Żadne tam kino moralnego niepokoju czy ambitne. Po prostu według mnie, przyzwoite "patrzadło", jak ja to nazywam. No, bo skoro w potocznym języku funkcjonuje "czytadło", to czemuż by nie mogło i "patrzadło"?:)
Tak, czy siak, to film, który jest po prostu dobrym filmem na weekendowy wieczór lub na poprawę zgnębionego nastroju. I chyba jest to film, który raczej chętniej obejrzą dziewczyny. Tak mi się wydaje. Zresztą, trudno mi powiedzieć, bo i tak oglądałam go sama.
Jakis czas temu czytałam książkę Anny Gavaldy pod tym tytułem, na podstawie której powstał film. Książka właśnie była takim czytadłem, które być może przewidywalne, może zbyt naiwne, ale stanowiło lekturę pokrzepiającą, po której miało się dobry nastrój.
Film według mnie trochę spłycił same postaci bohaterów, ale nie czepiam się jakoś specjalnie. I tak mi się podobał i będzie w mojej pamięci jako film na poprawę nastroju.
Młoda Camille pracująca w firmie sprzątającej, mieszka na poddaszu kamienicy w Paryżu. W tej samej kamienicy mieszkaniem (ogromnym !) opiekuje się młody arystykrata Philibert mieszkający ze współlokatorem Franckiem. Nerwowego ostatnio jako, że mającego chorą babcię.
Ścieżki Camille i Philiberta pewnego dnia się przetną, poznają się oni jako sąsiedzi, a wkrótce potem Camille wprowadzi się do mieszkania chłopaków.
To, jak wspomniałam, nie jest film, który ma w sobie jakieś niesamowite mądrości, czy przesłanie. Ot, opowiastka o grupie ludzi, którzy z tych, czy innych przyczyn czuli się nieco na marginesie, a którzy spotkali się i wzajemnie sobie pomogli. To film, który krzepi, że gdzieś tam ciągle czekają na nas potencjalni przyjaciele, tylko może na razie ich nie poznaliśmy.
Po raz kolejny, jak zawsze, zadowolona byłam po prostu z możliwości obejrzenia kina francuskiego. Z kina europejskiego to francuskie jest chyba, jak na razie moim ulubionym…Lubię sylwetki postaci , które tam się pojawiają. Po drugie, lubię samych aktorów francuskich. W tym filmie moim ulubieńcem był Laurent Stocker, który wcielił się w rolę Philiberta. No i uwielbiam wsłuchiwać się w język francuski.
Podsumuję w ten sposób. Nie jest to kino super ambitne, ale mnie się podobało, spełniło swoją rolę. Pokrzepiło, pozwoliło się nie raz uśmiechnąć i mieć dobry nastrój. I chyba o to chodzi;)
temat luźny…;)
…coby w nastrój weekendowy się trochę wbić.
Ostatnio zastanawiałam się, jak sporo w naszym języku jest "geograficznych" powiedzonek. Zastanowiłam się , i wyszło mi, że sama znam kilka, i oto one:
"Ale Czad!" , "Ale Sajgon!", "Niezły Meksyk!" . Albo "Co za Banjaluki mi tu opowiadasz!"…zastanawia mnie, ile jeszcze tego typu funkcjonuje, a ja zapomniałam, może coś Wam do głowy przychodzi. I ciekawe, czemu akurat zostały jakieś tam wrażenia przekute na doznania geograficzne. No i najważniejsze pytania, czy w jakimś języku istnieje wyrażenie z Polską w tle;)
temat wieczorową porą…
…czyli empatia…
Najpierw, co o tym pojęciu piszą w wikipedii:
http://pl.wikipedia.org/wiki/Empatia
Temat empatii trochę poruszyła w swoim ostatnim wpisie Mala_mi. I spowodowała, że zaczęłam nad tym intensywnie myśleć. Na przykład, że ostatnio zauważyłam u siebie potrzebę trzymania się z ludźmi, co do których jestem przekonana, że cechują się empatycznością właśnie…Swego czasu, szczególnie w dzieciństwie, młodości, aż tak na to u innych uwagi nie zwracałam, a jednak od pewnego czasu coś się zmieniło i właśnie ta cecha jest dla mnie ważna w mojej osobistej ocenie drugiej osoby. Widać z biegiem czasu coś się na tyle zmieniło, że ona właśnie znalazła się na miejscu pierwszym.
