„Weź moją duszę”. Yrsa Sigurdardottir.

To drugi kryminał tej islandzkiej autorki o nie do spamiętania (dla mnie:) nazwisku, jaki ukazał się na naszym rynku. Pierwszym był "Trzeci znak", w którym poznaliśmy prawniczkę, Thorę, która jest również kimś w rodzaju prywatnego detektywa (chcąc, niechcąc). Tym razem przyjdzie jej rozwiązać zagadkę tajemniczych morderstw, które miały miejsce w ośrodku spa. Jako, że Thora pomagała właścicielowi nabyć ziemię, na której powstał ośrodek, więc do niej zwrócił się z prośbą o pomoc Jonas, ów właściciel, przekonany, iż jego ośrodek jest nawiedzony przez duchy.
Literatura skandynawska nacechowana jest między innymi przez sagi, powroty do przeszłości, w której mają miejsce zdarzenia wpływające na teraźniejszość, to literatura, w której również obecne są właśnie duchy. I tu również to mamy. Niby kryminał, a jednak z mocnym rysem psychologicznym, z rozplątywaniem skomplikowanych nici powiązanych ze sobą, splecionych ze sobą wydarzeń, niektórych sprzed parudziesięciu lat, niektórych sprzed paru, ale w rezultacie dających efekt tajemniczości i niepokoju.
Thora zmaga się w tej książce nie tylko z demonami przeszłości, jakie królują w owym ośrodku wypoczynkowym, zmaga się też z własną przeszłością, z własnym życiem, z nowymi sytuacjami, w których nagle się znajduje.

Powiem tak, podobnie, jak poprzedni jej kryminał, nie czyta się go lekko. Panuje w nim mroczna, ciemna aura, klimat czegoś groźnego, złego czai się i włada książką, jednak sama intryga kryminalna podoba mi się, i uważam, że i ten kryminał jest bardzo dobry. Mogę go więc polecić, i miłośnikom kryminałów i miłośnikom literatury z Północy Europy.