, jestem w stanie pojąć , że ktoś, kto wychował się
w tak małej mieścinie, jest w stanie odczuwać niedosyt świata, niespełnienie.
Chęć ucieczki i realizacji swoich planów, marzeń, poprawienia swojej edukacji
chociażby. Jednak chłopakowi w rodzinnej miejscowości nie działa się żadna
krzywda, a więc nie do końca rozumiałam, dlaczego Salvatore tak gorliwie wykonał
przykaz mistrza i faktycznie podczas tych ponad dwudziestu lat nie powrócił
nigdy do rodzinnej miejscowości. Owszem, widywał się z bliskimi, ale to siostra
i matka przyjeżdżały do Rzymu, w którym został on słynnym reżyserem. Nie
rozumiałam też, jak mógł nie tęsknić chociażby za rodzinnymi stronami, miejscem,
w którym były jego korzenie, a także za przyjacielem, dzięki któremu, nie waham
się tego stwierdzić, stał się potem tym, kim się stał.
przepływa przed oczami bohatera, i oczywiście, tym razem decyduje się on na
powrót do miasta, w którym przyszedł na świat, aby wziąć udział w pogrzebie
przyjaciela.
pośród tłumu ludzi oglądających ,jak burzą kino, Salvatore widzi twarze ludzi,
którzy otaczali go kiedy był małym chłopcem. Oto miejscowy , tak zwany lokalny
wariat, który twierdzi, że plac miejski jest jego, oto bileter, który mocno już
posiwiał. Oto wszyscy sąsiedzi, kupcy, ci, którzy stanowili tło jego
dzieciństwa, w czasach, kiedy wszystko wydawało się o wiele bardziej prostsze,
jasne i obiecywało samo dobro……
siostrą udaje się na pogrzeb, a potem spotyka z żoną Alfredo, która przekazuje
mu coś , co zostawił mu Alfredo…
udaje się do sali kinowej, w której urządza sobie prywatny pokaz filmowy tego,
co zostawił mu Alfredo. A są to ni mniej ni więcej, ale wszystkie te sceny,
które kiedyś tak pilnie cenzurował ksiądz na pierwszych prywatnych pokazach,
kiedy najpierw Alfredo puszczał mu filmy…….Tak, więc już wtedy Alfredo
wiedział, że mały Salvatore zakradał się do sali kinowej i chichotał przyczajony
za kotarą, kiedy oburzony ksiądz na widok całującej się pary groźnie dzwonił
dzwonkiem, aby dać operatorowi znak, iż w tym miejscu ma wyciąć taśmę filmową z
nieprzyzwoitą jego zdaniem sceną…
przemian to śmieje się, to wzrusza i po policzkach płyną mu łzy. Łzy wzruszenia
także za tym, co było kiedyś, za tym, że miał on kiedyś w życou przyjaciela,
który pomógł mu stać się tym, kim jest…Który nigdy nie został przez niego
zapomniany…
kawał wspaniałego kina. Tak, kina, które niesie ze sobą właśnie to, czego ja
oczekuję po seansie filmowym. Ten film powoduje, że budzą się wzruszenia,
wspomnienia dawnych czasów, także wiele myśli. To film, który wzrusza ale i
skłania do refleksji nad nami, naszym życiem, nad tym, jak bardzo jednak ludzie
inni nas samych kształtują.
film i bardzo go polecam. Także tym, którzy widzieli go kiedyś, jak ja, żeby
sobie go przypomnieli. Bo zdecydowanie warto!
ja wiem, wiem…
…utrwala to stereotypy (na przykład blablających przez telefon kobietek itd), i w ogóle, ale nic na to nie poradzę, że mnie ten skecz rozwala;)) a ponieważ mój nastrój jest raczej średni (brak słońca za oknem na pewno nie pomaga), to sobie go oglądam…
strajk poczty?
Finetka miała jednak (niestety) rację i szykuje się od poniedziałku bezterminowy strajk poczty polskiej. Miałam jeszcze resztki nadziei, że się uda ominąć, ale chyba nie. W związku z tym pewnie trzeba będzie pewnie osobiście poleźć do US, bo po co ma się gdzieś zagubić papier z PiTem. Niby wiadomo, że wysyła się poleconym, ale jeśli będzie strajk, a tym bardziej bezterminowy, jak straszą pocztowcy, to przecież zrobi się oględnie mówiąc i nie przeklinając , bałagan. I potem dopiero będzie zabawa, jak się zacznie szukać zaległych gdzieś na stosach papierów i ganiać do US z niepotrzebnymi wizytami.
A tu dwa użyteczne linki do artykułów, najpierw o samym strajku a potem o tym, kto i jak zdążył położyć na łopatki tę i tak znielubianą przez większość zmuszonych korzystać z usług tejże, instytucję.
Nawiasem mówiąc, do banku też trzeba będzie się dobijać, przecież rozliczenia i różne takie, wysyłają nam niestety, również przez pp…
Dobrze, że wczoraj wysłałam na Wyspy list z małą zawartością. Chyba zdążą go wypchnąć z Polski przed poniedziałkiem…
http://gospodarka.gazeta.pl/gospodarka/1,33181,5123908.html
i drugi link:
http://www.gazetawyborcza.pl/1,76842,5123918.html
„Wszystko o mojej matce”. Reż. Pedro Almodovar.