I szczerze mówiąc, bardzo na to ostatnimi czasy zwracam uwagę u innych. I chociażby ktoś miał masę innych zalet, to ta stała się dla mnie na tyle ważna, że zauważyłam, że nie mam zbytniej ochoty kontaktów z ludźmi, którzy się tym nie cechują. A teraz dobre pytanie, jak to jest, że faktycznie są osoby, które wydają się współodczuwać a są takie, które wydają się emaptii być pozbawione?
Jak to jest, że są osoby, które są delikatne, nie wtryniają się kolokwialnie mówiąc w uczucia innych , zachowują delikatność w kontaktach z innymi, swoistego rodzaju dyskrecję, nie przeprowadzają śledztw, aby czegoś się wywiedzieć, co koniecznie muszą (albo tak im się zdaje), które nie muszą wszystkiego wiedzieć, żeby czuć się z kimś dobrze? I jak to jest, że są osoby, które cudze odczucia rozumieją tak dobrze, że nie wyłuscza się im kawy na ławę, aby zrozumiały? Ciekawe, do determinuje w nas empatię bądź jej brak…
Ot, takie tam dumania wieczorne…
na salonach;)
tytuł przewrotny celowo trochę;) Z kabackich nowości- salonów nam się namnożyło. Żadnych tam salonów, na których bułkę przez bibułkę czy herbatę o five o’clock;) ale takich konkretnych. Bo oto na trasie spaceru pojawił się salon z najprawdziwszymi motorami (ciekawe, czy opłaca się taki umiejscowić na krańcach Kabat, widać tak), ale i czeka nas otwarcie innego i na ten, nie ukrywam, ucieszyłam się bardziej. Bo o ile na motory pogapię się przez szybę i stwierdzę co najwyżej, że ładne, to z drugiego jak najbardziej skorzystam. Otóż od kwietnia będziemy mieć Empik. Otwiera się w budynku Tesco, dostępny będzie z zewnątrz, więc nawet do galerii wchodzić nie trzeba będzie. No, wreszcie Kabaty doczekały się Empiku. Owszem, mamy księgarnię, ale co tu dużo kryć, taki salonik prasowo książkowo muzyczno kartkowy zdecydowanie się przyda. I nie ukrywam, że będzie mi do niego bliżej. Szkoda tylko, że otwarcie dopiero w kwietniu, hmmm…może kłopot z ekipami, wszak większość budowlańców zasila teraz szeregi mieszkańców Wysp. No, ale to wczorajsze odkrycie naprawdę nas ucieszyło.
„Życie jest muzyką”. Reż. Fatih Akin.
Zabierzcie narodowi muzykę a zginie można by zaryzykować taką tezę po obejrzeniu filmu "Życie jest muzyką".
Zacznę od tego, że nie jest to film dla każdego. To film zdecydowanie dla osób, które z przyjemnością oglądały "Lisbon Story" albo "Buena Vista Social Club". Czyli dla wszystkich tych, którzy po filmie nie spodziewają się zmieniającej się co dwie sekundy akcji a także, po prostu dla tych, których muzyka jest ważna. Tak się składa, że wszystkie te filmy opowiadają o muzyce, która jednak zakorzeniona jest w muzyce folkowej, a przynajmniej ja tak uważam. Muzyce folkowej, która wpływ ma nawet na nowoczesne aranżacje. Po prostu, bez korzeni nas nie ma, i tyle. Dotyczy to właśnie również korzeni muzyki.
Bohaterem filmu jest niemiecki muzyk, który oprowadza nas po Stambule i okolicach, w poszukiwaniu muzyki. Był już w Stambule wcześniej, zachwyciło go to miasto, ów swoisty tętniący życiem tygiel wielonarodowościowy, kulturowy, gdzie nowoczesność miesza się z tradcyją, bieda staje oko w oko z bogactwem…Jak się okazuje, to miasto jest również bogate nie w dobra materialne a różnorodność muzyczną. Niemiecki artysta spotykał się z muzykami występującymi w Stambule, tworzącymi w Turcji i podczas swoich rozmów z nimi, starał się dowiedzieć jak najwięcej na temat ich twórczości, skąd czerpią natchnienie, czy wpływ na ich działalność ma ich kultura, kraj, z którego się wywodzą itd…
Powstał niezwykle ciekawy dokument, który ukazuje fakt, że sam oprowadzający nas nie do końca zgłębił owo miasto i jego muzyczną stronę, stwierdza, że ledwo udało mu się musnąć tegoż, ale jest w Stambule zakochany. Na pewno właśnie również dzięki muzyce tego miasta, w której, podobnie, jak w samym mieście, tradycja często łączy się z nowoczesnością.
