Wrzuciłam ten wpis w kategorię książkowo, mimo, że w sumie to
scenariusz i może powinnam już konsekwentnie w filmowo? Hmmm…No, nie
wiem.
Niech już zostanie tu, tym bardziej, że przecież forma, w jakiej go czytałam jest ni mniej ni więcej, a książką właśnie.
Jak ja się cieszę , że buszując w piątek po Empiku, zaniosło mnie w
okolice tamtych półek z tematyką filmową i że znalazłam "Volver". To
trochę jak z "Biegnącą…", widać książka sama mnie szukała, wołała i
znalazła. A że obecnie, jak wiadomo, znajduję się w tym "volverowym"
etapie mojego życia, więc ten scenariusz był trafiony w 100%.
Niesamowite jest, jak jednak taka rzecz ubogaciła moje wrażenia na
temat samego filmu. Zdecydowanie powinnam kiedyś przeczytać scenariusz
do "Amelii" (szkoda tylko, że zapewne byłby on w języku, którym nie
władam:( czyli francuskim, a szkoda, już nawet chyba włoski by był
lepszy;)…
Scenariusz był niesamowity, bowiem dopełnił moje wyobrażenie, które
znam z filmu. Utwierdził, że postaci, które grały, zostały wybrane do
odegrania owych ról nieprzypadkowo, że właśnie one były na właściwym
miejscu. Didaskalia pewne rzeczy , które podejrzewałam , potwierdziły,
gdzieniegdzie pozwoliły mi spojrzeć na film innym okiem…
Jakim miłym wrażeniem było odkrycie scen, których w scenariuszu nie ma
a które pojawiły się w filmie. Miłym, bo po raz kolejny ujawnia, jak na
planie filmowym można jeszcze wiele zmienić, coś dodać, coś, co w danej
chwili wydaje nam się niezbędne, konieczne do poprawienia danej sceny ,
wyrazu itd.
To było naprawdę wspaniałe literackie doświadczenie, które podkreśliło
, jak ważnym filmem jest dla mnie ostatnio "Volver" (ja wiem, ostatnio
podkreślam to obsesyjnie, ale szczerze? tak jest i nikomu z tego nie
zamierzam się tłumaczyć)…
Jeszcze jedna rzecz, która dopełniła moje odczucia na temat filmu. Mam
już bowiem soundtrack z niego (dzięki uprzejmości Spacerka). Teraz
scenariusz. Zbieram sobie, kolekcjonuję przedmioty z nim związane.
I tak, jak w filmie, kiedy zawsze leci mi łza na samym końcu, kiedy
Carmen Maura odchodzi ocierając łzy, tak i na końcu czytania też łzy
się pojawiły…
Przy okazji, kiedy wymieniona jest cała ekipa pracująca przy filmie,
wyjątkowo silnie uświadomiłam sobie jedno, a mianowicie, jak bardzo
film tworzy grupa ludzi. Niby to oczywista prawda, a jakoś tu
zrozumiałam to w sposób silny. Począwszy od kierownika kastingu (nawet
jeśli główna rola jest pisana z myślą o Penelope:), aż po scenarzystę.
Że nie wspomnę, bo to wydaje mi się oczywiste, grę aktorów…w tym
przypadku większości aktorek. Jak bardzo zaufać trzeba reżyserowi, aby
stworzyć takie dzieło? Aby zagrać to tak, aby było wiarygodne. Aby
zostawić gdzieś w tle swoje gwiazdorstwo i zagrać tak zwanę osobę, ale
w tak wiarygodny, porywający sposób, aby gdzieś tam potem w Polsce
jakaś osoba aż tak się tym na blogu ekscytowała.
Bardzo ucieszyłam się z paru słów od Pedro dodanych na
końcu…Począwszy od tego, kiedy wyczytałam, że podczas pracy nad
filmem miał on nieustanne poczucie bliskości swojej matki, jej
obecności przy nim, aż po tego typu wyznanie "Przez całe moje życie
nigdy nie byłem osobą pogodną (ani też nie zależało mi na tym ani
odrobinę), mój wrodzony niepokój wespół z galopującym
nieusatysfakcjonowaniem działał na mnie zazwyczaj jak ostroga"…
Myślę, że i te jego parę słów dodanych również zwiększyło moje
rozumienie zarówno samego "Volver" jak i pozostałych filmów, jakie
widziałam.
Bardzo się cieszę, że mogłam przeczytać ten scenariusz, bowiem wiele mi to dało…
„Ekskluzywny macho”. Tatiana Polakowa.
Wsiąkłam w te kryminały Polakowej. Po części, z czego zdaję sobie na
szczęście sprawę, dlatego, że to Rosja nowa w tle. Ale również dlatego,
że mi pasują. Jak już wspominałam, podoba mi się główna bohaterka, Olga
Riazancewa. Ta w życiu ma i dobre i te gorsze chwile, nie jest aniołem,
ale wbrew pozorom nie jest diablicą. Ot, człowiek, który jakby nieco
miotał się po ścieżkach życia, jednocześnie rozwiązując skomplikowane
zagadki kryminalne.
