„Po prostu razem”. Reż. Claude Berri.

Żadne tam kino moralnego niepokoju czy ambitne. Po prostu według mnie, przyzwoite "patrzadło", jak ja to nazywam. No, bo skoro w potocznym języku funkcjonuje "czytadło", to czemuż by nie mogło i "patrzadło"?:)
Tak, czy siak, to film, który jest po prostu dobrym filmem na weekendowy wieczór lub na poprawę zgnębionego nastroju. I chyba jest to film, który raczej chętniej obejrzą dziewczyny. Tak mi się wydaje. Zresztą, trudno mi powiedzieć, bo i tak oglądałam go sama.
Jakis czas temu czytałam książkę Anny Gavaldy pod tym tytułem, na podstawie której powstał film. Książka właśnie była takim czytadłem, które być może przewidywalne, może zbyt naiwne, ale stanowiło lekturę pokrzepiającą, po której miało się dobry nastrój.
Film według mnie trochę spłycił same postaci bohaterów, ale nie czepiam się jakoś specjalnie. I tak mi się podobał i będzie w mojej pamięci jako film na poprawę nastroju.
Młoda Camille pracująca w firmie sprzątającej, mieszka na poddaszu kamienicy w Paryżu. W tej samej kamienicy mieszkaniem (ogromnym !) opiekuje się młody arystykrata Philibert mieszkający ze współlokatorem Franckiem. Nerwowego ostatnio jako, że mającego chorą babcię.
Ścieżki Camille i Philiberta pewnego dnia się przetną, poznają się oni jako sąsiedzi, a wkrótce potem Camille wprowadzi się do mieszkania chłopaków.
To, jak wspomniałam, nie jest film, który ma w sobie jakieś niesamowite mądrości, czy przesłanie. Ot, opowiastka o grupie ludzi, którzy z tych, czy innych przyczyn czuli się nieco na marginesie, a którzy spotkali się i wzajemnie sobie pomogli. To film, który krzepi, że gdzieś tam ciągle czekają na nas potencjalni przyjaciele, tylko może na razie ich nie poznaliśmy.

Po raz kolejny, jak zawsze, zadowolona byłam po prostu z możliwości obejrzenia kina francuskiego. Z kina europejskiego to francuskie jest chyba, jak na razie moim ulubionym…Lubię sylwetki postaci , które tam się pojawiają. Po drugie, lubię samych aktorów francuskich. W tym filmie moim ulubieńcem był Laurent Stocker, który wcielił się w rolę Philiberta. No i uwielbiam wsłuchiwać się w język francuski.

Podsumuję w ten sposób. Nie jest to kino super ambitne, ale mnie się podobało, spełniło swoją rolę. Pokrzepiło, pozwoliło się nie raz uśmiechnąć i mieć dobry nastrój. I chyba o to chodzi;)

temat luźny…;)

…coby w nastrój weekendowy się trochę wbić.
Ostatnio zastanawiałam się, jak sporo w naszym języku jest "geograficznych" powiedzonek. Zastanowiłam się , i wyszło mi, że sama znam kilka, i oto one:
"Ale Czad!" , "Ale Sajgon!",  "Niezły Meksyk!" . Albo "Co za Banjaluki mi tu opowiadasz!"…zastanawia mnie, ile jeszcze tego typu funkcjonuje, a ja zapomniałam, może coś Wam do głowy przychodzi. I ciekawe, czemu akurat zostały jakieś tam wrażenia przekute na doznania geograficzne. No i najważniejsze pytania, czy w jakimś języku istnieje wyrażenie z Polską w tle;)