Dla mnie interesujące było spojrzenie na miasto poprzez poznanie muzyczne. Dlatego tak zachwycały mnie filmy Wendersa, bo i on umiał muzyką zachwycić widza i spowodować, że chciało się natychmiast ruszyć w podróż czy to na Kubę czy do Lizbony…….W tym filmie odnosi się podobne wrażenie. Autorzy filmu powodują, że dzięki muzyce samo miasto nabiera zupełnie innych barw, wydaje się być bardziej magiczne i jeszcze bardziej interesujące…
Ciekawe są te rozmowy, wywiady z muzykami. Każdy z nich czy to w grupie czy solo, tworzy coś zupełnie innego a mimo to odnosi się wrażenie, że jednak w bardzo silny sposób wywodzą się oni ze wspólnego miejsca na mapie muzyki, ich własnej kultury i tradycji…
Podobał mi się i polecam, ale jak na samym początku zaznaczyłam, pewnie nie wszystkim, bo wiem, że są osoby, które się na tym filmie zwyczajnie wynudzić mogą.
świetne po prostu!
Już to kiedyś widziałam, ale dzisiaj ktoś mi podesłał i dzielę się z Wami. Może widzieliście. Jak nie, to rozrywka gwarantowana!
Naprawdę ciekawe, jak oni to robią, szczególnie końcowa kreacja, kiedy pan obrzuca panią konfetti zastanawia mnie…
Bawcie się dobrze podczas oglądania!
http://www.smog.pl/wideo/16076/czy_oni_przerwali_kontinuum_czasoprzestrzenne/
Zaskoczyła mnie…
poczta, która przyniosła coś "personalnego" w poniedziałek po raz pierwszy od roku bodaj? Ostatnio w poniedziałki jeśli już, dostarczają listy z urzędów i polecone.
Dzisiaj dotarł do mnie po dwóch tygodniach list z Litwy (i tak fuks, że dotarł bo byłam przekonana, że już nie ma na co liczyć) i urokliwa pocztówka z panoramą Zurichu. Nie byłam nigdy w Szwajcarii i nie zanosi się na razie, żebym miała tam być, ale miasto wydało mi się bardzo przyjemne i chyba dobrze zorganizowane…Za pamięć i pocztówkę wielkie dzięki;)
„Wspomnienia przychodzą z deszczem”. Mary Lawson.
Książka od Padmy okazała się ciekawą lekturą, która spowodowała burzę myśli i refleksji. Tak. Bo jest to niby kolejna opowieść o kimś, kto wspomina rodzinne wydarzenia, sytuacje, które zdarzyły się dwadzieścia lat temu, a jednak daje do myślenia. Pozwala zastanowić się nad swoim spojrzeniem na rozmaite wydarzenia z życia innych osób. Pozwala także zrozumieć to, że to, co nam wydaje się wspaniałe i super, innym takie zupełnie wydawać się nie musi i to, co nam wydaje się tragedią czy złamanym życiem, dla owej osoby wcale końca życia nie oznacza, a wręcz odwrotnie, staje się nowym rozdziałem, czymś, co mobilizuje do zmian ale być moze pozytywnych właśnie…
Kate Morrison,mieszkająca na farmie prowincji Kanady jako ośmiolatka zostaje doświadczona czymś, co na zawsze zmieni jej życie. Podobnie, jak pozostała trójka jej rodzeństwa, z których Matt jest dla niej ideałem i niedoścignionym wzorem. To Matt, prowadząc ją wieczorami nad okoliczne stawy, zaszczepił w niej miłość do przyrody, co zaowocuje wyborem zawodu o dwanaście lat starszej Kate. Potem jednak zdarza się coś, co zmieni stosunek małej siostrzyczki i ukochanego starszego brata. Coś, o czym dowiemy się niemal na ostatnich stronach książki.