Rzecz zaczyna się od chwili, kiedy przyjaciel Olgi prosi ją o pomoc.
Pewien biznesmen czuje się zagrożony. Wydaje mu się, że ktoś dybie na
jego życie. Oldze proponują więc stanowisko osobistego ochroniarza
owego biznesmena. Na co ona po chwili wahania przystaje na zasadzie, że
zgodzi się na chwilę, a kiedy udowodni, że powodów do obaw nie ma i
odejdzie.
W ramach swojej nowej pracy ma za zadanie ochraniać Piotra Safronowa
również podczas rejsu jego jachtem. I tu zaczynają się schody. Podczas
rejsu bowiem zostaje popełniona zbrodnia. Nie, nie na owym biznesmenie,
ale na jednej z pań biorących w nim udział. Potem będzie już tylko
gorzej.
I wtedy do akcji wkroczy Olga, która zrozumie, że być może obawy Piotra Safronowa nie były bezzasadne.
Tylko czy starczy jej samozaparcia i sił do odnalezienia zabójcy? Więcej Wam nie zdradzę;)
Jedna uwaga co do książki. To już trzecia po "Wszystko w czekoladzie" i
"Smaku lodowego pocałunku" książka Polakowej na naszym rynku. Chwała
wydawnictwu, że w przeciwieństwie do W.A.B, które to serię o Anastazji
autorstwa Marininy, wydaje po macoszemu, czyli w kolejności, jakiej się
zachce nie wiem, prowadzącemu serię? , tę serię owo inne wydawnictwo wydaje właśnie we
właściwej kolejności. Bowiem jednak pewne sytuacje wiążą się ze sobą
nierozerwalnie, chronologia zdecydowanie powinna zostać zachowana, i
tym, którzy chcą zapoznać się z kryminałami Polakowej, lekturę jej
książek polecam jednak zacząć od pierwszej, jaka się u nas ukazała, a
więc od "Wszystko w czekoladzie" właśnie.
Cóż, mnie się ten kryminał podobał i ja go polecam;)
jakoś …
ostatnio nie umiem pisać. Łatwiej mi operować obrazami. W dodatku, niestety, nie stworzonymi przez siebie.
Ale na dobry początek tygodnia, ulubiony film , przypomniany we wpisie poniżej przez Margę, a raczej nie sam film, co ciekawy trailer.
Mój ulubiony film. Zdetronizował "Zawieście Czerwone Latarnie".
volverowo …
u mnie ostatnio…Odkąd mam wgrany ten film na mój Creative Zen, co jakiś czas do niego wracam. Oczywiście, nie cały oglądam za każdym razem, ale wybrane fragmenty. Motyw siły kobiet, ich "trzymania się" w każdej sytuacji najwyraźniej obecnie jest tym, co bardzo mnie intryguje, co jest mi zapewne potrzebne…Stąd te moje powroty do "Volvera". Do tego stopnia, że wczoraj w księgarni nabyłam sobie scenariusz do tegoż. Kolejna okazja do poznania filmu od jeszcze innej strony…uwaga samego Pedro na temat roli jego sióstr w jego życiu, też nie jest bez znaczenia…Cóż, kobiety potrafią inspirować, ale i niszczyć, to ot taka refleksja. Są siłą ale i gniewem. Są słodkie ale i niebezpieczne. Truizmy? Zapewne, ale niech pozostaną w tym wpisie, bowiem takie rozmaite myśli ostatnio po głowie mi się kłębią…
W ogóle, to wczoraj pobuszowałam po księgarni. Jako, że książka, którą czytam budzi we mnie jakieś mieszane uczucia, to kiedy znalazłam kolejną opowieść o rosyjskiej detektyw, Oldze Riazencewej, wiedziałam, że książka obecnie czytana będzie musiała znowu poczekać, a ja wzięłam się za "Ekskluzywnego macho", Tatiany Polakowej (rozsmakowałam się w tych ich kryminałach, w których główna bohaterka Olga niewiele ma wspólnego z byciem słodką idiotką, lubi sobie wypić, nie ma charaktery anioła, ale za to umysł, który pomaga jej dojść do sedna spraw, jakie rozwiązać jej przychodzi. No i te opisy Nowej Rosji w tle, mniam;)).
Oprócz tego wyszłam ze zbiorem opowiadań nieznanego mi japońskiego autora Yukio Mishimy, "Zimny płomień" i drugim kryminałem autorki, której nazwiska nie umiałabym napisać bez zerknięcia na książkę, a mianowicie "Weź moją duszę" Yrsy Sigurdardottir (spróbujcie powtórzyć jej nazwisko;).
Uwielbiam książki…Już kiedyś o tym wspominałam?:)