UWAGA! Wpis zawiera (nie, nie orzeszki:), ale opis tego, co się dzieje w filmie. Jeśli więc chcesz obejrzeć go na zasadzie "białej karty", nie czytaj dalej…lub czytaj, ale -na własną odpowiedzialność…
W moim osobistym przeglądzie kina Pedro Almodovara, jaki sobie od pewnego czasu uskuteczniam, przyszedł czas na przypomnienie sobie "Wszystko o mojej matce". Ten film przy ponownym przeze mnie obejrzeniu zyskał zdecydowanie. Już za pierwszym razem podobał mi się, ale teraz odebrałam go jeszcze lepiej. W przeciwieństwie do "Porozmawiaj z nią", które ponownie obejrzane, owszem, podobało się, ale nie tak, jak za pierwszym razem. Ciekawe, widać zwracam teraz uwagę na inne aspekty ujęte w filmach Almodovara. Tym razem chyba , po "Volver" tak mam, na współpracę kobiet, ich siłę i wzajemną sobie pomoc w sytuacjach skrajnych…
W tym filmie mamy sportretowanych kilka kobiet, w tym parę matek. I tak, główną bohaterką jest pielęgniarka, Manuela, matka sama wychowująca siedemnastoletniego syna, Estebana. Manuela, to ważne, pracuje w szpitalu również przy programie rozpowszechniającym i promującym oddawanie narządów po śmierci do przeszczepów. To już, nawiasem mówiąc, drugi raz, kiedy w filmie Almodovara pojawia się motyw propagowania przeszczepów, czyżby Hiszpanie mieli jakąś kampanię społeczną mającą na celu zasygnalizowanie, jak ważne jest oddawanie narządów do przeszczepu?
Wracając jednak do filmu, Manuela przeżyje największą z możliwych dla niej dotąd tragedii. Mianowicie, w dniu siedemnastych urodzin Estebana, ona i syn wybierają się na przedstawienie "Tramwaju zwanego porządniem", w którym to zresztą, jak Manuela wyzna synowi, dwadzieścia lat temu sama grała w teatrze amatorskim i również tam poznała ojca Estebana, o którym syn praktycznie nic nie wie, poza tym, że ojciec zmarł przed jego narodzinami. Esteban życzy sobie jako prezent urodzinowy dowiedzenie się prawdy o swoim ojcu, nawet jeśli owa prawda niełatwa by była. Niestety, nie dojdzie do katharsis Manueli i Estebana, bowiem tego samego wieczoru, kiedy syn Manueli chce uzyskać autograf od ulubionej aktorki, goni jej taksówkę i wpada pod inny samochód, ginąc na miejscu na oczach zrozpaczonej matki…..
Matki, która godząc się na to, by stał się dawcą organów po śmierci, nielegalnie zdobywa akta biorcy i wystaje pod szpitalem tylko po to aby dowiedzieć się, w czyjej teraz piersi bić będzie serce jej ukochanego syna.
Manuela nie może poradzić sobie z tragedią i wyrusza w swego rodzaju oczyszczającą podróż tam, skąd przed siedemnastoma laty uciekała nosząc pod sercem nowe życie. Wraca z Madrytu do Barcelony. To tam jak się okazuje, toczyło się dość barwne życie Manueli, tam w końcu doszło do rozpadu jej związku z ojcem Estebana, Estebanem również, który, czego dowiadujemy się dość szybko, jest teraz transwestytą, prostytuującym się…To Estebana a raczej Loli, pod imieniem którym teraz występuje były mąż Manueli poszukuje kobieta, aby powiedzieć mu o tym, czego on nie wie, a mianowicie, iż mieli oni coś wspólnego , dziecko, syna, który zginął.
Manuela podczas powrotu odnowi stare znajomości, jak chociażby ze swoją znajomą, transwestytą, Agrado, ale pozna nowe osoby, jak siostra Rosa, nietypowa zakonnica będąca w ciąży, z kimś, z kim raczej nie powinna, a także zupełnie dla niej niespodziewanie jej losy splotą się z losami aktorki, która to nie dała autografu Estebanowi…….
Znowu, jak to u Almodovara, barwna galeria zwykłych, niezwykłych kobiet, czyli coś, co u niego lubię. Bo i Manuela, cierpiąca wciąż po stracie ukochanego syna, ale i Rosa, młodziutkie dziewczę, które nawet nie zdążyło poznać dobrze świata, które za to nosi w sobie owoc przedziwnego spotkania. Matka Rosy, która jak sama wyzna Manueli, gdzieś w relacjach z córką popełniła błąd, jednak nie wie dokładnie, w którym momencie ich życia. Mamy tu i niezwykłą aktorkę, Humę i jej uzależnioną od kokainy partnerkę i humorzastą aktorkę, która boi się, że ktoś będzie chciał odebrać jej rolę. Jest też sama Agrado, postać kolorowa i na pewno nie można powiedzieć, że zwykła czy nudna.
Wszystkie te kobiety w ten czy inny sposób związane są z główną bohaterką, Manuelą, co tylko powoduje, że ich losy stają się bardziej interesujące…
W filmie są nazwałabym, połowiczne happy endy. Bo Manuela w rezultacie stanie się matką po raz drugi, ale w jakiś sposób jej szczęście zostanie okupione śmiercią młodziutkiej Rosy granej przez Penelope Cruz. Manuela odnajdzie też ojca swego syna, Lolę, aby dowiedzieć się, że praktycznie zaraz znowu odejdzie on z jej życia, tym razem definitywnie.
Jednak Manuela odnajdzie spokój i jej życie znowu będzie rozświetlało spojrzenie oczu Estebana. Już nie jej pierwszego syna. Jednak ten trzeci Esteban w jej życiu, pozostanie z nią zapewne najdłużej……..
Ogromnie mi się ten film podobał, co zapewne wywnioskować można na podstawie długości notki……
Ci, którzy oglądali mają zapewne swoje zdanie na temat filmu, ci, którzy nie, pewnie po obejrzeniu będą mieć własne. Być może zwrócą uwagę na coś, na co ja nie zwróciłam, co mi umknęło.
Mnie się podobał i polecam.