Dwudziestoośmioletnia Kate otrzymuje zaproszenie na obchody osiemnastki jej bratanka, syna Matta. Od tej pory zaczyna wspominać. Lawina myśli, wspomnień, zadrażnień, pretensji do ludzi, wszystko to zaczyna wpływać na Kate. Wracają dawne dni, nieważne, że tyle lat wstecz, pewne smutki, pewne żale stają sie tak świeże, jak w chwili, kiedy się działy.
Wiele pretensji wydaje się mieć Kate sama do siebie, jednak jest zdecydowana na wyjazd do rodziny. Przy okazji, aczkolwiek jakby wbrew sobie, na owo spotkanie rodzinne , zabiera mężczyznę, z którym spotyka się już dłuższy czas i który bardzo chce wiedzieć o niej i jej rodzinie cokolwiek, bowiem Kate jest dość tajemnicza i nie chce dopuścić go do własnych wspomnień i przeszłości.
Ów wyjazd w rodzinne strony w kanadyjską głuszę okaże się dla Kate bardzo ważny. Przełomowy rzec można. Nieważne, że pewne sprawy staną się dla niej jasne aż po tylu latach. Ważne, że jasne się staną, ważne, że Kate zrozumie, że być może w swoich osądach na temat kogoś myliła się, że nie zawsze jej zdanie jest najważniejsze. Kate zrozumie, że sama wydając ocenę raniła najbliższe jej osoby…
Na zakończenie kilka wybranych cytatów, które sobie wypisałam:
"Gdzieś w połowie drogi zorientuje się, że po policzkach ciekną mi łzy, i przez następny miesiąc będę próbowała zrozumieć, skąd się wzięły".
"Powiadają, że można osiągnąć wszystko, jeśli tylko wystarczająco siętego pragnie. Jest to oczywista nieprawda, ale ludzie czepiają się tej myśli niczym tonący brzytwy, gdyż w przeciwnym razie nikomu nie chciałoby się rano wstawać z łóżka. Wszyscy się oszukujemy, że życie j e s t proste, że wysiłek z o s t a n i e nagrodzony".
"Przede wszystkim musiałam oswoić się z myślą, że żywione przez lata opinie i sądy okazały się błędne, że to ja się myliłam, nie inni".
czasem więc…
ta nasza pisanina na coś się przydaje…po raz kolejny parę dni temu zaskoczenie zupełnie, ale miłe, od razu mówię. Kiedy pojawił się w skrzynce email, od nieznanej mi osoby, która czyta, nie zostawia komentarzy, ale jest obecna na moim blogu, i co najważniejsze, okazuje się, że coś tam , co człowiek pisze, jest dla tego kogoś po drugiej stronie ekranu ważne…za każdym razem robi takie coś na mnie wrażenie…że jest coś takiego, że druga strona odbiera to nasze pisanie w tak pozytywny sposób, że nawet email, który pisze, wydaje się jakby od nas samych do nas samych…przyjemne uczucie, nie powiem…
nie przestają zadziwiać mnie…
…Amerykanie. Każdy, kto trochę mnie zna wie, że nie jestem maniaczką owego państwa. Kraj fascynował mnie, jak miałam 10 lat, dostawałam w paczkach od ciotki lalki barbie i gumę balonówę i wydawało mi się, że coś na kształt raju umiejscowione jest w Ameryce, a potem mi przeszło. Owszem, wciąż uważam, że jest to kraj, który (swoim!) obywatelom daje masę możliwości rozwoju itd, ale nie, nie, miłośnikiem tegoż nie jestem.
Na mój niekoniecznie hurraoptymistyczny stosunek do Ameryki wpływa też fakt, że to im zerwał się ze smyczy satelita szpiegowski, który, jak wszystko pójdzie źle, może walnąć w Polskę tuż przed moimi Urodzinami, fakt, że w przyszłym roku do Stanów bez wiz pojedzie prawie cała Europa z wyjątkiem Polski wklejam link do artykułu:
http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,4933211.html
(ale tarczę antyrakietową, to by się u nas chciało wybudować, hehe), a już takie pomysły, jak ten, o którym będzie poniżej zastanawia mnie najbardziej. Do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że największego hopla na punkcie bezpieczeństwa ma państwo Izrael, ale chyba nawet oni nie wpadli na taki cudaczny pomysł, jak ten, wklejam link do artykułu:
http://www.idg.pl/news/140438/W.USA.twoj.laptop.nie.jest.twoj..html
Jak to było w jednej z moich ulubionych książek we wczesnej młodości ,"szczęścia i zdrowia życzy kominiarz".
